Orlen odwraca się od branży. Bierze stronę rządu ws. windfall tax

Orlen odwraca się od branży. Bierze stronę rządu ws. windfall tax

blank

Orlen zawiesił członkostwo w POPiHN po tym, jak organizacja branżowa skrytykowała rządowy projekt podatku od nadzwyczajnych zysków. Największa firma paliwowa w Polsce odcina się od własnego środowiska dokładnie wtedy, gdy branża próbuje bronić przewidywalności prawa, równego traktowania i swoich inwestycji. Trudno o bardziej czytelny sygnał: w starciu między interesem rynku a oczekiwaniami rządzących Orlen wybiera polityczny spokój.

Orlen kontra POPiHN. Spór o windfall tax

Decyzja Orlenu o zawieszeniu członkostwa w POPiHN po krytycznym stanowisku organizacji wobec windfall tax jest symbolicznym obrazem spółek kontrolowanych przez Skarb Państwa w polskiej gospodarce. Największy gracz na rynku paliwowym, spółka o strategicznym znaczeniu dla państwa, odciął się od branży w chwili, gdy ta upomniała się o elementarne zasady: konsultacje, przewidywalność i niewprowadzanie podatków z zaskoczenia.

Można oczywiście zapewniać, że chodzi o różnice zdań w kwestii stanowiska POPiHN, własną ścieżkę konsultacji i autonomię spółki. Tyle że w biznesie, zwłaszcza tak mocno regulowanym jak paliwa, liczy się nie tylko treść oficjalnych komunikatów, lecz także moment ich ogłoszenia. Największa firma w organizacji branżowej odwraca się od niej dokładnie wtedy, gdy ta organizacja krytykuje podatek forsowany przez rząd. Politycznego sensu tej decyzji nie trzeba długo szukać.

Lider rynku nie powinien zostawiać branży samej

Najbardziej rozczarowuje to, że Orlen nie zachowuje się dziś jak lider rynku, który rozumie odpowiedzialność za cały sektor. Bardziej przypomina spółkę, która woli nie drażnić rządu, nawet gdy gra toczy się o zasady ważne dla wszystkich uczestników rynku. Ten rząd zaś spółkę kontroluje.

W dobrze działającej gospodarce nawet największy podmiot powinien pamiętać, że rynek nie kończy się na jego własnym bilansie. Są jeszcze importerzy, niezależni dystrybutorzy, sieci stacji, logistyka, magazyny i cała konkurencja, która pilnuje, żeby paliwa nie stały się wyłącznie politycznym instrumentem. Im mniej konkurencji, tym łatwiej zarządzać rynkiem z jednego centrum. Dla konsumentów i przedsiębiorców rzadko kończy się to dobrze.

Windfall tax w wersji rządowej od początku budził poważne zastrzeżenia. POPiHN napisał to, co branża musiała napisać: projekt ma charakter fiskalny, grozi ograniczeniem inwestycji, budzi wątpliwości prawne i nie powinien służyć łataniu budżetu kosztem przedsiębiorców. Orlen mógł się z tym stanowiskiem spierać. Mógł proponować poprawki czy wyważyć racje. Wybrał demonstracyjne odcięcie się od organizacji, która przypomniała rządowi, że branża paliwowa nie jest workiem bez dna.

Windfall tax i stara metoda wskazywania winnych

Sprawa ma także szerszy wymiar społeczny. Przez lata słyszeliśmy, że to PiS szczuł na biznes, lekarzy, nauczycieli, przedsiębiorców i kolejne grupy zawodowe. W debacie publicznej wracał obraz państwa, które zamiast rozmawiać, szuka winnego. Symbolem tamtego stylu stały się dwadzieścia lat temu słowa śp. Ludwika Dorna o „braniu lekarzy w kamasze”.

Minęło pokolenie, a podobny mechanizm wraca w nowym opakowaniu. Dziś lekarze znów bywają wygodnym chłopcem do bicia, a branża paliwowa dostaje rolę tych, którzy „zarobili za dużo”, więc można im zabrać. Język jest łagodniejszy, bardziej techniczny, ubrany w podatkowe formuły. Zamiast kamaszy mamy „nadzwyczajne zyski”, zamiast politycznego karcenia projekt ustawy, zamiast otwartej groźby legislacyjną presję.

Mechanizm jest jednak znajomy. Najpierw wskazuje się grupę, potem opowiada prostą historię o jej rzekomych przywilejach, a na końcu pojawia się rachunek. Gdy w budżecie brakuje pieniędzy, zawsze można powiedzieć opinii publicznej, że zapłacą „oni”: lekarze, banki, paliwowcy, deweloperzy, przedsiębiorcy. Politycznie wygodne, gospodarczo ryzykowne.

Orlen bliżej rządu niż akcjonariuszy?

Dlatego decyzja Orlenu jest tak zła i bolesna. Największy podmiot na rynku nie próbuje tonować tej szkodliwej narracji, lecz swoim gestem ją wzmacnia. Zamiast upomnieć się o równe zasady dla wszystkich uczestników rynku, wybiera dystans wobec branżowego sprzeciwu.

Z perspektywy akcjonariuszy to również nie powinno być obojętne. Orlen jest spółką giełdową, a nie departamentem administracji rządowej. Jego zarząd powinien kierować się interesem spółki, przewidywalnością otoczenia regulacyjnego i długoterminową wartością dla właścicieli. Tymczasem zawieszenie członkostwa w organizacji branżowej po sporze o podatek wygląda jak gest politycznej ostrożności, a nie jak obrona standardów ważnych dla rynku.

Spór nie dotyczy obrony nadzwyczajnych zysków jako takich. Państwo ma prawo reagować na kryzysy i szukać dochodów. Musi jednak robić to uczciwie: po konsultacjach, bez działania prawa wstecz, bez mylenia marży z zyskiem i bez traktowania całej branży jak wygodnego źródła pieniędzy.

Podatek od nadzwyczajnych zysków ma sens tylko wtedy, gdy trafia w realne źródło nadzwyczajnych korzyści. W wersji obejmującej importerów i dystrybutorów bez własnych rafinerii przestaje być instrumentem sprawiedliwości podatkowej, a zaczyna działać jak narzędzie przebudowy rynku pod silniejszych.

Podatek od nadzwyczajnych zysków może osłabić konkurencję

Największe ryzyko projektu noszącego numer UD411 polega na tym, że podatek przedstawiany jako sprawiedliwościowy może w praktyce osłabić konkurentów największego gracza. Importerzy, niezależni dystrybutorzy i sieci bez własnych rafinerii nie działają w takim samym modelu jak koncern zintegrowany pionowo. Nie mają tej samej skali, tych samych buforów finansowych i tego samego zaplecza logistycznego. Wrzucenie ich do jednego worka z największymi producentami paliw zamienia formalną równość w ekonomiczną nierówność. Tak powstają regulacje, które w uzasadnieniu brzmią sprawiedliwie, a w praktyce przesuwają rynek w stronę silniejszych podmiotów.

Orlen może dziś uznać, że bliżej mu do rządu niż do branży. Krótkoterminowo taka postawa bywa wygodna. W dłuższej perspektywie jest ryzykowna również dla samego Orlenu. Państwo, które raz przyzwyczai się do traktowania sektora paliwowego jak podręcznej rezerwy budżetowej, nie musi na zawsze oszczędzać największego gracza.

Zawieszenie członkostwa w POPiHN to zły sygnał

Zawieszenie członkostwa Orlenu w POPiHN nie jest tylko wewnętrzną sprawą branży. To sygnał, że w sporze o podatki i regulacje największy podmiot woli stać z boku, gdy reszta rynku próbuje bronić zasad.

Dla rządu to wygodne. Dla Orlenu być może bezpieczne – w krótkim terminie. Dla rynku paliwowego to jednak zły znak. Branża, która w kluczowym momencie traci wspólny głos, łatwiej staje się przedmiotem politycznej gry. Gospodarka, w której największy gracz nie chce drażnić władzy, gdy ważą się reguły dla całego sektora, szybko traci autonomię i staje się bardziej zależna od polityki.

Obecna koalicja lubi mówić o rozdziale Kościoła od państwa. Może czas na rozdział gospodarki od doraźnej polityki? Nie tylko w zakresie obsady stanowisk w spółkach.

Autor tekstu
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest wiceprezesem Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Dla Dobitnie.pl pisze o polityce i kulturze..

Wyszukiwarka
Kategorie
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest wiceprezesem Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Dla Dobitnie.pl pisze o polityce i kulturze..

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
Przemysław Miśkiewicz
blank