W relacjach Warszawy z Kijowem kończy się czas wielkich gestów, a zaczyna czas twardego rachunku. Polska po 24 lutego 2022 r. zrobiła dla Ukrainy więcej, niż musiała i szybciej, niż zrobiła to większość Zachodu. Otworzyła granice, domy, szkoły, szpitale, magazyny wojskowe i własną infrastrukturę. Według danych Biura Bezpieczeństwa Narodowego łączna polska pomoc dla Ukrainy i uchodźców odpowiadała 4,91 proc. PKB. W tym 0,71 proc. PKB stanowiło bezpośrednie wsparcie dla Ukrainy, a 4,2 proc. PKB koszty pomocy uchodźcom.
Te liczby powinny zamykać usta wszystkim, którzy próbują pouczać Polskę i Polaków. Tymczasem w debacie europejskiej coraz częściej to Warszawa zyskuje wizerunek kłopotliwego partnera: zbyt stanowczego wobec Kijowa, za bardzo przywiązanego do spraw historycznych i niewystarczająco gotowego do podporządkowania się niemiecko-brukselskiej wizji polityki ukraińskiej. W trójkącie Warszawa-Berlin-Kijów widać próbę przesunięcia Polski do roli państwa od kosztów, transportu i bezpieczeństwa, ale już nie od decyzji. Te mają zapadać w Brukseli i Berlinie.
Berlin chce wrócić do gry o Ukrainę
Niemcy przez lata budowały swoją pozycję w Europie Środkowej na pieniądzach, wpływach w Brukseli i przekonaniu, że to Berlin wie lepiej, jak rozmawiać z Moskwą. Wojna brutalnie zweryfikowała tę pewność siebie. Polska ostrzegała przed Rosją, Niemcy budowały Nord Stream. Polska naciskała na twardą politykę bezpieczeństwa, Niemcy wierzyły w handel, gaz i „zmianę przez współpracę”.Gdy rosyjskie czołgi ruszyły na Kijów, okazało się, że wschodnia flanka miała rację, a niemieckie elity przez lata brały interes gospodarczy za geopolitykę.
Dla Berlina to była prestiżowa porażka. Niemcy nie chcą jednak oddać Warszawie roli głównego europejskiego rzecznika spraw ukraińskich. Chcą odzyskać wpływy w Kijowie, wejść głęboko w proces odbudowy Ukrainy, ustawić się w roli najważniejszego patrona jej
Rząd RFN podaje, że od początku rosyjskiej inwazji zapewnił lub zaplanował dla Ukrainy około 41 mld euro wsparcia cywilnego i około 55,5 mld euro wsparcia wojskowego. Takie pieniądze nie są tylko pomocą. To także zaliczka na wpływy w Kijowie, przyszłe kontrakty, udział w odbudowie, pozycję niemieckiego przemysłu i polityczną wdzięczność ukraińskich elit.
Polska ma w tej układance inne atuty: granicę, logistykę, społeczne poświęcenie, znajomość regionu i polityczny instynkt wobec Rosji. To właśnie dlatego Berlinowi wygodnie jest osłabiać bezpośrednią oś Warszawa, Kijów. Silna Polska, która mówi Ukrainie „tak, ale nie kosztem naszych interesów”, ogranicza pole manewru Niemiec.
Niemieckie gazety uczą Polskę polityki pokory wobec Ukrainy
Warto uważnie czytać niemieckie komentarze o polskiej polityce. „Sueddeutsche Zeitung” zamieściła tekst o ostrożności Donalda Tuska wobec Ukrainy, napięciach między premierem a prezydentem Karolem Nawrockim i społecznym zmęczeniu wojną. Niemieckie gazety piszą też o chaosie w polskiej polityce zagranicznej i o tym, że nawet w sprawie Ukrainy Tusk ustępuje Nawrockiemu.
Na pierwszy rzut oka to zwykła analiza, ale w praktyce akcenty rozkładają się bardzo wygodnie dla Berlina. Na dalszy plan schodzi skala polskiego wysiłku, fakt przyjęcia milionów ludzi i rola Polski jako jednego z głównych kanałów zachodniej pomocy. Na pierwszym planie zostaje Warszawa kłócąca się sama ze sobą: niepewna, ostrożna, zablokowana przez spór prezydenta z premierem.
Taki obraz bardzo Niemcom pasuje. Berlin może występować jako partner spokojny, bogaty i przewidywalny. Polska zostaje z rolą sąsiada trudnego, nerwowego i uwikłanego w historię. Kijów ma dochodzić do wniosku, że z Warszawą zawsze będzie problem, a prawdziwe gwarancje europejskiej przyszłości leżą w Berlinie, Paryżu i Brukseli.
Część ukraińskich elit chętnie poszłaby tą drogą. Dla Kijowa wygodne jest rozgrywanie polskiej wrażliwości historycznej, niemieckich pieniędzy i unijnych ambicji. Dla Niemiec wygodne jest z kolei spychanie polskich postulatów w sprawie Wołynia, rolnictwa, transportu czy rynku pracy do roli niewygodnego dodatku do wielkiej polityki. W takim układzie interes Polski ma zejść na bok.
Niemieckie zagrywki ukraińską karta przeciw Polsce mają długą historię
Polska nie powinna patrzeć na niemiecką grę jako na coś niezwykłego. Już w dwudziestoleciu międzywojennym Berlin rozumiał, że ukraińska karta może być użyteczna przeciw państwu polskiemu.Niemieckie wsparcie dla środowisk ukraińskich separatystów, podsycanie napięć narodowościowych i traktowanie mniejszości jako narzędzia nacisku mieściły się w ówczesnej polityce osłabiania Polski.
Dzisiejsza sytuacja jest oczywiście inna. Ukraina walczy o przetrwanie z rosyjskim imperializmem, a Niemcy są państwem demokratycznym i sojusznikiem w NATO. Mimo to stary schemat wraca w nowej formie. Spór między Warszawą a Kijowem osłabia Polskę. Im więcej napięć wokół Wołynia, zboża, transportu, uchodźców i przyszłej integracji Ukrainy z UE, tym łatwiej Berlinowi wejść między obie stolice jako mediator, sponsor i główny rozmówca Kijowa.
Warszawa nie może pozwolić, by każda obrona polskiego interesu była od razu traktowana jak brak solidarności z Ukrainą. Solidarność nie oznacza rezygnacji z własnej polityki. Pomoc nie oznacza milczenia.Sąsiedztwo z Ukrainą po wojnie będzie dla Polski jednym z największych wyzwań gospodarczych, społecznych i bezpieczeństwa w całym XXI wieku. Kto dziś udaje, że wystarczą dobre intencje i wspólne fotografie, ten pracuje na przyszły kryzys.
Warszawa powinna mówić Ukrainie jasno: Polska pozostaje sojusznikiem Ukrainy, ale nie będzie państwem, które bierze na siebie koszty wojny, a potem dowiaduje się z Berlina lub Brukseli, jak ma rozumieć własny interes. Sprawy historii, rolnictwa, transportu, rynku pracy, granicy i przyszłej obecności Ukrainy w UE muszą być załatwiane twardo, konkretnie i na piśmie. Berlinowi trzeba powiedzieć równie jasno: nie ma trwałej polityki wschodniej ponad głową Polski. Niemcy przez lata myliły się wobec Rosji, a rachunek za tę pomyłkę płaci dziś cała Europa. Nie mają prawa występować w roli nauczyciela rozsądku wobec państwa, które przed rosyjskim zagrożeniem ostrzegało wcześniej i trafniej.
Najgorsze, co mogłaby dziś zrobić Warszawa, to dalej liczyć na wdzięczność. W polityce międzynarodowej wdzięczność trwa krótko, interesy zostają na lata. Berlin wsadza klin między Warszawę a Kijów, bo silna oś polsko-ukraińska ograniczyłaby niemiecką dominację w regionie. Polska nie może być niemieckim zapleczem, ukraińskim bankomatem ani unijnym magazynem kosztów. Jeżeli sami nie określimy z dużą precyzją własnych interesów, zrobią to za nas inni, a potem wystawią nam rachunek. Niestety, nieudolna polityka Kijowa i sowiecka mentalność ukraińskich elit nie pozwalają dostrzec zagrożeń, jakie wiążą się ze stawianiem na tradycyjnie prorosyjskie Niemcy. Berlin bez mrugnięcia okiem złoży ukraińską suwerenność na ołtarzu odbudowy relacji z Rosją, gdy tylko taką cenę uzna za odpowiednią.
