Pewnego dnia, gdy zaczynał się Wielki Post, Fejsbuk pokazał mi zdjęcie, które wzbudziło we mnie autentyczne zakłopotanie. Na zdjęciu tym widać było obraz przedstawiający Złożenie do Grobu, a na jego tle stał lekko uśmiechnięty młody mężczyzna. Był to autor tego obrazu i pozostałych, składających się na cykl Drogi Krzyżowej, jaka zawisła w tym roku w Bazylice św. Piotra na Watykanie. Fotografia została zrobiona właśnie tam, w czasie uroczystości zainaugurowania ekspozycji.
Zdziwienie obserwatora, a w moim przypadku zakłopotanie, mógł budzić gest malarza. Trzymał on mianowicie ręce w kieszeniach, co jest powszechnie w naszej kulturze uznawane za oznakę lekceważenia, a w każdym razie luźnego, niezobowiązującego podejścia do sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Na pewno nie jest to oznaka szacunku.
Zdjęcie, o którym mowa, ma w założeniu wydźwięk duchowy i inkluzywny. Można powiedzieć, że inkluzywny w dwojakim sensie. Ma pokazywać związek Kościoła ze współczesnym światem, a jednocześnie przekonywać, że świat nadal uważa sprawy podnoszone przez Kościół za żywotnie ważne. Czy to się udało?
Mężczyzna z rękami w kieszeniach to interesujący szwajcarski artysta młodego pokolenia, który studiował malarstwo, historię sztuki i filozofię we Florencji i Fryburgu. Ma żonę, troje dzieci i jest członkiem lokalnej kongregacji protestanckiej w miejscowości Biel.Jego obrazy są w miarę realistyczne, o ile w dzisiejszych czasach to słowo jeszcze cokolwiek znaczy; określenie „przedstawiające” będzie może precyzyjniejsze. Na pierwszy rzut oka budzą skojarzenia z prerafaelitami, ale także z nurtem hiperrealistycznym. Nie chcę zresztą angażować się w dyskusję o źródłach jego sztuki — dość powiedzieć, że jest on na pewno świadomy przeszłości i kontekstu, w jakim tworzy.
Pomysł, aby w Bazylice św. Piotra powiesić obrazy przedstawiające Drogę Krzyżową namalowane przez współczesnego twórcę, przypomina polski pomysł środowiska Teologii Politycznej, który jest realizowany od czterech lat. Ten projekt, w który zaangażowanych jest na stałe dziesięcioro malarzy, nosi nieco niezręczną nazwę „Namalować katolicyzm od nowa”, co wzbudziło kontrowersje w środowiskach inteligencji zaangażowanej w sprawy wiary. Dużo lepiej nazwa ta brzmi po angielsku, gdzie zamiast „od nowa” użyte jest słowo „again”. A więc, gdyby pójść za tą linią interpretacyjną, otrzymalibyśmy polski tytuł „Namalować katolicyzm znowu”. To subtelna, ale istotna różnica. Nie chodzi bowiem o tworzenie ikonografii od nowa, ale o ponowne wejście w świat funkcjonujący przez dwa tysiące lat i podjęcie odwiecznego tematu raz jeszcze.
Kiedy projekt ten został zainaugurowany i na początek organizatorzy zamówili obraz Jezusa Miłosiernego — co było przedsięwzięciem ambitnym, bo ten obraz każdy katolik zna i wielu się przed nim modli — w dyskusjach, jakie rozgorzały, pojawił się motyw wiary malarza. Czy jest ona niezbędna do tego, aby dobrze przedstawić Boga? Jak zwykle w takich przypadkach podział był nie do zasypania, bo jedni twierdzili, że malarstwo jest rzemiosłem, a jako takie nie zależy od ducha rzemieślnika. Zresztą bywa, że duch „mieszka” w obrazach namalowanych przez ludzi wątpliwej moralności — i od razu przywoływali przykład Caravaggia. Inni natomiast sądzili, że pierwiastek wiary, a co najmniej uczciwego jej poszukiwania, jest warunkiem koniecznym do tego, aby rozumieć to, co się przedstawia.
Organizatorzy projektu odnieśli się do tego sporu w sposób konstruktywny, to znaczy zapewnili zaproszonym malarzom komunikację z teologami i historykami sztuki, którzy mogli im przekazać wiedzę o znaczeniu poszczególnych przedstawień. Kwestie duchowości twórców pozostawiono bez interwencji, co zresztą jest doskonale zrozumiałe.
Wnosząc zarówno z treści obrazów pokazanych przez szwajcarskiego artystę, jak i z jego curriculum, tego rodzaju spotkania nie byłyby mu potrzebne, bo jego wykształcenie i obycie w świecie sztuki oraz religijnych odniesień są bez zarzutu. Co do pierwiastka wiary — jest on co prawda protestantem, ale wedle jego własnych słów uważa swoją kongregację za bliską katolicyzmowi, choć u św. Piotra czuł się nieco onieśmielony wszechogarniającym uniwersalizmem wiary, jaki stamtąd emanował.
Być może to onieśmielenie instynktownie pokrył gestem schowania rąk w kieszenie, co — jak wie każdy, kto kiedykolwiek bywał onieśmielony — sprzyja podniesieniu poczucia własnej autonomii i pewności siebie. Zresztą człowiek wychowany w przekonaniu, że świątynia jest jedynie budynkiem, który może służyć rozmaitym celom, nie odczuwa wagi gestów, jakie się tam wykonuje. Jeżeli nie wierzy się w obecność Boga w Najświętszym Sakramencie, jakiż jest sens przed Nim przyklękać? Można więc wsadzić ręce w kieszenie we wnętrzu kościoła, pozując na tle Złożenia do Grobu, bo to tylko przedstawienie, symbol. I od indywidualnej oceny zależy, jak się zachować.
Nie jestem zatem szczególnie zdziwiony ani oburzony zachowaniem malarza, bo został on inaczej wyposażony duchowo niż katolicy. Problem w tym, że to katolicy z Vatican News zdecydowali o tym, żeby takie właśnie zdjęcia wybrać do zilustrowania relacji z inauguracji na Fejsbuku. Czy nie zdawali sobie sprawy, że wzbudzą niechęć bardzo wielu wierzących, którzy będą to oglądać? W innych zaś obudzą ducha fałszywej tolerancji, którą będą usiłowali przeciwstawiać krytyce tych pierwszych?
Wzbudzą też — w sposób nieunikniony — refleksję nad tym, czy Kościół powinien powierzać prace nad dziełami religijnymi ludziom o niepewnej formacji religijnej. Wzbudzą pytania, czy nie doprowadzi to do sytuacji, w której malarstwo religijne stanie się dla malarzy po prostu działalnością zarobkową, jak każda inna. Polemistom odwołującym się do przykładów historycznych z góry odpowiem, że Veronese z pewnością zachowywał pełną szacunku postawę, gdy prezentował swoje dzieła przed Świętym Oficjum.
Cokolwiek by na ten temat powiedziano i jakichkolwiek argumentów historyczno-empatycznych by używano, nie jest możliwe oderwanie obrazów religijnych od ich twórcy. Gdyby było inaczej, mozaiki Marko Rupnika nie byłyby likwidowane po tym, jak ekskomunikowano ich autora. Powie ktoś — i słusznie — że przewinień Rupnika nie da się porównać z gestem wykonanym w Bazylice św. Piotra przez szwajcarskiego malarza. To prawda. Tyle że pamięć ludzka nie rządzi się wyłącznie logiką i nie można jej narzucać rozsądnych rozwiązań.
Dlatego ja, patrząc na charakterystyczne mozaiki — o ile gdziekolwiek jeszcze będę miał okazję je obejrzeć — będę widział raczej zadowoloną minę człowieka, który skrzywdził wiele kobiet. A oglądając obrazy Drogi Krzyżowej u św. Piotra, będę miał przed oczami swobodnie stojącego młodego mężczyznę z bródką, pozującego na tle przedstawienia martwego Jezusa i trzymającego przy tym ręce w kieszeniach. Nic na to nie poradzę.
