Fałszywe alarmy, prawdziwy problem. Rząd uspokaja, ale pytań jest coraz więcej

Fałszywe alarmy, prawdziwy problem. Rząd uspokaja, ale pytań jest coraz więcej

blank

Seria fałszywych alarmów uderzających w dziennikarzy, polityków i osoby publiczne związane z opozycją przestała stała się testem sprawności państwa. Najpierw słyszeliśmy uspokajanie i sugestie, by nie budować „teorii spiskowych”. Potem pojawił się wątek wschodni i rosyjski. Teraz rządzący przekonują, że zatrzymani to młodzi ludzie działający raczej dla „fejmu” niż z pobudek politycznych. Problem w tym, że ta zmienność komunikacji sama stała się częścią kryzysu. A najważniejsze pytanie wciąż pozostaje bez odpowiedzi: skąd rzekomo przypadkowi sprawcy mieli prywatne adresy osób publicznych?

W ostatnich kilkunastu dniach kraj obiegły informacje o interwencjach m.in. w sprawach związanych z Telewizją Republika i Tomaszem Sakiewiczem, o próbie wejścia służb do domu Sławomira Cenckiewicza, o zgłoszeniu dotyczącym posesji Jarosława Kaczyńskiego, a następnie o alarmie w mieszkaniu należącym do matki prezydenta Karola Nawrockiego.

Największe emocje wywołała ostatnia z interwencji. Według relacji MSWiA i Państwowej Straży Pożarnej do służb trafiły dwa zgłoszenia SMS-owe: jedno o możliwym pożarze, drugie o zagrożeniu życia osoby znajdującej się w lokalu. Minister Marcin Kierwiński tłumaczył, że strażacy najpierw nie widzieli dymu, ale równolegle przyszła druga informacja o osobie, której funkcje życiowe miały ustać. To miało przesądzić o decyzji o siłowym wejściu do mieszkania.

Z punktu widzenia procedur służby mogą się oczywiście bronić. Jeżeli pojawia się zgłoszenie o zagrożeniu życia, dyspozytor działa zgodnie z procedurami. Straż pożarna, policja czy pogotowie muszą reagować, bo stawką może być ludzkie życie. Problem polega jednak na czym innym: ktoś świadomie wykorzystał mechanizmy alarmowe państwa do wywołania interwencji wobec konkretnych osób publicznych.

Od „teorii spiskowych” do „wątku wschodniego”

Pierwsza reakcja rządu była ostrożna, a miejscami wręcz lekceważąca. Gdy sprawa dotyczyła głównie środowisk prawicowych, w komunikacji pojawiały się apele, by nie snuć „teorii spiskowych”. Minister Marcin Kierwiński przekonywał, że trzeba współpracować z policją, a nie budować polityczne narracje. Taki ton wywołał ostrą odpowiedź Tomasza Sakiewicza, który zarzucał rządowi próbę odwracania uwagi od rzeczywistego problemu. Część polityków Lewicy i KO wręcz rechotała w internetowych mediach, sugerując m.in. nakrycie szefa TV Republika in flagranti z asystentką.

Dopóki fałszywe alarmy dotyczyły ludzi związanych z prawicowymi mediami, łatwo było sprowadzić reakcje poszkodowanych do przesady, emocji albo politycznej gry. Jednak po wejściu służb do mieszkania rodziny prezydenta sprawa przestała mieścić się w formule medialnej awantury. Stała się realnym problemem dla władzy i naświetliła jej bezradność wobec serii fałszywych zgłoszeń.

W międzyczasie pojawił się także „wątek wschodni”. Po interwencji u Sakiewicza policja najpierw zatrzymała 53-letniego mężczyznę, ale później uznała go za pokrzywdzonego, bo ktoś miał wykorzystać jego dane i włamać się na pocztę. Media informowały wtedy, że część tropów może prowadzić poza Polskę, a śledczy analizują możliwy kierunek wschodni. Równolegle pojawiały się informacje, że sprawcy mogli wykorzystywać przejęte konta, cudze dane i internetowe narzędzia do wysyłania zgłoszeń.

To brzmiało już znacznie poważniej. W warunkach wojny informacyjnej, rosyjskiej aktywności dywersyjnej i narastającej liczby cyberataków w Europie nie sposób takiego wątku wykluczać. Fałszywe alarmy mogą przecież służyć nie tylko nękaniu konkretnych osób, lecz także sprawdzaniu reakcji służb, sianiu nieufności i rozgrzewaniu konfliktu politycznego.

Teraz rząd mówi: młodzi ludzie, „fejm”, bez polityki

Najnowsza narracja jest już inna. Donald Tusk poinformował, że zatrzymani są „bardzo młodzi”, a sprawa ma dotyczyć dobrze zorganizowanych grup młodych ludzi działających „dla fejmu” lub osobistej satysfakcji, nie z pobudek ideologicznych czy partyjnych. Premier zapowiedział też kolejne zatrzymania.

Marcin Kierwiński przekazał, że zatrzymane zostały trzy osoby, wobec jednej zastosowano areszt, wobec drugiej złożono wniosek aresztowy, a trzecia została świeżo zatrzymana. Szef MSWiA mówił również, że sprawa obejmuje zgłoszenia dotyczące m.in. Telewizji Republika, Tomasza Sakiewicza, Jarosława Kaczyńskiego i Sławomira Cenckiewicza.

Równocześnie Krzysztof Gawkowski zaczął tonować rosyjski trop. Mówił, że mechanizm działania od początku nie musiał wskazywać na rosyjskie służby, choć zastrzegał, że niczego nie można wykluczyć. To istotna korekta tonu: od dopuszczania wątku wschodniego do sugestii, że sprawa bardziej przypomina działania młodych sprawców niż operację obcych służb.

Taka ewolucja komunikatu rodzi pytania. Jeżeli rzeczywiście śledztwo przynosi nowe ustalenia, opinia publiczna powinna je poznać w uporządkowany sposób. Jeśli jednak narracja zmienia się z dnia na dzień – najpierw bagatelizować, potem zasugerować możliwy trop zewnętrzny, a na końcu uspokajać, że nie ma ideologii ani polityki – to coś się tu nie zgadza.

Skąd „przypadkowi młodzi ludzie” mieli prywatne adresy?

Kluczowe pytanie brzmi jednak inaczej: skąd rzekomo przypadkowi młodzi ludzie mieliby mieć dostęp do prywatnych adresów osób publicznych? Nie chodzi przecież o ogólnodostępne biura poselskie, redakcje czy siedziby instytucji. Chodzi o mieszkania i domy ludzi, których dane nie powinny swobodnie krążyć w Internecie.

Jeżeli celem fałszywych alarmów byli dziennikarze, publicyści, Sławomir Cenckiewicz, Jarosław Kaczyński czy rodzina prezydenta, to trudno uznać dobór adresów za całkowicie przypadkowy. Owszem, premier mówił, że do wysłania fałszywego zgłoszenia mogła zostać wykorzystana bramka internetowa, którą może wykupić każdy. To może tłumaczyć technikę działania. Nie tłumaczy jednak, skąd sprawcy wiedzieli, gdzie kierować służby.

Właśnie dlatego wątek adresów powinien stać się jednym z centralnych elementów śledztwa. Czy dane pochodziły z wycieków? Z baz komercyjnych? Z wcześniejszego doxxingu? Z krążących w zamkniętych grupach list „wrogów politycznych”? A może z kontaktów osób, które zawodowo, instytucjonalnie lub politycznie miały dostęp do informacji o miejscach zamieszkania ludzi publicznych?

Bez odpowiedzi na te pytania zapewnienia o braku motywacji politycznej brzmią przedwcześnie. Można sobie oczywiście wyobrazić scenariusz, w którym młodzi sprawcy działali dla rozgłosu, korzystając z danych znalezionych w sieci. Ale można też wyobrazić sobie scenariusz znacznie poważniejszy: ktoś dostarczał im informacje, inspirował działania albo wskazywał cele. Tego dziś nie wiemy. I właśnie dlatego nie wolno zamykać sprawy prostą opowieścią o „fejmie”.

Dlaczego rząd tak szybko neguje polityczne motywy sprawców?

Zastanawiające jest również tempo, w jakim przedstawiciele władzy zaczęli odcinać sprawę od polityki. Oczywiście z punktu widzenia śledztwa ostrożność jest wskazana. Nikt odpowiedzialny nie powinien przesądzać motywów sprawców przed zakończeniem czynności. Ale czym innym jest ostrożność, a czym innym polityczne wygaszanie tematu.

Jeżeli przez kilkanaście dni ofiarami fałszywych alarmów padają głównie osoby kojarzone z prawicą, krytyczne wobec obecnej władzy lub związane z prezydentem, to naturalnie pojawia się pytanie o motyw. Nie trzeba od razu przesądzać, że był polityczny. Ale nie należy też z góry zapewniać, że go nie było. Tym bardziej że cele ataków układają się w czytelny wzór.

Trzeba więc postawić pytanie wprost: czy rządzący tak nerwowo zapewniają, że nie ma tu podłoża ideologicznego, bo obawiają się, że śledztwo mogłoby ujawnić niewygodne powiązania sprawców z prorządowymi środowiskami internetowego hejtu? Czy w tle mogą pojawić się osoby związane z bańkami aktywistów, anonimowych kont i grup znanych z agresywnej walki z przeciwnikami obecnej władzy, w tym z szeroko rozumianym środowiskiem „Silnych Razem” i Soku z Buraka?Tego dziś nie wiemy. Ale właśnie dlatego nie powinno się tej hipotezy publicznie zamykać, zanim służby pokażą fakty. O ile pokażą.

Fałszywy alarm jako narzędzie wojny psychologicznej

Cała sprawa pokazuje też szerszy problem. Fałszywy alarm nie jest niewinnym żartem. To narzędzie, które angażuje służby, generuje koszty, wywołuje stres, narusza prywatność i może prowadzić do realnego zagrożenia. Każda niepotrzebna interwencja to ludzie i sprzęt odciągnięci od zdarzeń, w których pomoc może być naprawdę potrzebna.

W przypadku osób publicznych dochodzi jeszcze jeden wymiar: efekt zastraszenia. Jeżeli dziennikarz, publicysta, polityk albo członek rodziny prezydenta musi liczyć się z tym, że ktoś w każdej chwili może ściągnąć pod jego drzwi służby, to mamy do czynienia z formą presji. Nawet jeżeli sprawcy są młodzi, nawet jeżeli działali dla rozgłosu, skutki są poważne. Dlatego państwo powinno odpowiedzieć nie tylko zatrzymaniami, ale także jasnym komunikatem: kto był celem, jak pozyskano dane, jakich narzędzi użyto, czy istniał koordynator, czy były powiązania środowiskowe i czy w grę wchodziły motywy polityczne. Bez tego sprawa zostanie w pamięci publicznej jako kolejny przykład chaosu, w którym obywatele słyszą raz jedno, raz drugie, a ostatecznie mają uwierzyć, że wszystko było przypadkiem.

Państwo musi wyjaśnić wszystkie okoliczności

Rząd ma prawo bronić funkcjonariuszy, którzy działali zgodnie z procedurami. Ma prawo apelować o spokój. Nie ma jednak prawa udawać, że wcześniejsze bagatelizowanie sprawy nie miało znaczenia. Nie powinien też zbyt szybko zdejmować z niej politycznego ciężaru, skoro ofiary tej serii nie były przypadkowe.

Dzisiaj potrzebne są konkrety, a nie bagatelizujące sprawę komunikaty. Potrzebna jest odpowiedź, skąd sprawcy mieli prywatne adresy. Konieczne jest także wyjaśnienie, czy działali sami, czy korzystali z czyjejś pomocy. Potrzebne jest sprawdzenie wszystkich tropów: od rosyjskiego, przez kryminalny, po polityczny i środowiskowy.

Jeżeli polskie państwo najpierw lekceważy problem, potem sugeruje geopolityczne tropy, a następnie uspokaja, że polityki tu nie ma, to samo wystawia się na zarzut, że nad kryzysem komunikacyjnie nie panuje. A w sprawie, która dotyczy bezpieczeństwa osób publicznych, prywatności obywateli i wiarygodności służb, taka niepewność jest dokładnie tym, czego sprawcy mogli oczekiwać. I jeżeli faktycznie wątek wschodni okazał się błędnym tropem, to za Bugiem z pewnością z całego zamieszania wyciągnięto stosowne, niebezpieczne dla Polski wnioski.

Autor tekstu

Analiza Dobitnie

Analiza zespołu serwisu i kanału Dobitnie. Staramy się przenikać medialną fasadę, obnażać mechanizmy, proponować rozwiązania, unikać pustych emocji i politycznych narracji. Naszym celem jest dobro Polski. Zespół Dobitnie.

Wyszukiwarka
Kategorie

Analiza Dobitnie

Analiza zespołu serwisu i kanału Dobitnie. Staramy się przenikać medialną fasadę, obnażać mechanizmy, proponować rozwiązania, unikać pustych emocji i politycznych narracji. Naszym celem jest dobro Polski. Zespół Dobitnie.

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
Przemysław Miśkiewicz
blank