Książce „Kłopot z Zełenskim” wróżę solidarne przemilczenie w mainstreamowych mediach. Jest zbyt niewygodna dla narracji o Ukrainie, a zarazem zbyt wiarygodna, by można było ją łatwo zdyskredytować. Radziłbym, by nie traktować jej jako obrazu pewnego wycinka najnowszej historii, ale jako opowieść o fasadowej europejskości Ukrainy i o błędach polskiej polityki zagranicznej. Błędach, na których – jeśli wierzyć Zbigniewowi Parafianowiczowi – potrafimy się jednak uczyć.
Z opowieści bohaterów reportażu (wszyscy występują anonimowo, co nie jest rzadkością – tak jest choćby w świetnej książce Jacka Gądka o prezydenturze Andrzeja Dudy) wyłania się inny, niż znany z polskich mediów, bynajmniej nie majestatyczny ani nie pomnikowy obraz Władymira Zełenskiego. A przede wszystkim „Kłopot” potwierdza to, o czym nasi politycy ze zrozumiałych względów nie chcą głośno mówić: Ukraina chce być państwem unijnym, ale do szpiku kości pozostaje sowiecka. Sowiecka jest rozbuchana korupcja, sowiecki jest styl prowadzenia polityki zagranicznej, sowiecka jest mentalność ukraińskich elit politycznych.
Zełenski w ciągu czterech lat trwania wojny zaprzepaścił mocną pozycję na arenie międzynarodowej, jaką miał w roku 2022. Dzisiaj jego pokrzykiwania, groźby, naśladowanie stylu kremlowskich przywódców nie są skuteczne. Są przeciwskuteczne. My, jako Polacy, jako obywatele kraju wiele razy traktowanego przez Zełenskiego i spółkę w sposób plugawy, mamy prawo czuć Schadenfreude. Ale ta satysfakcja szybko topnieje, kiedy tylko uświadamiamy sobie stawkę gry, jaka toczy się za Bugiem i Sanem.Gry, która w każdym wariancie dotyczyć będzie Polski.
Parafianowicz oddaje głos innym, relacjonuje ustami innych, zachowując postawę bezstronnego obserwatora. Jednak to, co czytamy, jest wystarczająco mocne. Nie, nie szokujące, o ile ktoś nie żywi się po dziś dzień złudzeniami na temat polityki Kijowa. Konfuzję mogą wywołać jedynie relacje o dziecięcej naiwności, a nawet płaszczeniu się polskich urzędników i negocjatorów. „Chcieliście Polski, no to ją macie…” – można przywołać Gałczyńskiego.
Szokujące dla uważnego obserwatora nie są twierdzenia ekspertów, że na hipotetycznej odbudowie Ukrainy skorzysta nie tyle Polska, co – prócz państw zachodnich – także Białoruś. A nawet, pośrednio lub bezpośrednio, Rosja.Business as usual. Bajki o nienawiści ukraińsko-rosyjskiej, która trwać będzie do końca świata i o jeden dzień dłużej, dobre są dla nadwiślańskich naiwniaków.
Pociesza to, że wypowiadający się w książce dyplomaci i politycy związani tak z obecnym, jak i poprzednim rządem twierdzą, że o ile w sferze retorycznej między końcowym PiS a KO są w sprawie ukraińskiej różnice, to w podejściu do ukraińskich gierek panuje konsensus. Ostatnie dwa lata były szkołą realizmu i pozbawiły decydentów złudzeń. To dobrze, bowiem sytuacja nie jest zero-jedynkowa, a chociaż Ukraińcy nie „walczą za nas”, jak twierdzi śmieszna propaganda, to ich klęska stworzy dla Polski nową, niezwykle groźną sytuację.
Nie musimy i nie będziemy się kochać, ale w pewnym sensie jesteśmy na siebie skazani.
Zbigniew Parafianowicz: Kłopot z Zełenskim. Warszawa, Czerwone i Czarne, 2026.
