Co mamy z Trumpa? Europejska hipokryzja w praktyce

Co mamy z Trumpa? Europejska hipokryzja w praktyce

blank

Pamiętacie Państwo kawał o Jasiu i gęsi? Któż nie pamięta — więc nie będę go przypominał. Europejska gęś nazywa się dziś Donald Trump i jest stworzeniem niezwykle użytecznym. Liberalny Jaś, zapytany o wszelkie złe zjawiska zachodzące na naszym kontynencie, bezbłędnie wskazuje winnego. Oczywiście: Trump.

Ulubieniec liberalnych salonów w Europie, rumuński prezydent Nicușor Dan — tamtejszy odpowiednik Rafała Trzaskowskiego — udzielił ostatnio wywiadu czołowemu liberalnemu serwisowi Politico, także rzecz jasna ulubieńcowi salonów. Dziennikarze Politico postanowili wybić z tego wywiadu na pierwszy plan zdanie następujące: „W nowym świecie ukształtowanym przez Trumpa ekonomia wygrywa z moralnością”.

Tyle że prezydent Dan dokładnie takiego zdania nie wypowiedział. Powiedział jedynie, że świat się zmienił: odeszliśmy od — w pewnym sensie — moralnego podejścia do polityki, przechodząc do podejścia pragmatycznego i ekonomicznego. A ponieważ cały ten proces dzieje się właśnie teraz, doklejenie do niego Trumpa przez redakcję było już czystą formalnością.

To trochę jak we wstępach do prac naukowych w latach 50. — musiał być Stalin albo Lenin. Dziś pojawia się smalec. To znaczy: Trump.

Zastanawiające jest owo „w pewnym sensie”, którego redakcja zapewne nie mogła usunąć bez brutalnego skrzywienia myśli rozmówcy. Myśl, że polityka jest domeną moralności, wydaje się normalnemu człowiekowi nieco egzotyczna, więc prezydent Dan próbował ją zrelatywizować. Politico już się nie wahało: prostym zabiegiem ustanowiło podział historii świata na okres przed Trumpem — gdy politycy kierowali się moralnością — oraz po Trumpie, który zmusił wszystkich do pragmatyzmu i ekonomii.

Tak się jednak składa, że ktoś chcący zanegować tę śmiałą tezę mógłby znaleźć dowód przeciwny… na tej samej stronie Politico. Czytamy tam bowiem, że francusko-rosyjska firma planuje produkcję prętów uranowych do europejskich elektrowni jądrowych w fabryce zlokalizowanej w Niemczech. W tym joint venture ze strony rosyjskiej uczestniczy spółka-córka państwowego giganta Rosatom, a ze strony francuskiej — analogiczna spółka-córka państwowego koncernu EDF. Uran, rzecz jasna, ma pochodzić z Rosji.

Jak widać, duch Nord Stream wśród zachodnich Europejczyków ma się wiecznie dobrze.

Unia Europejska prowadzi od czterech lat politykę niezwykle moralną wobec Rosji: potępia zbrodnie, okazuje solidarność z napadniętą Ukrainą, podświetla budynki w jej barwach narodowych, wygwizduje rosyjskich sportowców, wygłasza niekończące się przemówienia o putinowskiej dyktaturze i imperializmie, demonstracyjnie odcina się od rosyjskich węglowodorów (w przyszłości), tropi kremlowską dezinformację i czyni jeszcze mnóstwo innych moralnie słusznych rzeczy.

I proszę się nie spodziewać, że uznam to za coś złego. To dobrze. Bardzo dobrze. Choć przemówienia bywają nudne, a tempo „odcinania się” — podejrzanie powolne.

Oto jednak na tej samej stronie czołowego liberalnego, proeuropejskiego serwisu, na której potępia się rzekome odejście świata od moralnej busoli po nadejściu Trumpa, znajdujemy tuż obok dowód najbardziej rażącej hipokryzji europejskiej polityki w praktyce. I nie jest to hipokryzja czcza — jest groźna. Przykrywa bowiem dalsze uzależnianie energetyczne od państwa, o którym ci sami politycy mówią, że planuje atak na Europę.

Więc co właściwie oni myślą? Ten straszliwy Trump do reszty zawrócił im w głowach.

W artykule czytamy dalej, że decyzja jeszcze nie zapadła, że Niemcy mogą się nie zgodzić itd. Być może. Zniknie wtedy jeden dowód hipokryzji — pozostaną setki innych. Z najważniejszym z ostatnich dni na czele: decyzją Unii Europejskiej, by wypłacić Ukrainie reparacje w imieniu zbrodniczej Rosji, z własnych pieniędzy. Do tego bowiem sprowadza się odmowa konfiskaty rosyjskich aktywów i zaciąganie unijnej pożyczki.

Gdy ważyły się losy tej decyzji, Politico zdołało jeszcze zadziwić świat tytułem sugerującym, że to nie Belgia ponosi odpowiedzialność za brak konfiskaty rosyjskich aktywów, lecz… Trump. Belgijski premier triumfował potem, opowiadając, jak to przekonał wszystkich do swojej koncepcji (słowo „szantaż” nie funkcjonuje w unijnych salonach), lecz dziennikarze odpowiedzialni za meblowanie głów europejskich wyborców wiedzieli jedno: to musiała być wina Trumpa. Ewentualnie Orbána.

Ci dwaj panowie są dla „prawdziwych Europejczyków” niezwykle użyteczni. Gdy tylko elity Unii Europejskiej zostają przyłapane na kolejnej machlojce lub akcie hipokryzji, zawsze można zrzucić winę na nich.

Europa jest słaba militarnie? To Trump ją osłabił!
Europa wciąż kupuje rosyjski gaz i ropę? To Orbán kupuje!

Nikt przecież nie pamięta, jak podczas pierwszej kadencji Trumpa niemieckie elity śmiały mu się w twarz, gdy domagał się zwiększenia wydatków na zbrojenia. I nikt nie sprawdzi, że gros rosyjskiego gazu i ropy trafia do Francji, Belgii i Niemiec.

— Więc jak, Jasiu, co mamy z gęsi?
— Trumpa!

Autor tekstu
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

Wyszukiwarka
Kategorie
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank