Jakie były intencje ambasadora Bergera? Test granic i możliwości działania aktywów Niemiec w Polsce

Jakie były intencje ambasadora Bergera? Test granic i możliwości działania aktywów Niemiec w Polsce

blank

Oburzenie było przewidywalne. Także dla niemieckiego ambasadora. Istotniejsze pytanie brzmi: dlaczego zdecydował się na ten test?

Do tej pory, odpowiadając na pytanie o reparacje lub – poprawniej – o odszkodowania wojenne, przedstawiciele Niemiec używali standardowej formuły, że sprawa została prawnie zamknięta i nie ma możliwości, aby do niej powrócić. Nie wdawali się przy tym w polemiki, używając okrągłych i gładkich formuł, za każdym razem zapewniając o głębokim współczuciu dla ofiar, o poczuciu winy i konieczności pojednania. Tym razem Jego Ekscelencja ambasador Berger zdecydował się bezpośrednio zaatakować polskiego europosła, byłego wiceministra spraw zagranicznych w poprzednim rządzie, który był w nim odpowiedzialny za raport o stratach wojennych. W osławionym wpisie na platformie X Berger ujął w cudzysłów oficjalny raport i dzięki temu zabiegowi usiłował zeń uczynić coś w rodzaju prywatnej inicjatywy Arkadiusza Mularczyka. Użył też w stosunku do Polaka zabiegu retorycznego nazywanego “reductio ad…”, stwierdzając, że działalność Mularczyka, nazwana przezeń pogardliwie “aktywizmem”, w istocie “pomaga jedynie Putinowi”. Nazwać takie postępowanie aroganckim to powiedzieć bardzo mało.

Pozorne straty, realny test wpływów

Czemu ambasador to zrobił? Przecież swoim wpisem wywołał w Polsce powszechne oburzenie. Nie tylko na X nie doczekał się praktycznie żadnej pozytywnej wypowiedzi, to jeszcze całą tę wymianę obejrzały prawie 2 miliony widzów, a sprawa od razu została podchwycona przez media, które także nie były przychylne. Wydawałoby się: same straty. Gdyby Miguel Berger był niedoświadczonym dyplomatą, wówczas można by stwierdzić, że po prostu popełnił błąd i na tym sprawę zakończyć. Ale to jest człowiek, który karierę dyplomatyczną raczej na Polsce kończy, a nie zaczyna. Ma 64 lata, w jego życiorysie jest funkcja sekretarza stanu w MSZ czy ambasadora w Wielkiej Brytanii. To nie jest młokos, ale człowiek doświadczony. A skoro tak, to musiał działać racjonalnie i najlepszym wyjaśnieniem jest, że chciał po prostu sprawdzić, na co sobie może pozwolić w Polsce przedstawiciel Niemiec. Inaczej mówiąc: jakie Niemcy mają w naszym kraju realne aktywa.

Rozstawione figury: kontekst medialny i historyczny

Figury do tego ćwiczenia zostały wcześniej rozstawione z rozmachem niespotykanym dotąd od czasu emisji w polskiej telewizji serialu “Nasze matki, nasi ojcowie” w roku 2013. W likwidowanej TVP pojawił się niedawno film z przekazem jasno wskazującym na to, że Polacy zabijali Żydów w czasie okupacji. Jakoś tak się przypadkiem złożyło, że jego emisję zaplanowano w przeddzień Święta Niepodległości. W Berlinie zapowiedziano publiczną dyskusję nad wydaną rok temu i pozostającą dotąd w cieniu książką niemieckiego historyka o współudziale polskich urzędników lokalnych w Zagładzie. W książce tej znajdowały się jednoznaczne sugestie, że eksterminacja Żydów spotykała się z aprobatą polskiego społeczeństwa. Cytat: “Zasadniczo chrześcijańscy Polacy popierali mordowanie Żydów, ponieważ uważali ich za odpowiedzialnych za niepowodzenia w modernizacji polskiego społeczeństwa”. Jednocześnie Konsulat Niemiec w Krakowie zaprosił na projekcję filmu o mało znanym epizodzie wojennym, gdy dwu oficerów Wehrmachtu usiłowało zapobiec transportowi Żydów z Przemyśla do obozu zagłady w Bełżcu. Usiłowanie to okazało się rzecz jasna bezskuteczne, ale historia pokazywała niemieckich oficerów w najlepszym świetle. Jako Sprawiedliwych (którymi zresztą po wojnie zostali ogłoszeni) ryzykujących wszystko wobec bezdusznej machiny państwowej stworzonej przez nazistów.

I w tej sytuacji ekscelencja Berger zdecydował się zaatakować posła Mularczyka i dokonać sprawdzenia, jakich ma sojuszników. Owszem, nieszczęśliwym dla niego zbiegiem okoliczności jakiś kolekcjoner zechciał akurat teraz wystawić na aukcję rzeczy osobiste pozostałe po zamordowanych w obozach więźniach, trzeba więc było się z tego wycofywać, co nie obyło się bez błędów, bo ekscelencja w swoim pierwszym wpisie na platformie X zechciał nazwać te rzeczy “pamiątkami”. Potem jednak wpis usunięto i poprawiono, pozostawiając poprawiony przekaz, jak gdyby nigdy nic.

Przewidywalne oburz i cisza rządu Tuska

Odpowiedź polskiego komentariatu na wpis dotyczący Mularczyka była standardowa. Wielu poważnych komentatorów komentowało negatywnie i rzeczowo, zagończycy negatywnie i agresywnie, potomkowie zamordowanych z bólem odnosili się do rodzinnych wspomnień, a kilku opozycyjnych polityków dało silne polityczne wypowiedzi, z których najmocniejszą był wpis Michała Dworczyka wspominający zachowanie Miguela Bergera na spotkaniu Trójmorza w roku 2019, gdy Niemcy usiłowali rozbić tę inicjatywę i wypchnąć z niej Amerykanów, co się i zresztą udało.

To wszystko był standard, którego można się było spodziewać. Trzeba przyjąć, że ambasador Niemiec nie zwraca uwagi na wrażliwość Polaków, zakładając, że muszą im wystarczyć rytualne zapewnienia o współczuciu i pojednaniu i nie powinni popełniać błędu, aby oczekiwać, że pójdą za nimi konkretne działania. Także krytyka ze strony szeroko pojętej prawicy była wliczona w koszty. Najważniejsze jednak jest to, że nie odezwał się nikt z obozu rządowego. Owszem, minister Sikorski pochwalił się rozmową z niemieckim ministrem spraw zagranicznych, ale dotyczyć ona miała tej nieszczęsnej aukcji, którą na jego interwencję odwołano i pan minister zaliczył sukces. Ani słowa jednak o odszkodowaniach wojennych, co zresztą nie dziwi, bo Sikorski z reguły odzywał się w tej sprawie publicznie w taki sposób, jakby istotnie raport o stratach wojennych był jakąś prywatną inicjatywą posła Mularczyka. Tu więc udało się ambasadorowi osiągnąć sukces. Aktywa po stronie rządowej okazały się trwałe.

Kościół jako arbiter: „rozgrywki” i duch pojednania

Tymczasem nieoczekiwanie aktywa ujawniły się również w innym ważnym miejscu. W 60-tą rocznicę wystosowania przez polskich biskupów do biskupów niemieckich słynnego listu zawierającego frazę “przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, we Wrocławiu odbyły się stosowne uroczystości, w których oczywiście ekscelencja Berger uczestniczył. Wśród wielu słusznych i wzniosłych słów padły i te, umieszczone we wspólnym dokumencie hierarchów polskich i niemieckich: „Mimo że na drodze do pojednania niemiecko-polskiego udało się osiągnąć wiele, znacznie więcej niż ludzie mogli sobie wyobrazić w 1945 roku, historyczne krzywdy nadal wpływają na naszą teraźniejszość. Co więcej, niektórzy polityczni aktorzy wciąż próbują wykorzystywać w celach politycznych bolesne i historycznie nierozwiązane kwestie. Dla nas jest jasne: polityczne rozgrywki oparte na historycznych krzywdach są sprzeczne z duchem pojednania, który został wyrażony w wymianie listów.”

Trzeba w tym miejscu postawić pytanie, o jakie “rozgrywki” chodzi i kto je prowadzi. Z pewnością nie prowadzą ich niemieccy dyplomaci ani niemieccy politycy. Starają się oni bowiem o tej sprawie nie mówić, a jak już mówią, to gładko i miło, by nikogo nie urazić. Co innego politycy polscy, a zwłaszcza ci, którzy stawiają publicznie sprawę odszkodowań wojennych. Czyż nie są to czystej wody “polityczne rozgrywki”? Sposób odczytania tego passusu podpisanego przez polskich biskupów może więc być tylko jeden i jestem przekonany, że tak będzie on przedstawiany w niemieckiej i międzynarodowej sferze informacyjnej. Punkt dla ambasadora.

List został ogłoszony w trzy dni po konfrontacyjnym wystąpieniu ekscelencji Bergera. Treść takich listów jest uzgadniana na długo przed ich publikacją i trudno przypuszczać, że ambasador nie wiedział o tym zdaniu. I zapewne dlatego zdecydował się na publiczny atak pod adresem człowieka, którego nazwisko w świadomości publicznej ściśle wiąże się ze sprawą wojennych odszkodowań. Miało to pokazać podwójną izolację tej sprawy w polskim społeczeństwie: po pierwsze to, że odcina się od niej obecny “proeuropejski i antyputinowski” rząd, a po drugie, że jest jej przeciwny także polski Kościół. A Iksowi krzykacze mogą sobie krzyczeć, bo poważni ludzie zajmują się przyszłością i pojednaniem.

„Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”

Jest jeszcze jeden drobny, ale ważny szczegół w niemieckiej komunikacji związanej z rocznicą listu polskiego Episkopatu. Otóż 18 listopada 1965 roku wystosowano list ze strony polskiej, odpowiedź zaś datowana jest na 4 grudnia. Jednak obchody nie dotyczą polskiego listu tylko wymiany listów. To szczegół drobny, ale istotny i na tę zmianę zgodziła się oczywiście strona polska, zresztą słusznie. Natomiast druga zmiana została dokonana w komunikacji już jednostronnie przez stronę niemiecką i polega ona na zawłaszczeniu słów “przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Otóż pierwotna komunikacja ze strony rzeczniczki prezydenta Niemiec i ekscelencji Bergera brzmiała tak: “60 lat temu: wymiana listów między biskupami polskimi i niemieckimi zawierająca słowa “przebaczamy i prosimy o przebaczenie” stała się symbolem pojednania i człowieczeństwa.”

Słowa odważnie wypowiedziane przez polskich biskupów, za które spadła na nich wówczas lawina krytyki ze strony władz, zostały tu uwspólnione. To – jak się okazuje – nie gest Polaków, ale wspólna idea. To manipulacja bliźniaczo podobna, tylko ze zmienionym znakiem, do stawiania na równi złodzieja i okradzionego w stwierdzeniu, że obaj byli “zamieszani w kradzież”. Ot, taki drobny błąd, który można przypisać stażyście, lub lapidarności komunikacji. Każdy jednak, kto wie, jak wielkie było rozczarowanie kardynała Wyszyńskiego po otrzymaniu niemieckiej odpowiedzi, która była gładka i uprzejma, lecz nie niosła nic więcej, zorientuje się, ile realnej treści zawiera ta drobniutka z pozoru manipulacja. Strona niemiecka zorientowała się zresztą w tym i prędko pozmieniała komunikaty, by jasne było, kto zdobył się na słowa o pojednaniu.

Mikro-manipulacje, makro-efekty: metodyczna zmiana narracji

Można jednak przypuszczać, że raz poczyniona próba będzie wracać, bo taka jest natura zmian. Są dokonywane spokojnie, cierpliwie, z uśmiechem, metodycznie. Aż wreszcie pewnego dnia obudzimy się w świecie, w którym chodaki zamordowanej dziewczyny są “pamiątką” potomka strażnika obozowego, dzieci w szkołach uczą się, że polscy burmistrzowie organizowali Holocaust, zaś niemieccy oficerowie się temu przeciwstawiali, natomiast dla publicystów jest jasne, że niemieccy duchowni namówili polskich do zainicjowania pojednania i do tego, aby ci wreszcie pokajali się w imieniu polskiego narodu za wszystkie popełnione w czasie II wojny zbrodnie. Tylko nieliczni jątrzą, wspominając stare historie, ale oni są po prostu na żołdzie Putina.

Autor tekstu
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

Wyszukiwarka
Kategorie
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank