Piątkowy wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego w sprawie przymusowego wpisywania do polskiego systemu akt stanu cywilnego małżeństw jednopłciowych zawartych za granicą jest niezwykle groźny dla całego polskiego systemu prawnego. I dla polskiej suwerenności. Nie dlatego, że – jak chcą niektórzy prawicowi komentatorzy – „Niemce chcą, by było nas mniej coraz, Polaków”. Ten wyrok mógłby dotyczyć każdego innego obszaru. Ważne jest, dlaczego został wydany i dlaczego pokazuje, że Unia Europejska przestrzega oficjalnie głoszonych zasad w takim mniej więcej stopniu, jak czynił to Związek Sowiecki.
NSA metodą „kopiuj-wklej” implementował do polskiego systemu prawnego nieznaną mu instytucję – ba, instytucję stojącą w jaskrawej sprzeczności z polską ustawą zasadniczą. Uzasadnieniem było to, że skoro Trybunał Sprawiedliwości UE coś nakazał, to polskie władze mają stuknąć obcasami i wykonać polecenie. Automatycznie, bez żadnej analizy.
A co nas obchodzi polska konstytucja?
Sprawy takie, jak przerywanie ciąży czy homomałżeństwa oficjalnie są zastrzeżone do swobodnej regulacji państw członkowskich. W praktyce, jak widać, już nie są. Cóż bowiem z tego, że polskie prawodawstwo w oparciu o polską konstytucję uznaje za małżeństwo jedynie związek mężczyzny i kobiety, skoro TSUE ogłosił, że nie ma to żadnego znaczenia. W kilkunastu (a może i więcej) krajach świata prawo dopuszcza poligamię. Niemniej transkrypcja małżeństw poligamicznych w naszym kraju nie jest możliwa. Urzędnik powoła się na art. 13 kodeksu rodzinnego i opiekuńczego, który wskazuje, że nie można zawrzeć związku małżeńskiego, już pozostając w związku małżeńskim z inną osobą. Koniec i kropka. Jakoś nikt nie wytacza tu argumentów w rodzaju: „dlaczego państwo polskie ma mówić, jak mamy żyć”, „dyskryminacja na tle religijnym”, „ależ nikt nie nakazuje, by w Polsce wprowadzać poligamię, ale dzieci ze związków poligamicznych nie mogą czuć się poszkodowane”.
TSUE ni mniej, ni więcej ogłosił, że to, co jest prawem – zastrzeżonym do wyłącznej kompetencji – w jednym kraju członkowskim, musi być honorowane w innym. Przepraszam, nie chodzi o honorowanie, tylko o implementację tych rozwiązań do systemu prawnego. Bo transkrypcja aktu małżeństwa wywołuje daleko idące konsekwencje. Na przykład analogiczne prawa i przywileje, które mają dzisiaj legalne małżeństwa.
Unijna suwerenność jak sowiecka wolność
No i cóż takiego się stanie – spyta się liberał. Ano to, że mamy do czynienia z precedensem, który dzisiaj dotyczy małżeństw jednopłciowych, a jutro będzie dotyczył spraw gospodarczych, podatkowych, wolności słowa czy wolności religijnej. Trybunał orzekł, że kompetencje krajów członkowskich są jedynie wydmuszką. Coś jak w sowieckim kręgu wasalnych państw „prawo narodów do samostanowienia”.
TSUE pokazał, nie po raz pierwszy zresztą, że unijne traktaty warte są niewiele więcej, niż papier, na którym je wydrukowano. Ponieważ nie udało się wprowadzić federalizacji w sposób traktatowy, to jest ona wprowadzana na chama, tylnymi drzwiami, orzeczeniami trybunałów, które obsadzane są przez polityków. W dodatku dzieje się to w momencie, gdy Unia Europejska staje się, można rzec, anus mundi. Dławi się ETS-ami i innymi ideologicznymi wariactwami, pręży muskuły, jakby był rok 1926, a nie 2026 i udaje ważnego gracza na światowej arenie. Tymczasem bliżej jej do Cesarstwa Zachodniorzymskiego na początku V wieku. Gdybyśmy chociaż za cenę drastycznego ograniczenia suwerenności mogli brać udział w dzieleniu owoców sukcesu! Nic z tego: bierzemy udział w procesie gnicia pokracznego tworu, w który przemieniła się piękna idea Roberta Schumanna.
To, że duża część polskiej klasy politycznej cieszy się, że bierze udział w tej agonii, świadczy o tym, jakich mężów stanu udało nam się wychować przez prawie 40 lat Cieciej RP.
