Grenlandia, Berlin i wojsko: jak Tusk niemal wciągnął Polskę w geopolityczną farsę

Grenlandia, Berlin i wojsko: jak Tusk niemal wciągnął Polskę w geopolityczną farsę

blank

Dziennikarz Radia Zet Mariusz Gierszewski, a zatem osoba, która zwykle ma dobre informacje ze sfer okołorządowych, podał, iż premier Tusk był gotów wysłać polskie wojsko na Grenlandię, u boku Niemców i Francuzów. Swoista napoleońska konstelacja, tylko w marksowskiej wersji farsowej powtórki  historii. Miał mu to wyperswadować wicepremier Kosiniak-Kamysz. Jeżeli faktycznie tak było, to cała ta aferka potwierdza dwa fakty. Po pierwsze, że cokolwiek by Tusk deklarował, wiąże przyszłość Polski z Berlinem. Po drugie, do PSL można mieć różne zastrzeżenia, ale koniec końców w tej koalicji, którą spaja antypisizm, ludowcy wydają się najbardziej trzeźwo myślącą partią.

Pominę dywagacje, czy wysłanie polskich żołnierzy na duńską wyspę – która nie jest wszak integralną częścią Królestwa Danii jak Bornholm – wymagałoby zgody prezydenta Nawrockiego. Może tak, może nie, ale to akurat nie jest w tym przypadku sprawą najistotniejszą. Jest nią bowiem dokonany przez Tuska mentalny wybór. Nie orientacja na Waszyngton w stylu PiS, co można byłoby mu wybaczyć, jako że w polskim interesie nie leży wiązanie przyszłości państwa z jednym tylko kierunkiem, nie rozsądne balansowanie między sprzecznymi interesami silniejszych. Tusk chce stawiać na nierównoprawne relacje z Berlinem za cenę zerwania sojuszu z USA.

Owszem, w przypadku relacji Polska-Stany Zjednoczone o żadnym partnerstwie nie może być mowy, przede wszystkim ze względu na dysproporcję potencjału i bardzo wąski wycinek wspólnych (potencjalnych) interesów. Jednak, chociaż z innych powodów, nie może być także nadziei na partnerstwo z Berlinem. Pisałem już o tym w obszernej analizie na Dobitnie.pl i nie będę jej tu powtarzał. Krótko tylko podsumuję: i Polska, i Niemcy chcą być liderem w Europie Środkowo-Wschodniej. Niemcy nie ustąpią, więc Polska ma do wyboru: albo być niemieckim Nebenstaat, albo z Niemcami konkurować, budując mądre sojusze. Do tego trzeba wybitnych polityków, w których nasz kraj niestety nie obfituje, mówiąc eufemistycznie.

Berlin zamiast Waszyngtonu? Strategiczny wybór Tuska i jego możliwe konsekwencje

Cóż, za wcześnie pochwaliłem Tuska za rozsądne podejście do grenlandzkiej komedioopery. Bezsensowne manifestacyjne wysłanie żołnierzy w sprawie, która nie jest w żadnym wypadku polską sprawą, mogłoby mieć kolosalne reperkusje dla Polski. Oczywiście negatywne. Jest bardzo możliwe, że finalnie skutkowałoby to decyzją o wycofaniu amerykańskich żołnierzy z Polski. Bylibyśmy zdani na nieistniejącą (ale już postępową, inkluzywną i zeroemisyjną) armię unijną oraz na łaskę i niełaskę Francji i Niemiec. Ponoć mamy się zabezpieczać przed rozpadem NATO traktatami z tymi krajami.

Co do Francji, to złośliwie można by przypomnieć, że w ostatnim stuleciu już francuskie gwarancje mieliśmy. Zresztą, skoro obecny rząd unika jak ognia poważnej dyskusji o francuskiej ofercie państwowego koncernu EDF na budowę elektrowni jądrowej w naszym kraju, to czy możemy wymagać od Francuzów dobrego podejścia do naszych żywotnych interesów? Co do Niemiec, to na jakiekolwiek gwarancje i zabezpieczenia trzeba patrzeć przez deklarację niemieckiego kanclerza. A Friedrich Merz przebiera nogami do wznowienia „normalnych” (czyli korzystnych dla jego państwa) relacji z Rosją. I nie jakąś hipotetyczną, demokratyczną Rosją, ale Rosją Putina. Powiedział to wprost całkiem niedawno. Nawiasem mówiąc, o ile rządowi politycy z Tuskiem i Sikorskim na czele chętnie i szeroko komentują każdą kuriozalną wypowiedź Donalda Trumpa, to w przypadku złowrogich deklaracji  niemieckich polityków kładą uszy po sobie.

Wycofanie USA z Polski jako realne ryzyko. Co oznaczałby rozpad NATO dla naszego bezpieczeństwa

Ochłodzenie polskich relacji z USA i wycofanie wojsk amerykańskich z Polski oznaczać będzie spełnienie niemieckich marzeń. Przypomnę, że o to, by Amerykanie stacjonowali w Polsce, przez wiele lat zabiegały kolejne rządy, od lewicy do prawicy. Teraz zaś nonszalancko mamy z tej gwarancji bezpieczeństwa rezygnować. Tylko dureń może liczyć na to, że jak do władzy dojdą demokraci, to w pięć minut odeślą nam żołnierzy z powrotem. Sądzę, że wicepremier Kosiniak-Kamysz dobrze to rozumie. Co gorsza, rozumie to także premier Tusk, a mimo to gotów jest zrezygnować z amerykańskiego wsparcia. Na rzecz… No właśnie, czego?

Polska zdana jedynie na „europejskich sojuszników” (czytaj: Niemcy i Francję) to wariant, w którym nasz kraj przestanie decydować o swojej przyszłości na europejskiej mapie. Francja nie skonfliktuje się z RFN w imię polskich interesów. Niby czemu miałaby to robić? W dodatku, jeśli władzę nad Sekwaną obejmie patrząca na Rosję znacznie przychylnie od obecnego rządu prawica, to w oczywisty sposób znajdzie wspólny język z Niemcami, którzy chcą jak najszybciej powrócić do ciepłych relacji z Putinem. W takim układzie Polska nie będzie miała alternatywy dla dalszego ograniczania własnej suwerenności i federalizacji UE – chyba że jakimś cudem ten trend zostanie spowolniony albo ograniczony.

Nebenstaat czy podmiot? Niemiecka dominacją i utrata suwerenności

Oczywiście taka Polska będzie tylko i wyłącznie Nebenstaat Niemiec i rojenia o liderowaniu w naszym regionie Europy możemy sobie wówczas włożyć między bajki. Niemcy, które w końcu odmrożą relacje z Rosją, nie będą się na taką Polskę oglądały. Będą ją na pewno rozgrywały między innymi na odcinku ukraińskim. Owszem, już to robią i robią skutecznie, ale zwasalizowana Polska będzie szachowana i Rosją, i Ukrainą. Sto lat temu Alfred Rosenberg, narodowosocjalistyczny ideolog i samozwańczy ekspert od polityki zagranicznej, pisał w Der Zukunfstweg einer deutschen Aussenpolitik: „Gdy pojęliśmy już, że likwidacja państwa polskiego stanowi najpierwszą potrzebę Niemiec, to sojusz między Kijowem a Berlinem, połączony ze stworzeniem wspólnej granicy, staje się dla przyszłej niemieckiej polityki narodową i państwową koniecznością”. Rosenberg zakładał stworzenie ukraińskiego państwa jako czynnika osłabiającego Rosję i niszczącego Polskę. Oczywiście dziś nikt, ani Niemcy, ani tym bardziej Ukraina, Polski jako państwa likwidować nie chce, ale Niemcy chcą grać, choć w inną grę, tymi samymi pionkami. Dla nas nie przewidziano nawet roli przeciwnika w takiej grze, a raczej przedmiotu gry.

Polska dziś stoi przed całą listą zagrożeń, a najnowszym, i jednym z najgroźniejszych, jest rozpad NATO i wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy. To jest być może na rękę unijnym mocarstwom, ale dla Polski oznacza koszmar. Oznacza też zmarnowanie ponad trzydziestu lat starań o narodowe bezpieczeństwo. Dobrowolne przyspieszanie tego procesu jest czymś więcej, niż tylko bezmyślnością. Jest postawą targowicką. Targowiczanie wszak nie chcieli likwidacji Rzeczypospolitej, ale trwania jej jako pokracznego tworu w oparciu o łaskawość jednego mocarstwa. Łaskawość, jak się okazało, niezwykle krótkotrwałą.

Autor tekstu
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest wiceprezesem Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Dla Dobitnie.pl pisze o polityce i kulturze..

Wyszukiwarka
Kategorie
Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski

Marcin Rosołowski. Jest wiceprezesem Fundacji im. XBW Ignacego Krasickiego, członkiem Rady Fundacji Instytut Staszica, współprowadzącym podcast @Podwojnyprosty na YouTube. Z wykształcenia prawnik, z zawodu specjalista od public relations i public affairs. Dla Dobitnie.pl pisze o polityce i kulturze..

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank