Rolnik nie chce jałmużny. Chce państwa, które pozwoli mu pracować

Rolnik nie chce jałmużny. Chce państwa, które pozwoli mu pracować

blank

Polski rolnik nie potrzebuje dziś politycznej litości. Nie czeka na poklepanie po plecach, okolicznościowe zdjęcie ministra w gumowcach ani kolejną konferencję prasową pod hasłem „pomoc dla wsi”. Wie już bowiem, że za wielkimi słowami zbyt często stoją jednorazowe przelewy, spóźnione rekompensaty i administracyjna kroplówka. Taka kroplówka pozwala czasem przetrwać sezon. Nie pozwala jednak budować gospodarstwa, inwestować, planować ani przekazywać ziemi dzieciom z poczuciem bezpieczeństwa.

A przecież rolnik nie chce żyć od rekompensaty do rekompensaty. Chce po prostu pracować.

W polityce liczy się szybki efekt: dopłata, tarcza, fundusz, program, komunikat. Rolnik myśli inaczej. Myśli w rytmie lat, sezonów i pokoleń. Sadzi drzewa, których pełny plon zobaczy dopiero za kilka lat. Kupuje maszynę na dekadę. Bierze kredyt, którego nie da się spłacić jednym sezonem. Dla niego państwo nie powinno być służbą od gaszenia pożarów, lecz partnerem, który pomaga budować odporność, zanim przyjdzie grad, susza albo przymrozek.

Wieś to nie folklor, ale strategiczna infrastruktura państwa

Polska wieś nie jest sceną dożynek, na których chętnie fotografują się politycy. To jeden z filarów bezpieczeństwa narodowego. Kraj, który traci zdolność produkcji własnej żywności, prędzej czy później traci także część swojej suwerenności. W czasach wojny na Ukrainie, kryzysów logistycznych i coraz brutalniejszej konkurencji handlowej powinno to być oczywiste.

Dane pokazują skalę tej stawki. Według KOWR w 2024 r. polski eksport rolno-spożywczy osiągnął rekordowe 53,5 mld euro, a dodatnie saldo handlu tymi produktami wyniosło 17,9 mld euro. Największą pozycją eksportową były mięso, przetwory mięsne i żywiec – 10,8 mld euro, czyli 20 proc. wartości eksportu rolno-spożywczego. Ziarno zbóż i przetwory dały kolejne 6,5 mld euro. To nie jest margines gospodarki. To jeden z tych sektorów, które realnie zarabiają dla Polski pieniądze.

GUS szacował, że w 2024 r. globalna produkcja rolnicza wzrosła o 2,2 proc., ale jednocześnie produkcja roślinna spadła o 1,1 proc. Szczególnie mocno ucierpiały owoce: zbiory owoców z drzew były niższe o 14,4 proc., a owoców z krzewów i plantacji jagodowych o 14,9 proc. To liczby, za którymi stoją konkretne gospodarstwa, rodziny i kredyty.

Państwo płaci po szkodzie, zamiast pomagać jej uniknąć

Największym paradoksem polskiej polityki rolnej jest to, że łatwiej uruchomić pomoc po katastrofie niż stworzyć system, który pozwoliłby katastrofie przeciwdziałać. Po suszy z 2024 r. ARiMR uruchomiła programy pomocowe: przy stratach powyżej 30 proc. średniej produkcji roślinnej stawki wynosiły 3000 zł/ha przy stracie co najmniej 70 proc. plonu, 2000 zł/ha przy stracie od 50 do 70 proc. oraz 1000 zł/ha przy stracie od 30 do 50 proc. Budżet jednego z tych mechanizmów wyniósł 80 mln zł, a osobna pula dla gospodarstw ze stratami co najmniej 15 proc. średniej produkcji roślinnej – 250 mln zł.

To logika odszkodowania, nie rozwoju. Państwo mówi rolnikowi: najpierw strać plon, potem udowodnij stratę, złóż wniosek, czekaj na decyzję, może dostaniesz przelew. A rolnik potrzebuje czegoś dokładnie odwrotnego: możliwości zainwestowania wcześniej w nawodnienie, retencję, siatki przeciwgradowe, systemy przeciwmrozowe, magazyny, chłodnie, technologie ograniczające ryzyko pogodowe.

Bo klimat nie będzie pytał ministerstwa o zgodę, a przymrozek nie zatrzyma się przed polem dlatego, że urzędnik napisał instrukcję. Grad nie ominie sadu z powodu konferencji prasowej. Rolnictwo XXI wieku wymaga odporności. A odporności nie buduje się przelewem po katastrofie.

Retencja, ubezpieczenia, inwestycje – tu powinno być centrum polityki rolnej

Polska ma dramatycznie niski poziom retencji. Rządowy portal poświęcony retencji podaje, że w kraju zatrzymujemy zaledwie 6,5 proc. wód odpływowych, podczas gdy średnia europejska to około 20 proc.. Jednocześnie największe niedobory wody występują w pasie od zachodniej granicy przez Wielkopolskę i Mazowsze po południowy wschód – czyli właśnie tam, gdzie rolnictwo ma ogromne znaczenie.

Jeśli państwo chce realnie bronić polskiej wsi, powinno traktować wodę jak zasób strategiczny.Tak samo jak traktuje gaz, ropę, prąd czy drogi. Bez wody nie ma produkcji rolnej, zaś bez produkcji rolnej nie ma bezpieczeństwa żywnościowego. Z kolei bez bezpieczeństwa żywnościowego nie ma mowy o suwerenności.

Podobnie jest z ubezpieczeniami. Formalnie rolnicy korzystający z dopłat bezpośrednich mają obowiązek ubezpieczenia co najmniej połowy powierzchni upraw od jednego z ryzyk: gradu, przymrozków, suszy, powodzi czy ujemnych skutków przezimowania. Ministerstwo Rolnictwa przypomina, że brak takiego ubezpieczenia może oznaczać opłatę obowiązkową. Ale NIK stwierdził, że system przez lata był mało skuteczny:obowiązek ubezpieczenia co najmniej 50 proc. upraw realizowało w 2017 r. tylko nieco ponad 15 proc. producentów rolnych, a w 2018 r. blisko 18 proc.

To dowód na słabość systemu, a nie na „nieodpowiedzialność rolników”. Ubezpieczenie musi być realnie dostępne, sensowne ekonomicznie i połączone z inwestycjami ograniczającymi ryzyko. Inaczej państwo będzie dalej płacić po szkodzie, a rolnik będzie dalej żył w niepewności.

Wieś nie chce jałmużny z Warszawy ani pouczeń z Brukseli

Wspólna Polityka Rolna na lata 2023–2027 to dla Polski ponad 25 mld euro, w tym ponad 17 mld euro na płatności bezpośrednie. To ogromne pieniądze. Pytanie brzmi jednak: czy budują one trwałą siłę polskiego rolnictwa, czy tylko łagodzą skutki problemów, których nikt nie chce rozwiązać systemowo?

Polski rolnik nie potrzebuje państwa, które raz na jakiś czas rzuci mu pieniądze na otarcie łez. Chce za to rozwiązań, które obniżą koszt inwestycji, uproszczą procedury, zagwarantują tanie długoterminowe kredyty, będą wspierać retencję, ubezpieczenia i infrastrukturę ochrony upraw. Potrzebuje państwa, które rozumie, że gospodarstwo rolne to nie hobby, lecz przedsiębiorstwo działające w warunkach ryzyka większego niż większość miejskich biznesów.

Dziś zbyt często rolnik traktowany jest jak petent. Ma wypełnić formularz, poczekać, udowodnić stratę, przyjąć decyzję i być wdzięczny. Tyle że gospodarz nie chce być klientem państwowej opieki społecznej. Chce być producentem, przedsiębiorcą, właścicielem, człowiekiem odpowiedzialnym za ziemię, rodzinę i przyszłość.

Silne państwo nie rozdaje pieniędzy. Silne państwo daje pracować

Poważna polityka rolna zaczyna się od pytania: co zrobić, żeby rolnik nie musiał po klęsce stać w kolejce po pomoc? To oznacza zmianę filozofii: mniej urzędniczego paternalizmu, więcej zaufania do gospodarzy, mniej „pakietów pomocowych”, więcej stabilnych reguł, dzięki którym rolnik może planować na lata, a nie na czas jednej kadencji.

Bezpieczeństwo żywnościowe nie rodzi się w ministerialnych prezentacjach. Nie powstaje na konferencjach prasowych. Nie kiełkuje w unijnych tabelkach. Rodzi się na polu.

I od tego pola zależy znacznie więcej, niż sądzą mieszkańcy wielkich miast.

Autor tekstu
Tomasz Bartosiak

Tomasz Bartosiak

Prezes Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej Reymontowski, Prezes Organizacji Pracodawców Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, Konfederacja – Ruch Narodowy

Wyszukiwarka
Kategorie
Tomasz Bartosiak

Tomasz Bartosiak

Prezes Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej Reymontowski, Prezes Organizacji Pracodawców Społecznych Inicjatyw Mieszkaniowych, Konfederacja – Ruch Narodowy

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank