Europejska odpowiedź na prośbę Donalda Trumpa o pomoc w przełamaniu irańskiej blokady żeglugi przez cieśninę Ormuz może stanowić punkt zwrotny w stosunkach transatlantyckich. Gdybym miał zgadywać, postawiłbym na to, że amerykański prezydent po prostu powiedział „sprawdzam” – i uczynił to wyłącznie dla celów politycznych, by obnażyć słabość polityczną i militarną swoich sojuszników.
Zwłaszcza że wystarczy spojrzeć na dysproporcję między skalą unijnej misji Aspides na Morzu Czerwonym a siłami amerykańskimi, by uświadomić sobie, że pomoc wojskowa z Europy doprawdy nie ma w tym konflikcie decydującego znaczenia. Był to więc rodzaj gry, na którą partnerzy odpowiedzieli w sposób przewidywalny. Niestety.
NATO nie ma mandatu do działania poza terytorium państw członkowskich. Wszystkie dotychczasowe operacje na Bliskim Wschodzie były prowadzone przez koalicje chętnych – na podstawie rozmaicie interpretowanych mandatów ONZ albo bez mandatu, jak obecnie. Z formalnego punktu widzenia oczekiwanie Trumpa, aby sojusznicy z NATO wsparli go przeciw Iranowi, jest więc pozbawione sensu.
Tyle że Trump w ten sposób nie rozumuje – i chyba wszyscy powinni się już do tego przyzwyczaić. W jego logice sojusz nie ma charakteru formalnego, lecz egzystencjalny. W jego przekonaniu – można się z tym spierać, ale trudno odmówić mu pewnej konsekwencji – ratuje on świat przed tym, by „bandyckie państwo” uzbroiło się w broń jądrową, której mogłoby użyć z powodów czysto ideologicznych. Daje też szansę uciemiężonemu społeczeństwu Iranu na zrzucenie jarzma. Po prostu czyni świat lepszym.
A w czynieniu dobra należy pomagać, nie oglądając się na formalizmy. Gdy więc słyszy od niemieckiego ministra spraw zagranicznych, że jego kraj chce „deeskalacji i rozwiązania dyplomatycznego”, a od przedstawicielki dyplomatycznej Unii Europejskiej, że to „nie nasza wojna”, widzi jedno: Europa nie jest sojusznikiem w czynieniu świata lepszym.
Jego agenda jest przy tym dość klarowna. Najpierw Wenezuela – której rząd po usunięciu Maduro został zmuszony do współpracy i jest de facto kontrolowany przez Amerykanów, więc ropa i pieniądze nie będą już płynąć z tego kraju, by wspierać działalność wywrotową. Warto przypomnieć, że Hezbollah był w dużej mierze finansowany właśnie stamtąd. Teraz Iran – który nie tylko finansował terroryzm islamski, ale mógł wkrótce stać się egzystencjalnym zagrożeniem dla świata, gdyby wszedł w posiadanie broni jądrowej. W kolejce pozostaje Kuba – jej znaczenie wprawdzie zmalało, nie wysyła już wojsk do Afryki, ale nadal może być potencjalnym rozsadnikiem działalności wywrotowej.
Wiele wskazuje na to, że Trump chce przejść do historii jako prezydent, który pozostawi po sobie bardziej bezpieczny świat – pozbawiony wielu państwowych i niepaństwowych aktorów, którzy dotąd korzystali z tego, że świat co do zasady (choć nie zawsze) przestrzegał wobec nich prawa. Trump uznał, że szukanie „rozwiązań dyplomatycznych” z przestępcami jest niecelowe – chyba że są to przestępcy dysponujący bronią jądrową, jak w przypadku Rosji. Wszystkich pozostałych można – i należy – usunąć.
Europa z wielu powodów nie chce przyjąć takiej filozofii działania. Amerykańska bezceremonialność była po tej stronie Atlantyku zawsze traktowana z podejrzliwością. Z jednej strony mamy więc przywiązanie do prawa i środków pokojowych, z drugiej – realne problemy wewnętrzne, jakie wiele krajów europejskich mogłoby na siebie ściągnąć, występując w jednym szeregu z Izraelem i Stanami Zjednoczonymi w konflikcie, w którym giną muzułmanie. Skala antyizraelskich demonstracji w czasie wojny w Gazie dobrze pokazuje, o co chodzi.
Zadziwia jednak jedno: że Europejczycy potraktowali sprawę prestiżowo i nie odczytali właściwie intencji Białego Domu. Po deklaracji Trumpa pojawiły się natychmiast kąśliwe komentarze: skoro Amerykanie rozpoczęli to starcie, nie informując nawet Europy, niech sami je prowadzą i nie wciągają innych w bagno, które sprokurowali.To tylko częściowo racja – bo podstawą powodzenia pierwszego ataku było całkowite zaskoczenie. Trudno wyobrazić je sobie, gdyby informację przekazano szerokiemu gronu sojuszników. Z drugiej strony, widząc dwie grupy uderzeniowe w pobliżu Iranu, europejscy partnerzy mogli się jednak czegoś domyślać.
Wystarczyło więc zagrać w tę samą grę co Trump: publicznie podziękować Ameryce za wzięcie na siebie ciężaru „oczyszczania świata ze zła”, a jednocześnie zadeklarować jakąś – mniej lub bardziej realną – pomoc. Jej skala byłaby drugorzędna; ważniejsze byłyby słowa. Tymczasem Europa od początku wyrażała zaniepokojenie, wzywała do deeskalacji i dyplomacji oraz krytykowała Stany Zjednoczone za „szantaż”.
To właśnie ta postawa – a nie brak realnego wsparcia militarnego – zirytowała republikańskie elity. Przewodniczący Senatu Lindsey Graham w emocjonalnym wpisie na X, relacjonując rozmowę z prezydentem, pisał o europejskiej arogancji i nazwał sytuację „realnym testem” wartości sojuszu. Jeśli przywódcy Unii chcieli przyspieszyć drogę do „autonomii strategicznej” poprzez rozluźnienie więzi z USA, to wygląda na to, że mogą wkrótce ogłosić sukces. Chyba że zdecydują się jeszcze raz posłuchać Marka Rutte, który niedawno przypominał, że bez Stanów Zjednoczonych Europa nie ma realnych szans na obronę.
Na zdjęciu: okręt desantowy typu America CC Wikipedia
