Polska stoi przed dość osobliwym dylematem legislacyjnym. W Sejmie procedowana jest nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości, która wprowadza całkowity zakaz reklamy piwa bezalkoholowego – produktu, który według badań realnie pomaga wielu Polakom ograniczać spożycie alkoholu. Jednocześnie prawo nadal traktuje piwo na równi z wódką, pomijając fundamentalne różnice w wzorcach konsumpcji i wpływie na zdrowie.
Według badania opublikowanego w 2025 roku w BMJ Open, aż 31,6% polskich konsumentów sięga po piwo 0% właśnie po to, by zmniejszyć spożycie alkoholu, a 22,6% całkowicie zastąpiło nim tradycyjne piwo. Analiza objęła reprezentatywną grupę ponad 1100 dorosłych Polaków. To nie jest marginalny efekt – piwo bezalkoholowe stało się praktycznym narzędziem redukcji szkód, zgodnym z zaleceniami współczesnej medycyny prewencyjnej.
Tymczasem projekt nowelizacji proponuje zakaz reklamy produktu, który nie zawiera substancji psychoaktywnej. Argument o „alibi marketingu” jest zrozumiały, ale prowadzi do paradoksu: zamiast wspierać mechanizm, który działa, ustawodawca go ogranicza.
Piwo to nie wódka
Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia słusznie podkreślają, że nie ma bezpiecznej dawki etanolu. Jednak z punktu widzenia epidemiologii i ostrych skutków zdrowotnych różnica między piwem a wódką jest istotna. Piwo spożywa się wolniej, w mniejszych dawkach czystego alkoholu na raz, rzadziej prowadzi do szybkiego upojenia i związanych z nim zachowań ryzykownych.
Warto też zauważyć trend rynkowy: od 2018 roku spożycie piwa w Polsce systematycznie spada, mimo że można je reklamować. Jednocześnie konsumpcja wódki rośnie, choć jej reklama jest zakazana od dekad. To podważa tezę, że reklama jest głównym motorem wzrostu spożycia alkoholu.
Zdaniem Bartłomieja Morzyckiego, dyrektora generalnego Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego, całkowity zakaz „zabetonuje” rynek na korzyść największych graczy. Marki takie jak Żywiec, Tyskie czy Lech mają wieloletnią rozpoznawalność i dominującą pozycję w punktach sprzedaży. Dla nich zakaz nie będzie tragiczny.
Zdecydowanie gorzej będzie z małymi, rzemieślniczymi browarami. Dla nich komunikacja w mediach społecznościowych i reklamy online to podstawowe, a często jedyne narzędzie dotarcia do klienta. Bez możliwości promocji piw bezalkoholowych (często flagowych produktów kraftowych) szanse na rozwój poza lokalnym kręgiem pasjonatów dramatycznie spadną. Zamiast „wyrównywania szans” może dojść do utrwalenia dominacji koncernów.
Lekcje z Europy – jest lepsze wyjście
Unia Europejska pokazuje różne podejścia. Wielka Brytania pozwala na reklamę piwa bezalkoholowego pod warunkiem, że dotyczy wyłącznie produktu 0% – bez nawiązywania do marek alkoholowych. Tamtejsze Advertising Standards Authority skutecznie egzekwuje te zasady. Niemcy polegają na kodeksach branżowych, Francja ma bardziej restrykcyjne regulacje, ale też nie zawsze idące w totalny zakaz.
Polskie instytucje, w tym Krajowe Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom, mają narzędzia do monitorowania rynku. Wydaje się rozsądniejsze wprowadzenie precyzyjnych, egzekwowalnych zasad niż całkowity zakaz, który uderza w segment wart już blisko 2 mld zł.
Największe koszty społeczne generują nie piwa bezalkoholowe, lecz tanie, niskiej jakości alkohole wysokoprocentowe – popularne „małpki”. Ich dostępność i konsumpcja pozostają największym wyzwaniem, a zakaz reklamy od lat nie przyniósł tu przełomu.
Zamiast koncentrować się na piwie 0%, warto rozważyć bardziej skuteczne i precyzyjne instrumenty: politykę minimalnej ceny za gram alkoholu, ograniczenie dostępności mocnych trunków, edukację i wsparcie dla osób chcących zmniejszać spożycie.
Całkowity zakaz reklamy piwa bezalkoholowego to rozwiązanie, które może przynieść więcej szkody niż pożytku – zarówno dla zdrowia publicznego (ograniczając narzędzie redukcji szkód), jak i dla polskiego przemysłu piwowarskiego, szczególnie jego rzemieślniczego sektora. Wyważone, precyzyjne regulacje byłyby bardziej racjonalne i lepiej służyłyby zarówno celom zdrowotnym, jak i ekonomicznym.
