„Polska coraz częściej zaczyna mieć twarz osiłka, który jest gotów okładać pięściami kobietę tylko za to, że ma wschodni akcent” – ubolewa Artur Bartkiewicz w „Rzeczpospolitej”. Polecam lekturę tego tekstu nie dlatego, że się z nim zgadzam (bo nie zgadzam się fundamentalnie), ale jako podróż w czasie, w lata dziewięćdziesiąte. Otóż komentarz na temat stosunku Polski i Polaków do Ukrainy i Ukraińców czyta się jak wyjęty z „Gazety Wyborczej” sprzed trzydziestu lat.
Polacy są głupi i małostkowi, a także niewdzięczni – najkrócej można ująć przemyślenia redaktora Bartkiewicza. Rośnie grupa przeciwników wsparcia dla Ukrainy przy jej wejściu do UE, a w kontekście kultu ludobójców z UPA/OUN – także grupa przeciwników wsparcia wojskowego dla naszego sąsiada. Można oczywiście zgadzać się lub nie zgadzać z takim stanowiskiem, ale warto by skupić się na przyczynach dynamicznego wzrostu sceptycyzmu wobec Ukraińców. Tymczasem to komentatora nie zajmuje w ogóle. No, prawie w ogóle, bowiem łaskawie wspomina, że wszystko to odbywa się „oczywiście nie bez winy samych Ukraińców i Ukrainy, którzy swoim podejściem do UPA, problemami z korupcją, która nie zniknęła wcale w czasie wojny, czy momentami niezrozumiale asertywną postawą wobec Polski (jak wtedy, gdy Zełenski na forum ONZ krytykował Polskę za embargo na rosyjskie zboże) nie ułatwiają polsko-ukraińskiej przyjaźni”. Piękny ezopowy język. Nazywać butną, sowiecką w stylu postawę Zełenskiego „niezrozumiale asertywną” to tak, jakby pobicie ukraińskiej pary przez bandytów we Wrocławiu nazwać „niezrozumiałą utarczką”. Ale to Polska ma twarz osiłka, a Ukraina biednej ofiary.
W komentarzu brak w ogóle refleksji dlaczego Polacy niechętni są wejściu Ukrainy do Unii. Czy to sprawa kultu UPA czy może zagrożenia dla polskiej gospodarki, zwłaszcza rolnictwa? Szkoda, że dziennikarz nie zdecydował się pochylić nad tą kwestią. A jest ona dla Polski bardziej znacząca, niż sfera symboli takich, jak czczenie Bandery i Szuchewycza.
Nie roztrząsajmy postawy Ukrainy – zdaje się nawoływać autor. „Między sąsiadami tak zazwyczaj jest – rachunki krzywd są zwykle długie, ale gdy sąsiadowi płonie dom, mimo wszystko biegniemy na pomoc z wiadrem. Przynajmniej do niedawna tak było, bo teraz coraz więcej osób chce w tej sytuacji stanąć z boku i patrzeć na płomienie”.Niestety w uniwersum liberalno-lewicowym ta zasada nie dotyczy Polski. My mamy bić się w piersi, ale nie wskazywać sąsiadom ich przewin. Zawsze będzie na to zły moment: albo wojna z Rosją, albo odbudowa, albo tysiąc innych przyczyn. A jeśli już zostać przy tej metaforze, to mamy do czynienia z sąsiadem, który przy okazji pożaru żąda od gaszącego jego karty kredytowej, a w ogródku stawia tablicę ku czci ludzi, którzy wymordowali przodków owego szlachetnego ratownika.
Artur Bartkiewicz jest jedną z osób, które w szlachetnej naiwności wierzą, że Polska dostąpi udziału w zaszczycie odbudowy Ukrainy, jeśli będzie grzeczna. Otóż, panie redaktorze, czy Polska będzie grzeczna, czy nie, dostanie co najwyżej ochłapy (w wariancie maksimum), a z jej pieniędzy będzie ta odbudowa tak czy inaczej finansowana.Nie jest to wina Ukrainy, która gra wyłącznie pod swoje interesy – jak każde rozsądne państwo – ale nieudolności polskich decydentów i dyplomatów.
Myli się pan redaktor twierdząc, że wejście Ukrainy do UE będzie przesunięciem granic Zachodu. To tak, jakby twierdzić, że zjednoczywszy Niemcy Bismarck tchnął w Prusy ducha Bawarii czy Saksonii, a nie, że sprusaczył całe państwo.Ewentualna akcesja Ukrainy będzie wejściem do Unii państwa rządzonego przez ludzi o sowieckiej mentalności, postsowieckiego w swej istocie. I pogłębi tylko patologie, których nie brakuje w UE już teraz.
Polska nie ma twarzy osiłka bijącego przypadkowych Ukraińców. Niestety ma twarz uśmiechniętego naiwniaka, któremu można sprzedać przysłowiową kolumnę Zygmunta. Jak widać, coraz więcej Polaków nie chce, by tak było. Źle, że przy okazji coraz więcej z nas neguje konieczną i korzystną dla Polski pomoc militarną dla Ukrainy, ale o to politycy powinni mieć pretensje tylko do siebie.
