Mam świadomość, że w oczach krytyków ETS takie stwierdzenie zakrawa niemal na bluźnierstwo. Bo przecież unijna polityka klimatyczna szkodzi polskiej gospodarce, powoduje koszmarny wzrost cen, grozi nam utratą suwerenności energetycznej. Wszystko to prawda. Podobnie, jak prawdą jest, że Unia Europejska dąży do federalizacji po to, aby największe państwa mogły realizować swoje interesy kosztem mniejszych. Tylko, że w obu przypadkach mamy do wyboru trzy modele działania: wyjść z Unii, pozostać w Unii i potulnie poddawać się decyzjom wielkich albo próbować montować skuteczne koalicje na rzecz powstrzymania ideologicznych szaleństw. Referendum, niezależnie od jego wyniku, nie miałoby żadnego przełożenia na decyzje zapadające w Brukseli. W najlepszym wypadku mogłoby stać się kosztownym i pustym gestem.
Istotą referendum jest odwołanie się do opinii obywateli w sprawach, w których decyduje państwo. W sprawach rozwiązań na poziomie ustawowym bądź systemowym, konstytucyjnym. Proponowany przez prezydenta, a odrzucony przez Senat plebiscyt miałby tylko i wyłącznie wymiar deklaratywny. W dodatku w kwestii, w której zdecydowana większość obywateli i wielu polityków z różnych opcji ma wyrobioną opinię. Tak, unijna polityka klimatyczna jest dla Polski obciążeniem. Tak, trzeba starać się, by łagodzić jej szkodliwe zapisy. Nie, nie ma zgody na wyjście Polski z Unii Europejskiej, nawet za cenę odrzucenia ETS.
Trzy warianty niedoszłego referendum
Wyobraźmy sobie, że senatorowie dają jednak Karolowi Nawrockiemu zielone światło. Wielomilionowym kosztem organizowane jest klimatyczne referendum. Możliwe byłyby trzy scenariusze. Pierwszy – to brak ponad 50-procentowej frekwencji, która jest wymagana, by głosowanie było wiążące. A to całkiem realny scenariusz, jeśliby rządzącym udało się przekonać Polaków, że jest to głosowanie za pozostaniem w UE lub za polexitem. W takim wariancie rząd by się wzmocnił i przygotowywał się pod wybory z narracją, że tylko obecna koalicja może powstrzymać polexitowców. Opozycji pozostawałoby wyjaśnianie, że chodzi o ceny energii, a nie o opuszczenie Unii.
Drugi wariant to mobilizacja frekwencyjna obu stron i przewaga (niewielka) zwolenników rozwiązań unijnych. Byłby to ogromny cios dla krytyków europejskiego dogmatyzmu klimatycznego, którym byłoby łatwo zamknąć usta argumentem: Polacy zdecydowali. Sondaże pokazywały, że więcej Polaków uważa pomysł referendum za polityczną grę, niż za potrzebny ruch, a mniej więcej jedna czwarta nie miała wyrobionego zdania. Dlatego przekształcenie referendum w głosowanie za i przeciw członkostwu w Unii również w tym przypadku miałoby szansę zakończyć się zwycięstwem rządu.
Jesteśmy przeciw – i co z tego?
Pozostaje wariant numer trzy: wiążące referendum, w którym większość głosuje za odrzuceniem unijnej polityki klimatycznej. I co dalej? Polska ogłasza, że po prostu nie będzie stosować unijnych regulacji?Pomijam fakt, że nikt nie może zmusić do tego rządu, ale co ważniejsze, w Brukseli nikogo by to specjalnie nie obeszło. Bowiem jeśli chcemy porzucić wspólne regulacje, musielibyśmy opuścić UE, czego ogromna większość Polaków nie chce. Paradoksalnie wygrane referendum pokazałoby niemoc prezydenta i prawicowej opozycji w kwestii polityki klimatycznej.
Ceny energii i rosnące w związku z nimi koszty życia i koszty prowadzenia biznesu będą stanowiły ważny element kampanii wyborczej do parlamentu w przyszłym roku. Pomysł referendum należy traktować jako pierwszy zdecydowany ruch w tym kierunku. Nie mam wątpliwości, że w Pałacu Prezydenckim choćby przez chwilę łudzono się, że zdominowana przez koalicję izba wyższa zgodzi się na propozycję głowy państwa. Chciałbym jednak, aby nasi politycy skutecznie działali w kierunku złagodzenia rygorów klimatycznych regulacji, a nie skupiali się na efektownych, lecz nieefektywnych gestach.Bowiem kwestia jest dla polskiej gospodarki faktycznie kwestią życia i śmierci. I musi być traktowana ze śmiertelną powagą. I z dużą dozą merytoryki.
