Przez dwadzieścia lat uczyliśmy się w Polsce jednego podziału jak tabliczki mnożenia: prawica bierze wieś i powiat, liberałowie biorą metropolię. Mapa wyborcza potwierdzała to na tyle regularnie, że w końcu przestano ją sprawdzać. W badaniu SW Research dla rp.pl w miastach powyżej pięciuset tysięcy mieszkańców partią najlepiej reprezentującą wyborcę o poglądach prawicowych jest dziś Konfederacja: 24,6 proc. wskazań wobec 18,5 proc. dla PiS. Najważniejsza nie jest jednak sama przewaga. Najważniejsze jest to, co musiało się wcześniej wydarzyć, żeby taki wynik w ogóle stał się możliwy. W polskim wielkim mieście prawicowość przestała kosztować.
Bo kosztowała, i to całkiem konkretnie. Przez półtorej dekady przyznanie się w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu do prawicowych poglądów oznaczało określony rachunek towarzyski.Ciszę przy stole. Pytanie „ale ty chyba nie serio?”. Milczące przesunięcie w kategorię ludzi, z którymi o pewnych sprawach się nie rozmawia, bo szkoda wieczoru.
Nikt tego nigdzie nie zapisał. Nie było regulaminu ani okólnika. Była cena, którą dwudziestoparoletni analityk w biurowcu na Woli płacił za jedno nieostrożne zdanie o podatkach, i wszyscy ją znali.
Cena spadała latami, po cichu
Ten koszt nie runął w jednym momencie. Osuwał się przez lata, bez komunikatów prasowych i bez niczyjej zgody, aż w pewnym momencie zszedł do zera i ktoś wreszcie postawił obok tego procent.
Złożyło się na to kilka rzeczy naraz i żadna z nich nie była zasługą polityków.
Po pierwsze, prawica przestała docierać do młodego mieszczucha przez telewizor. Przez lata dwudziestolatek z Mokotowa spotykał prawicowy pogląd wyłącznie w opakowaniu, którego nie znosił, i całkiem zasadnie brał opakowanie za zawartość. Dziś ten sam pogląd przychodzi do niego w tym samym formacie co wszystko inne: pionowy film, kanał na YouTubie, wątek na X. Bez podkładu muzycznego, bez rocznicy, bez tonu, który jego pokolenie kojarzy z akademią szkolną.
Po drugie, zmieniło się wejście. Do prawicy nie wchodzi się już od strony sporu o pomnik ani o lekcje religii.Wchodzi się od strony ZUS-u przy jednoosobowej działalności, od składki zdrowotnej, od raty, od pytania, dlaczego z faktury na dwadzieścia tysięcy zostaje niecała połowa. To są rozmowy, których w open space nie da się uznać za obciachowe, bo prowadzi je cały open space.
Po trzecie, po 2023 roku przesunął się środek. Antysystemowość, która przez dekadę należała do lewicy, przeprowadziła się na prawo, bo salon i rząd to dziś ten sam adres. Młodych przyciągnęło hasło stawiające znak równości między PiS a PO. Mentzen dawał młodym nadzieję na rozbicie skostniałego układu, a Bosak w oczach nawet starszych wyborców jest postrzegany jako poważny i merytoryczny polityk – przyszłość kraju.
Warto zwrócić uwagę, kto to mówi. To nie są publicyści prawicy tłumaczący własny sukces, lecz akademicy z ośrodków, które trudno podejrzewać o sympatię do Konfederacji.
Skala, której nie widać z Wiejskiej
W pierwszej turze wyborów prezydenckich 2025 r. Sławomir Mentzen zebrał wśród wyborców 18-29 lat 36,1 proc. głosów. Wygrał tę grupę. Karol Nawrocki dostał w niej 10,5 proc. i czwarte miejsce, za Adrianem Zandbergiem i Rafałem Trzaskowskim.
Ale ciekawsza jest inna liczba. Ludzie w wieku 18-39 lat stanowili 70,4 proc. całego elektoratu Mentzena. Nie fragment, nie skrzydło, nie młodzieżówkę. Siedem dziesiątych. Do tego frekwencja wśród najmłodszych wyborców sięgnęła w tamtej turze 72,8 proc. Pokolenie, o którym przez dwadzieścia lat mówiono, że nie chodzi głosować, poszło liczniej niż seniorzy.
Zastrzeżenie, którego nie wolno przemilczeć
Wstyd spadł, ale nie spadł równo i byłoby nieuczciwie napisać ten tekst bez tego zdania.
Elektorat Mentzena był w 64,5 proc. męski.W grupie 30-39 lat głosowało na niego 33,5 proc. mężczyzn i 17,3 proc. kobiet. W skali kraju wśród wszystkich kobiet zajął trzecie miejsce z wynikiem 10,4 proc.
Innymi słowy: w wielkim mieście prawicowość przestała kosztować młodego mężczyznę. Młodą kobietę wciąż kosztuje, i to sporo. Dopóki tak zostanie, mówimy o połowie zwycięstwa i nie ma powodu udawać, że o całości. To jest zadanie, którego nie odrobi żaden słupek ani żaden spot. Odrobią je ludzie, którzy potrafią rozmawiać o wolności gospodarczej bez tonu, przez który połowa sali wychodzi.
Czego to naprawdę dowodzi
Konfederacja nie przekonała wielkich miast, że mają rację. Zrobiła coś trudniejszego i trwalszego: sprawiła bowiem, że w wielkich miastach można mieć rację prawicową i nie płacić za to składki towarzyskiej. To jest zmiana innego rzędu niż wynik sondażu. Sondaż odwraca się po jednej aferze. Norma społeczna, która raz pękła, nie zrasta się z powrotem – nikt nie wróci dobrowolnie do płacenia ceny, o której się właśnie dowiedział, że była umowna.
Przez dwie dekady w polskiej metropolii prawicowość była czymś, do czego przyznawano się na osobności, po drugiej lampce, z zastrzeżeniem, że to skomplikowane. Dziś mówi się to na głos w kuchni w biurowcu, między jednym a drugim spotkaniem, tak jak mówi się o kredycie albo o meczu.
