Osoba, którą prezes PiS Jarosław Kaczyński wskaże na premiera, z pewnością nie zostanie w przyszłości szefem rządu. Jego zadaniem będzie skupienie uwagi wyborców. Nie tylko PiS, ale całej prawicy.
Jarosław Kaczyński już podjął decyzję. Gdzieś w skrytości serca ma wybrał nazwisko polityka, który ma być kimś w rodzaju szefa gabinetu cieni. Będzie to raczej polityk młody, około czterdziestoletni, przystojny, wygadany, być może nawet błyskotliwy i kompetentny. Z pewnością prezes PiS ma większy wybór niż Donald Tusk, który skutecznie wykosił w swojej formacji wszystkich, którzy mogliby odgrywać w Koalicji Obywatelskiej jakąś znaczącą rolę.
Możemy być jednak pewni, że ten mężczyzna – bo tyle wiemy – z pewnością nie stanie w najbliższej przyszłości na czele rządu. Nawet jeśli PiS w 2027 roku wygra wybory i będzie rządzić. Znamy to przecież z przeszłości. Takim kandydatem był kiedyś prof. Piotr Gliński, o którym złośliwi mówili „premier z tableta”, gdyż swoje expose wygłaszał za pomocą tego urządzenia, które w dłoniach trzymał stojący ma mównicy sejmowej Kaczyński.
Zdaniem prof. Glińskiego była zmiana wizerunku PiS i to się wówczas w dużej mierze udało. Dziś nowy kandydat na szefa rządu ma dać nowy impuls największej partii opozycyjnej, skupić na sobie uwagę mediów, które będą snuć dywagacje na temat tego czy nadaje się bardziej czy mniej.
Ten ruch ma także na pewien czas uspokoić konflikt w partii, gdzie Matusz Morawiecki i jego stronnicy ścierają się z niemal całą reszta ugrupowania. Nowy lidera – nawet jeśli trochę na niby – wymusi deklarację lojalności na dwóch zwaśnionych stronach. To w pewien sposób może być czymś w rodzaju nowego otwarcia. Tylko tyle i aż tyle.
