Okazuje się, że praktyka, która w przypadku PiS uchodziła za zaprzeczenie demokratycznego procesu legislacyjnego, w przypadku obecnej koalicji uchodzi za rzecz moralnie wzniosłą. Oto ustawa dotycząca udziału Polski w programie SAFE, a więc akt prawny o ogromnych konsekwencjach dla polskiej obronności i dla polskiego budżetu, przechodzi przez Sejm w ciągu dwóch dni. I, jak to było choćby w przypadku nowelizacji ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, kto śmie krytykować rządowe pomysły, jest zdrajcą i rosyjskim agentem. A jednak to rządząca większość ma szansę wygrać narracyjnie ten spór i pokazać się w roli stróżów polskiej armii. Mimo, że logika jest po stronie opozycji.
„Wiemy, ale nie powiemy” – do tego sprowadza się po stronie rządowej odpowiedź na większość pytań opozycji ws. SAFE. Dodać należy, że pytania mają nie tylko PiS i Konfederacja, ale również politycy Razem. Opozycja i opinia publiczna mają zadowolić się ogólnikami: że wielomiliardowa (fakt, że udzielana na wyjątkowo atrakcyjnych warunkach) pożyczka na modernizację naszych sił zbrojnych zostanie należycie spożytkowana, że zdecydowana większość z tych środków trafi do polskich producentów, że za progiem rosyjskie wojska i nie ma czasu na roztrząsanie szczegółów.
Kot w worku – na kredyt
Istotą demokracji jest ograniczone zaufanie do władzy. Każdej władzy. Dlatego wszelkie decyzje, a szczególnie te, które obciążą państwo na wiele lat, muszą być podejmowane w sposób transparentny. Trudno zaś mówić o transparentności, skoro sami politycy obozu rządzącego nie są w stanie powiedzieć, ile z pożyczanych pieniędzy wydamy w rodzimych zakładach, a ile za granicą. Może 80% zostanie u nas, może 95%, może mniej. Rząd z wielką nonszalancją podchodzi do szczegółów.
Politycy PiS chcieliby wydawać pieniądze na zakup uzbrojenia w Korei Południowej i w USA, a politycy KO w Niemczech: tak można krótko podsumować ostry spór ostatnich dni. Ba, polskie zakłady dla PiS nie są wystarczająco dobre, o ile na ich czele nie stoi ktoś, kogo to środowisko akceptuje. Niezależna.pl skrytykowała fakt, że beneficjentem środków z SAFE ma być spółka Polska Amunicja, na czele której stoi były poseł KO Paweł Poncyljusz. Nawiasem mówiąc, człowiek o dużej wiedzy w obszarze zbrojeniowym. To, że spór toczy się nie o to, jak pieniądze wykorzystać na wzmocnienie naszego przemysłu, ale o to, w jakim kraju mamy je zostawić, jest smutnym symbolem stanu naszej klasy politycznej. Tak, jak znamienny jest fakt, że sprawnego uchwalenia ustawy o SAFE w polskim Sejmie osobiście doglądał niemiecki ambasador, słynący z aroganckich wypowiedzi wobec polityków opozycji. Nie, nie niemieckiej – polskiej.
Pałac Prezydencki zdaje sobie sprawę z pułapki zastawionej przez Tuska
Na tym tle obóz prezydencki chce się pozycjonować merytorycznie. Nawet szef BBN Sławomir Cenckiewicz w minionym tygodniu stonował swoje krytyczne wypowiedzi, apelując tylko o przyjęcie racjonalnych regulacji. Sam prezydent Nawrocki zapowiedział, że spełni swoją konstytucyjną powinność i rozważy argumenty za i przeciw ustawie. Co nie przeszkodziło Donaldowi Tuskowi sugerować, że głowa państwa może czynić przygotowania do weta.
Paradoksalnie fakt, że SAFE przypomina kota w worku, gra na korzyść obozu rządowego. Bo trudno wytykać wady szczegółów, których nikt nie zna. Ta sytuacja znakomicie ułatwia budowanie przekazu: my chcemy pozyskać furę pieniędzy na to, by dozbroić nasze dzielne wojsko i inwestować tu (inna sprawa, czy owo „tu” oznaczać ma Polskę, czy Unię Europejską), a oni to sabotują. W sytuacji, gdy coraz więcej Polaków realnie obawia się wybuchu wojny, a ponad połowa chce powrotu obowiązkowej służby wojskowej, wizerunek prawicy jako formacji rozbrajającej Polskę to słaby podkład pod wygranie najbliższych wyborów. I Tusk, podgrzewając atmosferę, wprost sugerując weto Karolowi Nawrockiemu i wyzywając opozycję od zdrajców, doskonale wie, co robi.
