Górnictwo w Polsce stoi nad przepaścią. Koszty wydobycia szybują, dotacje z budżetu państwa sięgają miliardów, a strategii na przyszłość brak. Zamiast długofalowego planu bezpieczeństwa energetycznego rząd serwuje górnikom i podatnikom kosztowne protezy, które nie rozwiązują żadnego problemu.
Administracja Donalda Trumpa przeznaczy 625 mln dolarów na pobudzenie inwestycji w amerykańskim przemyśle węglowym, co ma służyć zwiększeniu wydobycia i obniżeniu cen energii. Sekretarz ds. energii Christopher Wright uzasadniając program wsparcia nazwał węgiel kręgosłupem produkcji stali, krytycznym surowcem w produkcji cementu i energią niezbędną do napędzania boomu na sztuczną inteligencję.
Krytycy polityki odejścia USA od „Green Deal” powiedzą, że to działania pijarowe, wszak USA w tym roku wydobędą 500 mln ton węgla i taki zastrzyk finansowy będzie niezauważalny. Polska na wsparcie górnictwa przeznaczy w 2025 roku ponad 3 mld dolarów, czyli pięciokrotnie więcej. Różnica jednak polega na tym, że obok środków finansowych na inwestycje, administracja Trumpa uruchamia szybki program dzierżawy federalnych gruntów pod kopalnie węgla, zaś środki z budżetu polskiego to jałmużna na wegetację.
Od początku rządów, też Donalda, Tuska, polskie górnictwo pogrąża się w ekonomicznej otchłani. Nieudolne zarządzane zmniejsza produkcję i inwestycje, zaś nożyce finansowe przychodów i kosztów osiągnęły wartość krytyczną. Według informacji z rynku Polska Grupa Górnicza oferuje węgiel – miał energetyczny na rok przyszły w cenie 13 zł/GJ, co przekłada się średnią cenę 280 zł/t. Koszt wydobycia kwalifikowany przekracza 900 zł/t., Czyli polski podatnik musi dołożyć dwie trzecie kosztu wydobycia węgla o równowartości 600 zł/tona. Górnictwo polskie jest już nie uratowania, tak uważają nawet związkowcy i zwolennicy krajowego wykorzystywania węgla. Cały model wymaga resetu i całkowitej przebudowy.
Aktualnie górnictwo polskie, poza kopalnią Bogdanka i Jastrzębską Spółką Węglową, działa w ramach dwóch regulacji.
Nieformalnej, bo nie-notyfikowanej w UE, umowie społecznej rządu i strony związkowej określającej ścieżkę zamykania polskich kopalń do 2049 roku, oraz formalnej „Ustawy o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego z 2022 r.”. Ustawa ta wprowadza mechanizm dopłat do redukcji zdolności produkcyjnych kopalń, polegający na pokrywaniu przez budżet różnicy kosztu pomiędzy wydobyciem a rynkową ceną sprzedaży.
Obecnie rządzący postanowili wykorzystać niejasny i tymczasowy stan prawny do przyspieszenia likwidacji polskiego górnictwa.
Najpierw powołano fasadowe ministerstwo w Katowicach z mało istotnymi osobami na czele. Zerwano tym samym więzi formalne pomiędzy górnictwem a energetyką, o czym się Ministra przemysłu szybko przekonała usiłując wymusić odbiór zakontraktowanego węgla przez elektrownie. Dostała jak to się mówi „bana” od Donalda i od tej pory siedziała cicho realizując swoje zadanie pacyfikowania związkowców. Sama nie będąc sprawczą, powołała też pasywne zarządy w spółkach górniczych, które w relacjach z energetyką ograniczały się jedynie do przyjmowania jej oczekiwań.
I tu przechodzimy do ceny sprzedaży. Gdy Czerwińska odwoływała zarząd PGG w lutym 2024 roku, średnia cena sprzedaży w Spółce wynosiła 25,12 zł/GJ, czyli równowartość 585 zł/tonę. Cena węgla importowanego wynosiła wówczas 15 zł/GJ, czyli 314 złotych. Cena i ilości były zagwarantowane z odbiorcami odpowiednimi klauzulami w umowach. Powołany przez ministrę zarząd rozmontował cały dotychczasowy model sprzedaży, akceptując wszystkie warunki, jakich oczekiwały spółki energetyczne. Ceny sprzedaży poszybowały w dół, ale i tak to nie zapobiegło zmniejszaniu zakupów. Produkcja się zawaliła, zwłaszcza na kopalniach o najniższych jej kosztach i w ciągu roku koszty poszybowały z 700 złotych do niemal 1000 zł. Wszyscy decydenci i zarządzający przeszli nad tym faktem do porządku dziennego, bo kopalnie otrzymały miliardy z budżetu.
Brak sprawczości zwalnia od poszukiwania efektywności i oszczędności, zaś degrengolada spółek górniczych postępowała pozbawiając je jakiejkolwiek szansy na restrukturyzację.
W 2026 PGG sprzedawać będzie średnio węgiel po 250 złotych tona, przy koszcie wydobycia 1000 złotych. Dlaczego tak tanio, bo tyle oczekuje rynek odbiorców? Nie ma to nic wspólnego ze światową ceną rynkową wynoszącej tyle samo, co na początku 2024 roku w dolarach ( 94 USD), a w obecnym kursie do złotego 340 zł. A przecież to cena w porcie, dodatkowe koszty logistyczne podnoszą tę ceną dużo ponad 400 zł/t. Gdyby zarządy górnicze stosowały się do cen rynkowych budżet zaoszczędziłby w dotacji do samej PGG 2,1 mld złotych, czyli równowartość wsparcia rządu USA dla swoich kopalń.
Czy to, zatem bezradność czy niekompetencja? Co na to właściciel i główny donator górnictwa?
Konając Ministerstwo Przemysłu wydało ostatnie tchnienie – nowelizację ustawy o funkcjonowaniu górnictwa, która ostatnio została przyjęta przez rząd. Oczekują jej pracownicy, widzący bezsensowność swojej pracy, jak i strona związkowa. 44 Tysiące górników będzie mogło skorzystać z jednorazowych odpraw do 170 tys. złotych lub 5-letnich urlopów przedemerytalnych. Trudno wyszacować koszt całej operacji, bo obejmie on zarówno odprawy, jak i likwidację zakładów górniczych, jednak ponad 8 mld złotych, jakie otrzymać ma PGG wystarczy na odprawienie blisko połowy z 36 tys. zatrudnionych.
Postulaty związków, znużonych walką o utrzymanie rodzimego górnictwa, jako strategicznego zasobu Polski, ograniczyły się wyłącznie do zapisów formalnych i postulatu, aby objąć programem górników ze wszystkich krajowych spółek górniczych, zwłaszcza JSW.
W 2030 roku krajowa energetyka zużyje maksymalnie 15 mln ton węgla kamiennego, dla przypomnienia w 2021 kupiła 31 mln ton w polskich kopalniach. W kontekście „pchanej kolanem” przez obecny rząd zielonej transformacji, fizycznie potencjał polskiego przemysłu wydobywczego będzie zbyt duży, a wysokie ceny produkcji uniemożliwiają jego eksport.
Działania obecnego rządu są anty-węglowe, ale równocześnie chaotyczne i bardzo kosztowne dla podatników.
Nie ma strategicznego planu, w jakim zakresie nasze bezpieczeństwo energetyczne mamy gwarantować krajowym surowcem. Sprawę mocno również skomplikował fakt, że obecne światowe ceny węgla energetycznego są tak niskie, że zatrzymują wszelkie „zielone projekty” w przedsiębiorstwa nieobjętych systemem ETS (uprawnień do emisji CO2). Po prostu każdy biznesplan zielonego projektu nie wytrzymuje finansowo konkurencji z węglem. Coraz więcej branż domaga się zwolnienia z ETS (przemysł energochłonny i zbrojeniowy), a wejście ETS 2, który uderzy w europejski transport i mieszkalnictwo wisi na włosku.
W mojej ocenie, potrzeba kolejnego resetu w krajowym przemyśle wydobywczym węgla kamiennego. Powołać należy Strategiczny Zasób Górniczy, spółkę skarbu państwa non profit, która będzie gwarantowała dostawę węgla do polskiej energetyki. W momentach zmniejszonego popytu jej zasoby były uśpione, ale możliwe do szybkiego ponownego uruchomienia. O składowych – zakładach górniczych powinni zdecydować eksperci, którzy ocenią ich zasoby oraz możliwości sprzedaży. Porzućmy plan samolikwidacji, ponieważ jest mało przejrzysty a w „mętnej wodzie diabeł łowi ryby” jak mówi porzekadło. Pozostałe zakłady powinny być sprzedane lub przekazane do SRK, która spełnia unijne standardy pomocy publicznej. Potrzeba jednak na nowo określić czas, do którego SRK będzie mogła z niej korzystać, aby nie było to jak obecnie publiczna „synekura”, typu never ending story.
Polskie górnictwo węgla energetycznego: Bogdanka i wybrane kopalnie z PGG, mają szanse dalej funkcjonować w interesie polskiej gospodarki jako gwarant bezpieczeństwa energetycznego. O tych wszystkich problemach będziemy rozmawiać na konferencji energetycznej Polska Następny Krok już w końcu listopada.
