Czas najwyższy, aby przywrócić pojęcie „wolnego świata”. W czasach, gdy połowa globu opanowana była przez realny socjalizm, kraje demokratyczne same określały się mianem „wolnego świata”. Potem nastąpił krach socjalizmu i fukuyamowski „koniec historii”, a pojęcie to zagubiło się w ludzkim myśleniu. Musimy do niego wrócić, bo inaczej nie będziemy potrafili odnaleźć się w rzeczywistości. Musimy także dlatego, że wiele wskazuje na to, iż obrona wolnego świata będzie wymagać zaangażowania militarnego. A realna walka wymaga jasnego poczucia kierunku — inaczej można nieświadomie zaatakować własne szeregi.
A to się właśnie dzieje. Donald Trump obalił wenezuelskiego dyktatora i otworzył drogę do ustanowienia w tym kraju normalnych rządów. Tymczasem wśród ludzi deklarujących swoje zaangażowanie na rzecz demokracji natychmiast rozległy się głosy, że to może i dobrze, iż dyktator odszedł, ale jednak niedobrze, że został obalony — bo obalanie jest niezgodne z zasadami międzynarodowymi.
Nicolás Maduro dwukrotnie sfałszował wybory, zniszczył gospodarkę i wydał kraj na łup narkotykowych gangów. Życie w Wenezueli było nie do zniesienia. Świat potępiał i „nie uznawał”, ale Maduro, mając możnych protektorów w osobach Putina i Xi Jinpinga, kpił sobie z tego. Szmuglował narkotyki i prał pieniądze dla islamskich terrorystów. Pełnił użyteczną funkcję w tym „ekosystemie zła”, więc nie miał się czego obawiać.
I oto pojawił się w Stanach Zjednoczonych prezydent, który zorientował się, że nie można już dłużej udawać, iż porządek międzynarodowy opiera się na prawie i rozwiązywaniu konfliktów przy pomocy ONZ. Zrozumiał, że wolny świat musi się bronić i że nie można tolerować fasadowości tego porządku, bo za fasadą prawa przygotowywane są kolejne zamachy na wolność. Sygnałem, że fasada się kruszy, była wspólna akcja Ameryki i Izraela przeciwko irańskim instalacjom nuklearnym. Gdyby nie ona, być może ajatollahowie już dysponowaliby bombą, a mieszkańcy Tel Awiwu żyliby w śmiertelnym zagrożeniu. Drugim sygnałem było bezwzględne postępowanie wobec motorówek szmuglujących narkotyki do Stanów Zjednoczonych. Wreszcie przyszła kolej na aresztowanie Maduro.
Za każdym razem podnosiły się głosy, że działania Trumpa były po pierwsze bezprawne, a po drugie nieskuteczne — ewentualnie po pierwsze nieskuteczne, a po drugie bezprawne. Teraz doszedł argument, że są one na rękę Putinowi. Używający tego argumentu uznają, że obalenie Maduro przez Amerykę daje wolną rękę Rosji na Ukrainie i w Europie.
Jest to argument całkowicie pozbawiony sensu. Z tego, że Trump użył siły, w żadnej mierze nie wynika, że dał tym samym przyzwolenie komukolwiek innemu na robienie tego samego. Takie przyzwolenie musiałoby się bowiem wiązać z deklaracją, że inne państwo — w tym przypadku Rosja — jest Stanom Zjednoczonym równe. Tymczasem ani tak nie jest, ani taka deklaracja ze strony Białego Domu nie padła. Wręcz przeciwnie: każdy, kto słuchał konferencji prasowej Trumpa, Hegsetha i Rubio, wyraźnie i wielokrotnie usłyszał, że Ameryka nie ma sobie równych i nie pozwoli na to, by lekceważyć jej siłę.
Co więcej, atak na rezydencję wenezuelskiego dyktatora nastąpił kilka godzin po jego spotkaniu z delegacją chińską, która omawiała przystąpienie Wenezueli do BRICS. Do Caracas płynął w tym czasie chiński tankowiec, mający przełamać blokadę eksportu ropy. Chińczycy w ten sposób licytowali wysoko, chcąc sprawdzić, czy Ameryka odważy się potraktować ich statek tak samo jak inne. Trump zalicytował wyżej.
Można powiedzieć, że zadał on za jednym zamachem wiele ciosów. Po pierwsze, zlikwidował komunistyczną dyktaturę i stworzył warunki powrotu wenezuelskich emigrantów do kraju. Po drugie, poważnie osłabił finansowo Hezbollah, który czerpał środki z narkobiznesu — co będzie miało dalsze pozytywne konsekwencje dla Bliskiego Wschodu. Po trzecie, stworzył podstawy do odbudowy eksportu wenezuelskiej ropy i obniżenia ceny tego surowca na rynkach światowych, co dalej osłabi finanse Rosji. Po czwarte, wysłał silny sygnał Chinom i Rosji, że nie pozwoli na destabilizowanie Ameryki Południowej. Po piąte, pokazał światu, że skuteczność amerykańskiego wojska nadal jest ogromna i że nie ma ono sobie równych.
Nie bez przyczyny Trump w czasie konferencji prasowej wspominał o niesławnej ewakuacji z Afganistanu. Chciał powiedzieć, że ta hańba została zmazana. Moskwa i Pekin usłyszały więc, że nie powinny z Ameryką zadzierać. Gdzież tu jest pozwolenie na cokolwiek?
Na koniec pytanie do wszystkich tych, którzy oburzają się amerykańską akcją z powodów „moralnych”, bo obawiają się „zachwiania podstaw porządku międzynarodowego” i wskazują, że to dla nas „niebezpieczny precedens”.
Z reguły jesteście ludźmi solidarnymi. Swoją solidarność wyrażacie bardzo mocno, zwłaszcza wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę. Zwykle uważacie też, że Polska powinna mocno stać za Ukrainą, a swoje poparcie — w razie potrzeby — poprzeć akcją wojskową. Sprzeciwiacie się dyktaturze Putina. Uznajecie, że Polska powinna być zdolna i gotowa do przeciwstawienia się rosyjskiemu imperializmowi. Zgadzam się z wami — powinna.
Gdy jednak na drugiej półkuli obalony zostaje dyktator, który przez lata tłamsił swój naród i zmusił do emigracji miliony obywateli, nagle zaczynacie obawiać się konsekwencji? Nie macie ochoty okazać solidarności tym, którzy cierpią, bo czujecie, że wasze interesy są zagrożone? Jakże to tak? Czy ta solidarność obowiązuje tylko w najbliższym otoczeniu? Wenezuelczyków już nie dotyczy?
Chcecie bronić „porządku międzynarodowego” ramię w ramię z Ławrowem, bo boicie się, że Trump nas zostawi?
Nie wstyd wam?
Fot. CC Wikimedia
