Kto kogo przetrwa: polskie rolnictwo Unię, czy Unia polskie rolnictwo?

Kto kogo przetrwa: polskie rolnictwo Unię, czy Unia polskie rolnictwo?

blank

Pierwsze zapłacą gospodarstwa na polskiej wsi, ale to Unia wchodzi w głębszy, systemowy kryzys – bo traci własne zaplecze społeczne. Rolnictwo, jako działalność i forma życia, w jakiejś postaci przetrwa zawsze. Projekt polityczny, który konsekwentnie ignoruje realne koszty swojej polityki na wsi, takiej gwarancji nie ma.

Tylko mniej niż połowa polskich rolników wierzy, że przetrwa najbliższe 10 lat. I to mimo rekordowych nominalnie transferów z Brukseli. Jednocześnie wysycha przewaga, na której Polska zbudowała swoją pozycję po 2004 roku – niskie koszty pracy i produkcji. Ceny energii, paliwa, środków produkcji i płac zbliżyły się do zachodnioeuropejskich, a polskie rolnictwo nie zdążyło w pełni przestawić się z modelu „taniej masy” na model wysokiej jakości, przetwórstwa i silnej pozycji rynkowej. W efekcie rolnik płaci dziś podwójnie: traci przewagę kosztową, a jednocześnie nie ma pozycji, by konkurować wartością dodaną.

Kluczowe błędy zostały popełnione wewnątrz samego systemu Wspólnej Polityki Rolnej. Przesunięcie dużej części pieniędzy z drugiego filaru – przeznaczonego na rozwój wsi i inwestycje modernizacyjne – na dopłaty bezpośrednie dało krótkotrwały efekt polityczny w postaci wyższych przelewów na hektar, ale podcięło możliwości inwestowania w konkurencyjność. Gospodarstwa dostały więcej „pieniędzy na dziś”, mniej na sprzęt, infrastrukturę, przetwórstwo, współpracę. Tam, gdzie miała powstać nowoczesna, odporna wieś, powstał system uzależnienia od corocznego przelewu z Brukseli.

Ciosy z każdej strony

Na tym tle działania Komisji Europejskiej z ostatnich lat – dialog strategiczny z rolnikami, „wizja” przyszłości rolnictwa, Europejska Rada ds. Rolnictwa i Żywności, pakiet uproszczeń Omnibus III – wyglądają jak kosmetyka. Upraszczanie biurokracji jest potrzebne, ale nie dotyka zasadniczego problemu: konstrukcja WPR systemowo premiuje wielkie gospodarstwa i model przemysłowy, a nie mozaikę mniejszych, rodzinnych gospodarstw, na których opiera się polski system żywnościowy. Dane o tym, że zdecydowana większość środków trafia do mniejszości gospodarstw, nie są „niesprawiedliwością księgową”, tylko czytelnym opisem logiki tego systemu.

Tę samą logikę widać w polityce handlowej Unii. Przypadek Ukrainy pokazał to dobitnie. Najpierw jednostronne otwarcie rynku pod hasłem solidarności, dopiero potem, pod presją ulicy, przywrócenie ceł na część towarów i wprowadzenie klauzul ochronnych. Reguły, które dziś porządkują handel z Kijowem – cła na wybrane produkty, mechanizmy obronne w razie „poważnych zakłóceń” na rynku krajowym, zapisy o stopniowym dostosowaniu standardów – pojawiły się dopiero wtedy, gdy skutki liberalizacji uderzyły w rolników w Polsce czy Rumunii. Sygnał dla wsi jest jasny: najpierw decyzja polityczna, potem ratowanie rynku, gdy protesty stają się zbyt głośne.

Jeszcze bardziej jaskrawym przykładem jest zbliżająca się umowa z Mercosurem. Z punktu widzenia części unijnego przemysłu to atrakcyjna perspektywa: lepszy dostęp do rynków Ameryki Południowej w zamian za większy import wołowiny, drobiu, cukru czy etanolu z Brazylii, Argentyny czy Paragwaju. Ale dla rolnictwa, zwłaszcza w Europie Środkowej, to transakcja o bardzo prostym bilansie: wpuścić na rynek masę surowców produkowanych w warunkach nieporównywalnych standardów środowiskowych, sanitarnych i socjalnych. Rolnik z Podlasia albo Podkarpacia widzi tu prosty obraz: ma spełniać coraz ostrzejsze wymogi Zielonego Ładu, inwestować w dobrostan zwierząt, zmniejszać ślad węglowy – i jednocześnie konkurować z wołowiną z pastwisk karczowanych kosztem amazońskiej puszczy albo z drobiem produkowanym przy innych normach lekowych i środowiskowych.

Unijna odpowiedź na te obawy jest przewidywalna: pojawiają się zapewnienia o „równoważności standardów”, o „mechanizmach ochronnych”, o „możliwości czasowego wstrzymania importu w razie zakłóceń”. W praktyce rolnicy wiedzą, że gdy umowa już wejdzie w życie, odkręcić ją będzie politycznie i prawnie niezwykle trudno. Podobnie jak w przypadku Ukrainy – korekty pojawią się dopiero wtedy, gdy szkody będą widoczne gołym okiem. Koszt wejścia Mercosuru na unijny rynek nie rozłoży się po równo: największe uderzenie przyjmą państwa, które opierają się jeszcze na rodzinnych gospodarstwach produkujących zboże, mięso, mleko.

Zwalić winę na rządy

Do tego dochodzi budżet po 2027 roku. Bruksela proponuje nowy układ, w którym dotychczasowy drugi filar WPR – dedykowany rozwojowi obszarów wiejskich – zostaje wchłonięty przez szerokie krajowe i regionalne programy partnerstwa. Na papierze wygląda to jak rozsądne uelastycznienie wydatków. W rzeczywistości oznacza, że rolnictwo i wieś będą musiały bić się o swoje środki z infrastrukturą, energetyką, przemysłem, zieloną transformacją. Pula na dopłaty bezpośrednie ma się co prawda nominalnie nieco zwiększyć, ale to nie rozwiązuje żadnego z opisanych wyżej napięć; jedynie podtrzymuje kroplówkę.

Polityczna sprytność tego rozwiązania polega na tym, że odpowiedzialność za przyszłe cięcia na wsi zostanie przerzucona z Brukseli na stolice. Gdy za kilka lat okaże się, że środki na rozwój obszarów wiejskich są mniejsze niż w poprzedniej perspektywie, Komisja wskaże na rządy krajowe: daliśmy wam elastyczność, to wy zdecydowaliście inaczej. Dla polskiego rolnika nie będzie to jednak spór o kompetencje między instytucjami, tylko kolejny dowód, że w unijnym wyścigu po pieniądze rolnictwo jest przegranym z definicji – bo jego interesy są rozproszone, a polityczny głos słabszy niż lobby przemysłu czy energetyki.

Skutek tej mieszanki regulacji, handlu i budżetu jest bardzo konkretny. W małych i średnich gospodarstwach narasta poczucie braku stabilności. Zmiany klimatyczne uderzają w plony, zawirowania na rynkach światowych w ceny, a polityka – w zasady gry. Wielu rolników stoi przed oczywistym dylematem: inwestować na kolejne 20–30 lat w gospodarstwo, skoro nie ma żadnej gwarancji, że warunki prowadzenia produkcji nie zostaną w tym czasie obrócone do góry nogami kolejnym „kompromisem klimatycznym” albo kolejną umową handlową? Statystyki pokazujące starzenie się wsi, brak następców, spadek wiary w przetrwanie gospodarstw, są logiczną konsekwencją tej niepewności.

Miłość aż do końca

Unia formalnie „stoi po stronie rolników”. Brukselskie komunikaty mówią o strategicznej roli rolnictwa, miliardach euro wsparcia, setkach tysięcy miejsc pracy. Ale na polskiej wsi coraz wyraźniej widać coś innego: system, który przynosi pieniądze, lecz równocześnie podkopuje fundamenty, na których to rolnictwo stoi – przewidywalność, opłacalność, pokoleniową ciągłość i elementarne poczucie szacunku. To właśnie ten rozziew między deklaracją a praktyką rodzi najgłębszy kryzys: kryzys zaufania do Unii jako projektu.

Kto więc kogo przetrwa? W krótkim horyzoncie większy, namacalny kryzys przeżyje polskie rolnictwo. To tu najszybciej zobaczymy efekty: znikające gospodarstwa, sprzedaż ziemi, brak następców, wzrost zadłużenia, rosnącą przewagę kilku podmiotów nad tysiącami rolników. Unijne instytucje tymczasem będą funkcjonować dalej, przyjmować kolejne reformy, dokręcać lub luzować śrubę regulacyjną, szukać „kompromisów” w sprawie Mercosuru czy kolejnych porozumień handlowych.

W dłuższej perspektywie to jednak Unia wchodzi w poważniejszy kryzys – bo erozja zaufania na wsi nie jest marginesem, lecz objawem choroby systemowej. Wspólnota, która traci poparcie tych, którzy odpowiadają za jej wyżywienie i za zagospodarowanie ogromnej części terytorium, traci coś więcej niż kilka punktów w sondażach. Traci zakorzenienie. Rolnictwo – w jakiejś formie – przetrwa zawsze, bo jest warunkiem biologicznego przetrwania społeczeństwa. Unia Europejska takiej gwarancji nie ma. Jeśli będzie dalej traktować polską i europejską wieś jak zmienną w równaniu handlowo‑klimatycznym, odpowiedź na pytanie „kto kogo przetrwa” może się okazać dla niej wyjątkowo nieprzyjemna.

Autor tekstu

Analiza Dobitnie

Analiza zespołu serwisu i kanału Dobitnie. Staramy się przenikać medialną fasadę, obnażać mechanizmy, proponować rozwiązania, unikać pustych emocji i politycznych narracji. Naszym celem jest dobro Polski. Zespół Dobitnie.

Wyszukiwarka
Kategorie

Analiza Dobitnie

Analiza zespołu serwisu i kanału Dobitnie. Staramy się przenikać medialną fasadę, obnażać mechanizmy, proponować rozwiązania, unikać pustych emocji i politycznych narracji. Naszym celem jest dobro Polski. Zespół Dobitnie.

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank