Ukraińska żywność na pestycydach. Polska nie może dłużej godzić się na podwójne standardy

Ukraińska żywność na pestycydach. Polska nie może dłużej godzić się na podwójne standardy

blank

Polski rolnik musi przestrzegać unijnych ograniczeń dotyczących środków ochrony roślin, dokumentować zabiegi i ponosić koszty coraz ostrzejszych wymogów środowiskowych. Tymczasem na rynek europejski trafiają towary z Ukrainy, gdzie niemal 40 proc. gruntów uprawnych jest opryskiwanych preparatami niedopuszczonymi w Unii Europejskiej. W ten sposób wspólny rynek staje się miejscem konkurencji producentów działających według zupełnie różnych reguł.

10 mln hektarów poza unijnym systemem

Jak podał portal Kresy.pl, Ukraina przygotowuje reformę systemu rejestracji, dystrybucji i kontroli pestycydów. Pełne dostosowanie ukraińskich przepisów do norm europejskich ma nastąpić do końca 2028 r.

Skala różnic jest ogromna. Według informacji przekazywanych przez ukraińską administrację i organizacje rolnicze środki niedopuszczone obecnie w UE są stosowane na około 10 mln hektarów, czyli niemal 40 proc. ukraińskich gruntów uprawnych. Chodzi o blisko 100 substancji czynnychwykorzystywanych między innymi przy uprawie zbóż i roślin oleistych.

Nie każdy preparat wycofany w Unii powoduje że zebrane z pola ziarno staje się niebezpieczne. Powody niedopuszczenia mogą dotyczyć ryzyka dla zdrowia, środowiska, wód gruntowych lub organizmów pożytecznych. Czasem decydują także względy proceduralne, na przykład brak wymaganych badań potrzebnych do odnowienia zezwolenia.

Dla polskich gospodarstw istotny jest przede wszystkim ekonomiczny skutek tej różnicy. Ukraiński producent może korzystać z preparatu tańszego, skuteczniejszego lub pozbawionego dostępnego zamiennika. Polski rolnik tego samego środka użyć nie może, nawet jeśli jego zastosowanie poprawiłoby plony i ograniczyło straty wywołane przez choroby oraz szkodniki.

Ukraińscy rolnicy sami wyceniają przewagę

Ukraińskie organizacje rolnicze ostrzegają, że szybkie wycofanie obecnie stosowanych preparatów może doprowadzić do spadku zbiorów zbóż i roślin oleistych o miliony ton. Według analiz Wszechukraińskiej Rady Rolnej i ośrodka Smart Country minimalne straty sektora mogą przekroczyć 500 mln dolarów rocznie.

Zatrzymajmy się chwilę nad tą informacją. Skoro przejście na unijne środki ochrony roślin ma kosztować ukraińskie rolnictwo setki milionów dolarów i wyraźnie zmniejszyć produkcję, to obecne regulacje dają tamtejszym gospodarstwom realną przewagę.Jej wartość widać w kosztach uprawy, wysokości plonów i konkurencyjności cenowej.

Polscy producenci od lat słyszą, że restrykcje są ceną za ochronę zdrowia i środowiska. Trudno będzie ich przekonać do ponoszenia kolejnych kosztów, jeśli unijna polityka handlowa pozwala jednocześnie na szeroki import produktów wytwarzanych przy zastosowaniu innych zasad.

Najpierw otwarto rynek, standardy mają przyjść później

Nowe warunki handlu między UE a Ukrainą przewidują stopniowe dostosowywanie ukraińskiej produkcji do unijnych przepisów dotyczących pestycydów, leków weterynaryjnych i dobrostanu zwierząt. Proces ma potrwać do 2028 r., a Kijów powinien składać coroczne sprawozdania z postępów.

Ukraińskie towary już jednak szeroko wlewają się na unijny rynek. W 2025 r. wartość całego importu UE z Ukrainy wyniosła 21,7 mld euro, a wśród najważniejszych grup produktów znalazły się zboża, nasiona oleiste oraz oleje i tłuszcze roślinne.

Polska nadal zakazuje przywozu z Ukrainy między innymi pszenicy, kukurydzy, rzepaku i słonecznika. Krajowa blokada nie odcina jednak ukraińskiego surowca od całego wspólnego rynku.Towar może trafić do innych państw członkowskich, wpływać na europejskie ceny, a po przetworzeniu uczestniczyć w obrocie wewnątrz Unii.

W Polsce skutki tego stanu rzeczy widać w cenach skupu, opłacalności produkcji i możliwościach sprzedaży krajowych płodów rolnych. Polska należy do największych producentów rolnych w UE i bezpośrednio graniczy z Ukrainą. Skutki liberalizacji handlu odczuje więc szybciej niż wiele państw popierających kolejne preferencje z bezpiecznej odległości.

Kontrola ziarna nie pokaże, jak zostało wyprodukowane

Żywność importowana do UE musi spełniać europejskie normy dotyczące najwyższych dopuszczalnych poziomów pozostałości pestycydów. Partia przekraczająca obowiązujący limit nie powinna zostać dopuszczona do obrotu. Badanie gotowego produktu nie odtwarza jednak całego procesu produkcji. W ziarnie może pozostać ilość substancji mieszcząca się w dozwolonym limicie, mimo że przy uprawie zastosowano preparat zakazany w państwach UE. Towar przejdzie kontrolę, chociaż jego producent korzystał z narzędzia niedostępnego dla rolnika w Polsce.

Inną kwestią jest iluzoryczność kontroli zbóż i produktów rolnych importowanych z Ukrainy. Niewydolne służby fitosanitarne, słaba kontrola – to wszystko powoduje, że szkodliwa żywność bez przeszkód dociera do milionów konsumentów.

Polskie reakcje: coraz mniej cierpliwości do różnych zasad

Na problem od dawna zwracają uwagę polscy politycy i przedstawiciele branży spożywczej. Jan Krzysztof Ardanowski, były minister rolnictwa, apelował o skierowanie większej uwagi inspekcji na towary importowane: „Ja bym się skupił na żywności sprowadzanej ze świata”. Wskazywał przy tym na potrzebę wzmocnienia służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności, zarówno kadrowo, jak i laboratoryjnie oraz finansowo.

Czesław Siekierski jako minister rolnictwa mówił wprost: „Chcemy, żeby Ukraina zaczęła realizować produkcję w oparciu o standardy europejskie”.Zwracał uwagę, że rezygnacja ze środków zabronionych w UE podniosłaby koszty ukraińskiej produkcji. Tu zawiera się sedno sporu. Korzystanie z preparatów niedostępnych w Unii przekłada się na rachunek ekonomiczny gospodarstwa, dlatego nie można traktować tej kwestii jak drugorzędnej różnicy technicznej.

Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności, podkreślał, że „polskie i unijne rolnictwo musi utrzymać konkurencyjność”.Tańsze surowce z Ukrainy wpływają nie tylko na sytuację rolników, lecz także na rentowność zakładów przetwórczych i pozycję polskich firm na wspólnym rynku.

Polskie głosy różnią się tonem, ale prowadzą w podobnym kierunku. Import wymaga skuteczniejszych kontroli, natomiast warunki dostępu do rynku powinny uwzględniać standardy obowiązujące podczas produkcji, a nie wyłącznie parametry przebadanej partii towaru.

Polska potrzebuje twardych warunków jakości

Proces dostosowania ukraińskiego rolnictwa do europejskich standardów powinien być jawny i mierzalny. Potrzebny jest publiczny wykaz substancji nadal używanych na Ukrainie, choć niedopuszczonych w Unii, wraz z informacją o uprawach, w których są stosowane. Dopiero na tej podstawie służby mogą kierować badania na konkretne związki i towary obarczone największym ryzykiem. Coroczne sprawozdania Ukrainy powinny pokazywać, ile preparatów faktycznie wycofano, na jakim areale nadal są stosowane, ile kontroli przeprowadzono i jakie sankcje nałożono. Przyjęcie nowych przepisów będzie miało znaczenie dopiero wtedy, gdy zakazane środki znikną ze sprzedaży oraz z gospodarstw.

Umowa handlowa zawiera klauzulę ochronną uruchamianą w razie zakłóceń na rynku całej UE lub pojedynczego państwa członkowskiego. Polska powinna zbierać dane pozwalające skorzystać z tego instrumentu, zanim straty krajowych producentów staną się trwałe.

Wsparcie Ukrainy pozostaje ważnym elementem polskiej i europejskiej polityki. Rachunku za liberalizację handlu nie można jednak wystawiać jednej grupie zawodowej, czyli polskim rolnikom. Każda kolejna preferencja dla ukraińskiego rolnictwa powinna zależeć od udokumentowanego postępu w przyjmowaniu unijnych standardów.

Polscy rolnicy są w stanie konkurować jakością, wydajnością i organizacją pracy. Nie mogą natomiast skutecznie rywalizować na rynku, na którym wymagania środowiskowe i produkcyjne obciążają tylko jedną stronę. Jeśli Bruksela uważa swoje normy za potrzebne, musi uwzględniać je również w polityce handlowej.Inaczej unijne regulacje będą ograniczały europejskich producentów, a premiowały tych, których jeszcze przez kilka lat nie będą obowiązywać.

Autor tekstu
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest wiceprezesem Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Dla Dobitnie.pl pisze o polityce i kulturze..

Wyszukiwarka
Kategorie
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest wiceprezesem Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Dla Dobitnie.pl pisze o polityce i kulturze..

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
Przemysław Miśkiewicz
blank