Wiktor Świetlik zachęca do dyskusji na prawicy dotyczącej taktyki na nadchodzące wybory parlamentarne. Punktem wyjścia jest krytyka Prawa i Sprawiedliwości w związku z deklaracjami na temat (nie)możliwości koalicji z dwiema konfederacjami, a właściwie z jedną z nich. Sprawa jest ostatecznie wypadkową dwóch odrębnych kwestii: podstawowej – jaka ma być nasza formacja w kolejnej dekadzie – oraz dalszej, choć aktualnej: czego oczekują Polacy po wyborach w 2027 r. i jak my mamy się do nich przygotować.
Partia całej prawicy czy tylko największa partia prawicy?
Prawo i Sprawiedliwość przez lata było hegemonem po prawej stronie. W pewnym jednak momencie zwyciężyła, skądinąd stara, ludzka pokusa, by sięgnąć po więcej – stać się także lepszym niż Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe centrum sceny politycznej. W ostatnich latach rządów nastąpiła technokratyzacja, porzucono nawet umiarkowaną agendę światopoglądową, brakowało sił do dokończenia zmian w wymiarze sprawiedliwości, następowało oddawanie kolejnych obszarów suwerenności instytucjom europejskim, a towarzyszyło temu oddalanie się, a w końcu alienacja znacznych grup wyborców. Tendencje te wzmacniały pandemia i wojna na Ukrainie. Osłabiony został konserwatywny rdzeń i instynkt całej formacji.
Od tego czasu jeszcze wyraźniej Prawem i Sprawiedliwością miotają dwie wizje. Ładnie ujęte, nazywają siebie „rozwojową” i „tożsamościową”, a przez krytyków określane są jako „technokratyczna” i „radykalna”. Obie są potrzebne, ale żadna z nich nie rozwiązuje zasadniczego dylematu naszej formacji. Ostatecznie bowiem obie w istotnym stopniu dotyczą bardziej formy działania – oraz osobistych ambicji – niż treści polityki. Obie abstrahują też od kwestii wiarygodności.
Przed Prawem i Sprawiedliwością stoi zasadnicze pytanie: czy chce i jest w stanie być partią całej polskiej prawicy. Bez uczciwej odpowiedzi na to pytanie nie istnieje szansa na odbudowanie zaufania Polaków i osiągnięcie w dłuższej perspektywie oczekiwanych 40% poparcia społecznego. Socjotechnika nie wystarczy. By tak się stało, Prawo i Sprawiedliwość musi być partią całej polskiej prawicy, to znaczy wszystkich Polaków o poglądach niepodległościowych.
Sytuacja, w której niemal wszystkie stanowiska w partii, a już zupełnie całe jej kierownictwo, są odbiciem przekonań samego Prezesa i jego wizji, temu po prostu nie służy. Zarówno słynni już harcerze, jak i niemniej słynni maślarze odzwierciedlają drogę życiową, przekonania i intuicje na przyszłość Prezesa. Ale formacja jest szersza, a jeszcze szersza jest grupa Polaków o niepodległościowych poglądach. Brak ich reprezentacji w kierownictwie formacji ma istotne konsekwencje dla przebiegu wszystkich dyskusji strategicznych i taktycznych, programowych i personalnych.
Kwestia, którą zasygnalizowałem, bywa czasem mylona z publicznym sporem wspomnianych, konkurujących wokół Prezesa grup. Nie mówią one jednak niczego innego niż on sam, choć gdy mówią równocześnie, powstaje wrażenie kakofonii. W konsekwencji przestaliśmy być orkiestrą, w której na każdą sekcję jest miejsce, ale każda ma swój czas. Uspokojenie nastrojów jest warunkiem koniecznym powrotu do silniejszej pozycji na scenie politycznej, ale samo w sobie nie pozwoli na zasadniczą odbudowę poparcia.
Rację ma Jarosław Kaczyński, oczekując jedności i zsynchronizowanych działań – to racjonalne oczekiwania. Ale sama jedność i synchronizacja tego nie zapewnią. To kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości musi się spluralizować, a program poszerzyć tak, by oddawać aspiracje i oczekiwania różnych grup prawicowej i zdroworozsądkowej części społeczeństwa: konserwatywnej, wolnościowej, tradycyjnej. Nie da się tego zadekretować, a wizerunkowe zabiegi nie wystarczą. Potrzebna jest także wiarygodność.
Jeśli mówimy o suwerenności, to nie robimy wyjątków – także dla sojuszników. Jeśli mówimy o polskim interesie gospodarczym, to w centrum muszą być polscy rolnicy, a wtedy nie ma miejsca na kolejne ograniczenia działalności rolniczej. Jeśli stawiamy na polskich przedsiębiorców, nie zadowalamy się byciem pasem transmisyjnym etatystycznych eurowynalazków w rodzaju KSeF. Jeśli zapewniamy o prawie do własnego stylu życia, to nie narzucamy postępowych przekonań inaczej myślącym rodakom: zawsze respektujemy wolność wychowywania dzieci zgodnie z przekonaniami, nie flirtujemy z obowiązkiem szczepień na COVID-19 i grypę ani z wizją wyłącznie plastikowego pieniądza.
Nie da się odwrócić wielu głosowań w Sejmie z ostatniej dekady. Nie da się też wiarygodnie zadaniować do tej pracy osób niewiarygodnych. Nawet jeśli bowiem płynnie nauczą się odpowiednio konserwatywnego, wolnościowego czy zdroworozsądkowego przekazu dnia, nieuchronnie wracają stare myślowe nawyki. Nawet gdy się ich pozbędą, przywoływane zostają ich liczne wypowiedzi, decyzje i głosowania. Bez zmiany, o której piszę, Prawo i Sprawiedliwość pozostanie grupą rekonstrukcyjną 2023 r. A skoro wówczas, mimo wszystkich atutów i sukcesów, nie udało się przedłużyć mandatu rządzenia, tym bardziej teraz samodzielne rządy nie będą możliwe.
Z kim koalicja?
Alternatywą jest kurs taki, jaki jest – także na rzeczy skądinąd dobre: jedność, poprawienie organizacji formacji, solidne prace programowe, młodsi liderzy, lepsze grafiki i rolki. Tak jak robią to chadecy z CDU/CSU w Niemczech czy konserwatyści w Wielkiej Brytanii. Ale wtedy odbudowa ideowej wiarygodności jest niemożliwa. Pozostaniemy wprawdzie największą partią prawicy, ale do rządzenia konieczni będą koalicjanci. Nie jest przy tym oczywiste, co będzie dalej. W negatywnym scenariuszu, szczególnie w przypadku dalszych wewnętrznych podziałów, może nas czekać los francuskich Republikanów czy Forza Italia we Włoszech.
Jesteśmy jednak na początku 2026 r. i musimy odpowiedzieć na pytanie, kto ma być koalicjantem w perspektywie wyborów 2027 r. Dziś najczęściej stawiane jest pytanie o sojusz z dwiema konfederacjami. I niezależnie od tego, czy się to wszystkim podoba – włączając zagranicznych sojuszników – jeśli będzie to konieczne, będzie to jedyne rozwiązanie, które da się obronić z punktu widzenia zachowania tradycyjnych wartości, polskiej suwerenności i realizacji interesu narodowego.
Prawo i Sprawiedliwość konkuruje z Konfederacją i Koroną, ale jednocześnie i wyborcy, i całe te formacje muszą nabrać zaufania oraz przekonania, że istnieje trwała wspólnota wartości. Obejmuje ona także inne środowiska: skupione wokół Prezydenta, Wolnych Republikanów, niepodległościowych samorządowców, liderów opinii i nonkonformistów. Musi to mieć swoje praktyczne konsekwencje. Jeśli przyjdzie moment konstytucyjny – mimo różnic – razem zmienimy Konstytucję. Dołożymy wszelkich starań, aby powstał pakt senacki całego obozu niepodległościowego. Jeśli będzie to arytmetycznie konieczne, po wyborach powstanie uczciwa koalicja bądź uczciwe porozumienie umożliwiające rządzenie. Nadkonflikt między formacjami prawicowymi nie da drugiej kadencji koalicji Donalda Tuska. I wreszcie: nie pojawi się pokusa jakiegoś „historycznego kompromisu” z formacjami lewicowo-liberalnymi – nawet pod patriotycznymi hasłami „ratowania Polski”, lecz w gruncie rzeczy wyłącznie dla władzy jako takiej.
Nowe otwarcie
Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje nowego otwarcia. Nie może się ono sprowadzić do wizerunkowych korekt. W nowym programie Polacy muszą zobaczyć zmianę, zdecydowanie, a także swoje przekonania i aspiracje. Towarzyszyć temu będzie zmiana personalna, ale błędem jest rozumienie jej wyłącznie – albo nawet przede wszystkim – jako zmiany generacyjnej. Podobnie ryzykowne jest jej sprowadzenie do postury kandydatów, ich osobistego uroku czy nawet pracowitości. Wszystko to jest ważne, ale nie wystarczy.
Po wyborach trzeba być w stanie unieść wyzwania, których nie unieśliśmy do 2023 r.: w polityce ludnościowej, sprawach ustrojowych, polityce zagranicznej, kulturze, nauce i edukacji, w stosunku do polskich rolników i przedsiębiorców oraz w zarządzaniu publicznym mieniem. Potrzebna jest jakościowo lepsza zmiana.
