Pół litra piwa to nie pół litra wódki. Jak manipuluje się akcyzą

Pół litra piwa to nie pół litra wódki. Jak manipuluje się akcyzą

blank

Wódka ma „wystrzelić w kosmos”, piwo „prawie nie drgnąć”, a w tle czają się jeszcze „tajemnicze działania”. Brzmi jak zapowiedź sensacyjnego serialu, choć chodzi jedynie o podatek akcyzowy. Według portalu superbiz.se.pl w roli czarnego charakteru występuje branża piwna, a głównym dowodem jej rzekomego uprzywilejowania jest to, że półlitrowa butelka piwa zdrożeje o kilkanaście groszy, natomiast pół litra wódki o kilka złotych.

Rozumowanie jest proste. Obie butelki mają po pół litra, więc powinny zostać obciążone podobnie. W tej metodzie badawczej miarka do płynów zastępuje ekonomię, a pojemność opakowania staje się ważniejsza niż jego zawartość.

„Równa akcyza”, czyli właściwie jaka?

Hasło zrównania akcyzy na piwo i wódkę brzmi atrakcyjnie. Równość zawsze brzmi dobrze, zwłaszcza gdy nie trzeba jeszcze wyjaśniać, co dokładnie ma zostać zrównane.

Czy chodzi o jednakową kwotę podatku od litra napoju? Taka zasada oznaczałaby potraktowanie litra piwa zawierającego kilka procent alkoholu tak samo jak litra wódki zawierającej go około dziesięć razy więcej.

Czy może o jednakowy udział akcyzy w cenie produktu? Wtedy podatek zależałby nie tylko od zawartości alkoholu, lecz również od ceny, kosztów produkcji, marży i pozycji rynkowej producenta.

A może o identyczne obciążenie czystego alkoholu? To już koncepcja poważniejsza, ale nadal nie oznacza, że wszystkie napoje alkoholowe można traktować tak samo. Piwo, wino i alkohole spirytusowe różnią się sposobem produkcji, strukturą rynku, modelem konsumpcji, kosztami, skalą sprzedaży oraz znaczeniem dla rolnictwa i zatrudnienia.

„Zrównanie akcyzy” nie jest zatem gotowym rozwiązaniem. Jest sloganem, pod którym można ukryć kilka zupełnie różnych systemów podatkowych. Każdy z nich inaczej rozłoży koszty i inaczej wpłynie na ceny, sprzedaż oraz zachowania konsumentów.

Kilkanaście groszy pomnożone przez miliony butelek

Autorzy sensacyjnej opowieści przekonują, że piwo ma zdrożeć „zaledwie” o 12 do 14 groszy. Słowo „zaledwie” dobrze wygląda przy jednej butelce. Gorzej wygląda w rachunku całej branży.

Akcyzy nie płaci się od butelki kupionej przez autora artykułu do niedzielnego obiadu. Płaci się ją od milionów hektolitrów produkcji i sprzedaży. Kilkanaście groszy przemnożone przez miliony opakowań przestaje być drobną monetą. Staje się realnym wzrostem obciążeń, który producent musi pokryć z marży albo przerzucić na konsumenta.

Podwyżka nie pojawia się przy tym w gospodarczym laboratorium. Nakłada się na spadającą sprzedaż piwa, rosnące koszty energii, transportu, pracy, opakowań oraz wdrażania systemu kaucyjnego. Duży koncern może taki wzrost kosztów przez pewien czas amortyzować. Dla mniejszego browaru regionalnego lub rzemieślniczego może on oznaczać utratę rentowności.

Skutki nie kończą się na właścicielach browarów. Mniej produkcji oznacza mniejsze zamówienia na jęczmień i chmiel, mniej pracy dla producentów opakowań, przewoźników, hurtowni i gastronomii. Znikać mogą nie tylko marki piwa, lecz także miejsca pracy i dochody przedsiębiorstw powiązanych z całą branżą.

Insynuacja zamiast rachunku ekonomicznego

Gdy argument o półlitrowych butelkach okazuje się zbyt prosty, na scenę wchodzą „powiązania” urzędników z branżą piwną. Z faktu, że ktoś wcześniej przygotowywał ekspertyzy dotyczące akcyzy albo współpracował z przedstawicielami rynku, ma wynikać, że obecne rozwiązania zostały napisane pod dyktando browarów.

To wygodna konstrukcja. Nie trzeba już wykazywać błędów w proponowanym systemie, liczyć jego skutków ani analizować wpływu na ceny i sprzedaż. Wystarczy zestawić nazwiska, dawne miejsca pracy i zawodowe kontakty. Ekonomię zastępuje sugestia, a sugestię można pozostawić bez dowodu.

Możliwość konfliktu interesów zawsze należy badać. Nie można jednak uznawać go za udowodniony wyłącznie dlatego, że ekspert zna branżę, której dotyczą regulacje. Gdyby taka zasada obowiązywała konsekwentnie, ustaw podatkowych nie mogliby przygotowywać ani podatkowcy, ani ekonomiści, ani osoby mające wcześniejsze doświadczenie rynkowe. Pozostaliby zapewne specjaliści bez doświadczenia, za to wolni od podejrzanych kontaktów z rzeczywistością.

Państwo nie zarabia od samego podnoszenia stawek

Największym uproszczeniem jest przekonanie, że wyższa akcyza automatycznie przyniesie państwu wyższe dochody. Podatek wpływa przecież na cenę, popyt, skalę legalnej sprzedaży oraz rentowność produkcji.

Jeżeli wyższa cena ograniczy sprzedaż, część spodziewanych wpływów z akcyzy nie powstanie. Spadną również wpływy z VAT, podatków dochodowych oraz składek związanych z zatrudnieniem. Wzrosnąć może natomiast atrakcyjność szarej strefy i alkoholu pochodzącego z nielegalnych źródeł.

Państwo może więc podnieść stawkę podatku, a mimo to nie uzyskać proporcjonalnego wzrostu dochodów. To elementarna zależność ekonomiczna, choć mniej widowiskowa niż opowieść o piwnym lobby i tajemniczych działaniach.

Zrównanie akcyzy na piwo i wódkę nie stanie się rozsądne tylko dlatego, że nazwano je zrównaniem. Równe traktowanie nie polega na nakładaniu identycznych obciążeń na różne produkty bez uwzględniania ich składu, rynku i konsekwencji gospodarczych.

Pół litra pozostaje wprawdzie połową litra. Na tym jednak podobieństwo piwa i wódki właściwie się kończy.

Autor tekstu

Janusz Grobicki

Doktor ekonomii. Jest dziennikarzem, redaktorem naczelnym portalu NowyŚwiat24.com.pl, b. redaktorem naczelnym miesięcznika „Bank”, specjalistą w zakresie zarządzania oraz nowoczesnych technologii informatycznych i informacyjnych, ekspertem Centrum im. Adama Smitha

Wyszukiwarka
Kategorie

Janusz Grobicki

Doktor ekonomii. Jest dziennikarzem, redaktorem naczelnym portalu NowyŚwiat24.com.pl, b. redaktorem naczelnym miesięcznika „Bank”, specjalistą w zakresie zarządzania oraz nowoczesnych technologii informatycznych i informacyjnych, ekspertem Centrum im. Adama Smitha

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
Przemysław Miśkiewicz
blank