Biedni Polacy patrzą na Kijów – o zakazanym realizmie i obowiązkowej naiwności w polityce zagranicznej

Biedni Polacy patrzą na Kijów – o zakazanym realizmie i obowiązkowej naiwności w polityce zagranicznej

blank

Roland Topor napisał krótkie opowiadanie o dużym państwie zakochanym w swoim mniejszym sąsiedzie. Duże państwo a to podsuwa mniejszemu korzystny traktacik, a to daje fantastyczne przywileje handlowe. Wszystko z czystej miłości.

Topor wielkim surrealistą był, ale owa surrealistyczna „toporyzacja” polityki międzynarodowej jest jednym z dogmatów Trzeciej Rzeczypospolitej. Mimo, że przynosi Polsce namacalne szkody, bowiem naturalny lider regionu i jedno z największych europejskich państw niezmiennie, mimo zmieniających się rządów, odgrywa żałośnie małą rolę na arenie międzynarodowej. Każdy obóz, który sprawuje władzę, podtrzymuje ten szkodliwy kierunek.

„Adam Michnik poleca”

I w Polsce, i w innych krajach politycy liberalno-lewicowi deklarują bez mrugnięcia powieką, że Unia Europejska jest związkiem równych, a każde państwo ma takie same prawa i możliwości. Subtelna różnica między „demokratą” polskim a na przykład niemieckim czy francuskim polega na tym, że polski szczerze wierzy w te propagandowe hasła, a niemiecki bądź francuski wie, że to mądrość dla mas.

Choroba dziecięcej naiwności nie dotyka bynajmniej tylko lewej strony, choć lewa strona najchętniej się z tym afiszuje. Oto na Święto Niepodległości „Gazeta Wyborcza” w weekendowym magazynie uraczyła czytelników elaboratem niejakiego Jerzego Czecha. Z zawodu tłumacza literatury rosyjskiej i ukraińskiej. I, jak chwali się na wstępie, autora książki „Fenomen pisizmu”. Całkiem słusznie ów artykuł ukazał się pod nagłówkiem „Adam Michnik poleca”, bowiem cały ten tekst jest esencją tego, co michnikowszczyzna próbuje kłaść Polakom do głów od ponad trzech dekad.

Dwie trzecie, a może i więcej, tej publikacji to wspomnienia pana Czecha z dzieciństwa. O Ukraińcach w jego życiu. I życiu jego ojca. „Kiedy już jako literat spotykałem się z gośćmi z Ukrainy, zawsze zaskakiwały mnie ich wiedza, oczytanie i bystrość umysłu” – chwali się pan Czech. Młody autor (jeszcze nie literat) zapytał niejaką panią Halinę o rzeź wołyńską. „Myśmy się tam też nieźle zasłużyli” – pospieszyła z usprawiedliwieniem pani Halina. Dodając, że burzono cerkwie. Co, jak można domniemywać, uspokoiło wrażliwie sumienie autora, bo skoro sanacja bezmyślnie burzyła cerkwie i dawała paliwo ukraińskim nacjonalistom, to bestialskie mordy na tysiącach cywili są niejako w świecie wartości literata Czecha usprawiedliwione. Pobrzmiewa tu dalekie echo narodowosocjalistycznhych argumentów o żydowskim „ciosie w plecy” w 1918 roku i opanowaniu przez Żydów handlu w Niemczech.

Hitler i Bandera nie wiedzieli o zbrodniach

Streszczenie refleksji literata na temat historycznego tła relacji polsko-ukraińskich można sobie darować. Poza próbą postawienia Stepana Bandery na piedestał. „Bandera, więziony przed wojną za współudział w zamachu na ministra Pierackiego, założył w 1940 ‘rewolucyjną’ frakcję Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów” – rzecz pan Czech. O ludobójstwie (oczywiście tego terminu autor nie używa) Polaków nie mógł wiedzieć i nie mógł z nim mieć nic wspólnego, bowiem siedział wówczas w niemieckim obozie. To już zupełnie brzmi jak tezy negacjonistów, wedle których Hitler nic nie wiedział o Holokauście, a na pewno już nie wydał polecenia zagłady całego narodu. „Decyzję o rzezi podjęli inni, a Bandera był jedynie mitem” – podkreśla literat. O, to już brzmi jak tezy Davida Irvinga. Ale od tych „innych”, czyli na przykład notorycznego zbrodniarza Szuchewycza, też Polakom wara! „Już widzę, jak tam burzą pomniki i zmieniają nazwy ulic, tak bardzo pragną naszych czołgów” – drwi pan Czech. I wygłasza swoją koronną, wybitą pod tytułem tezę: „Ludzie, czy wy macie dobrze w głowie? Ukraińcy walczą o przetrwanie, a wy każecie im się kajać? Teraz, kiedy bronią się przed potęgą, która za swoje zbrodnie nigdy się nie pokajała?”.

Za cały ten śmieszno-napuszony artykuł, pisany z wyżyn moralnej wzniosłości, wystarczyłoby to jedno zdanie. Znakomita ilustracja „toporyzacji” polskiego myślenia o geopolityce. Można by rzec – tłumacz, aktor, piosenkarz czy youtuber nie jest specjalistą od polityki, ale ma prawo mówić, co chce. Owszem, tyle że podobnie mówią i piszą politycy i komentatorzy polityczni. Ostatnio już mniej chętnie, niż kilka lat temu, ale nadal.

Odpowiedź na pytanie zadane przez pana Czecha brzmi: tak. Owszem, skoro wówczas, gdy Ukraina miała się dobrze, nie udało się załatwić niczego to jedyne okienko dla ruszenia trudnych spraw otworzyło się wówczas, gdy można ją do tego skłonić odpowiednim naciskiem. Bo wówczas takich środków nacisku nie mieliśmy. Oczywiście, literat Czech dokonuje w swoim pytaniu-twierdzeniu monstrualnej manipulacji. Polska nie domaga się „kajania” za czyny ludobójców z UPA. Domaga się – i nikt rozsądny słuszności tego żądania nie kwestionuje, od lewa do prawa – rozpoczęcia ekshumacji ofiar, identyfikacji ich i zapewnienia godnego pochówku. Ma też prawo domagać się, by Ukraina, która chce odróżniać się od putinowskiej, gloryfikującej stalinizm Rosji, sama nie oddawała czci notorycznym zbrodniarzom. Nie da się pogodzić ambicji dołączenia do grona demokratycznych państw z utrzymywaniem w narodowym panteonie ludzi, którzy mają na rękach krew nieprzebranych ofiar. Czy ktoś wyobraża sobie w demokratycznych Niemczech pomniki Himmlera lub muzea Paula Blobela, odpowiedzialnego za masakrę w Babim Jarze?

Miłość vs. sprawne działanie

Naturalny odruch sympatii do kraju walczącego o utrzymanie niepodległości z dyktatorskim reżimem spowodował, że zatraciliśmy poczucie zdrowego rozsądku, bez którego nie da się budować międzynarodowych relacji. PiS, który dzisiaj piętnuje KO za zbyt miękką postawę wobec Ukrainy, sam płynął wygodnie na tej fali. Wygodnie do czasu, aż niedługo przed wyborami wybuchła sprawa „technicznego” zboża i produktów z Ukrainy wlewających się szeroka falą do Polski. Tymczasem „misie” Zełenskiego z Dudą nie przeszkodziły Ukrainie w totalnie pragmatycznym podejściu do naszego kraju. Tamtejsi politycy szybko poznali słabe strony naszych polityków i do dziś z tego korzystają.

Zaoferowanie Polsce odbudowy Donbasu po zakończeniu wojny było pierwszym sygnałem ostrzegawczym, a mimo tego oficjalny przekaz władzy głosił, że to wspaniałe wyróżnienie, bowiem będzie to region mocno zniszczony. To, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jeśli dojdzie do jakiegoś pokoju lub zawieszenia broni, to Donbas raczej nie zostanie w rękach Ukrainy, a na pewno nie w całości, nie zraziły naszych decydentów. Bo nie czas droczyć się o szczegóły, gdy miłość kwitnie.

Nie mam żadnych pretensji do Ukrainy, nie zamierzam czynić jej żadnych zarzutów z powodu „niewdzięczności”. To polityka międzynarodowa, gdzie toczy się twarda gra o interesy państw, a nie dramat obyczajowy. Ukraina stara się uzyskać jak najwięcej, jeśli się da, to eskalować wojnę na całą Europę (wszak Piłsudski radził nam, by w razie konfliktu „podpalić cały świat”). A przede wszystkim jak najszerzej otworzyć globalne rynki, z unijnym na czele, dla swoich produktów. Polska klasa polityczna udaje zaś w dużej mierze, że nie rozumie, iż otwarcie Unii na ukraińskie rolnictwo jest śmiertelnym zagrożeniem dla polskiego rolnictwa. Że spośród gospodarek naszych wszystkich sąsiadów to nie gospodarka Niemiec, którymi chętnie straszy PiS, ale właśnie gospodarka Ukrainy stanowi największą konkurencję dla naszej. Nie chce zrozumieć, że Ukraina jest ryzykownym krajem do lokowania dużych, państwowych inwestycji z powodu dużej niestabilności politycznej, która była problemem tego państwa na długo przed wojną. I te kwestie, a nie kult zbrodniarzy, stanowią dzisiaj z polskiego punktu widzenia największe problemy na odcinku ukraińskim.

Mamy rację stanu, nie przyjaciół i wrogów

Nie znaczy to, że na kult zbrodniarzy powinniśmy machnąć ręką. Bo tak, jak – znów cytując Marszałka – przed wojną Gdańsk był probierzem w relacjach polsko-niemieckich, tak dziś ta sprawa jest probierzem w relacjach ukraińsko-polskich. Szczególnie, że ów kult dotyczy tylko byłej Galicji Wschodniej, zachodniej części państwa, na wschodzie te resentymenty są słabsze. Bo, na logikę: jeśli Rzesza, mimo deklarowanej przyjaźni z Polską, ani na jotę nie chciała odejść od planów aneksji Gdańska, to jak szczere były te deklaracje? Jeśli Ukraina, mimo podobnych zapewnień, z trudem się zdobywa na jakiekolwiek gesty związane z upamiętnieniem ofiar zbrodni wołyńskiej, a o wykluczeniu z narodowego panteonu zbrodniarzy w ogóle nie chce słyszeć – to ile warte są deklaracje składane z myślą o polskich politykach-frajerach?

Nie mamy odwiecznych wrogów ani nie mamy naturalnych przyjaciół. Mamy tylko interesy. Aby je realizować, musimy dokonywać realnej oceny rzeczywistości. Niemcy nie są naszym wrogiem czy świeżo upieczonym przyjacielem – są sojusznikiem w NATO, kluczowym gospodarczym partnerem, ale też krajem, którego polityka oparta jest na niedopuszczeniu Polski do pozycji samodzielnego lidera w Europie Środkowo-Wschodniej. Wspólnych interesów geopolitycznych z Rosją nie mamy, przynajmniej nie w tej rzeczywistości, ale mamy wspólną granicę. I mamy wspomniane Niemcy, które zawsze, gdy miały okazję, próbowały na nas Rosję napuszczać albo namawiać do wspólnej wojny z Rosją. I na odwrót, Rosja, gdy miała ku temu okazję, pracowała nad unicestwieniem Polski wspólnie z Niemcami. Niestety, przeprowadzka z tego fatalnego miejsca na świecie w inne nie jest możliwa. Więc starajmy się chociaż, by zminimalizować ryzyko powtórki z historii.

Mamy Ukrainę, która walczy w swojej obronie. Za swoją niepodległość, a nie, jak napisała kiedyś jedna z dziennikarek, po to, by ona mogła sobie pić w spokoju herbatę tu, w Polsce. Nie walczy też za Europę. A utrzymanie niepodległej Ukrainy leży w interesie Polski, z wielu powodów, na czele z tym, że nie chcemy mieć na północnym wschodzie i na całej niemal długości wschodniej granicy do czynienia z Rosją i jej satelitami. Nie znaczy to, że w tym rozrachunku nie liczą się inne, ważne dla polskiej przyszłości kwestie. Jeśli część z nich można skutecznie załatwić teraz, gdy Ukraina jest na słabszej pozycji, powinniśmy czynić to bez wahania. Choćby nazywano nas, jak eksminister Czaputowicz, hienami. Bo żaden, powtarzam – żaden z naszych sąsiadów nigdy w historii takich śmiesznych wahań wobec Polski nie miał.

Po prostu – mniej Topora. Więcej Piłsudskiego.

Autor tekstu
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Autor książek poświęconych historii polskiej gospodarki i Warszawy. Dla Dobitnie.pl pisze o kulturze, historii i nowych książkach.

Wyszukiwarka
Kategorie
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Autor książek poświęconych historii polskiej gospodarki i Warszawy. Dla Dobitnie.pl pisze o kulturze, historii i nowych książkach.

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank