Instytut powołany do obrony pamięci o Zagładzie coraz częściej działa jak autonomiczny aktor polityczny, wchodząc w konflikt nawet z własnym rządem i osłabiając strategiczne relacje Izraela z kluczowymi sojusznikami.
Przez dekady Polska była jednym z najwierniejszych sojuszników Izraela w Europie, konsekwentnie wspierając jego potrzeby bezpieczeństwa i broniąc go na forum Unii Europejskiej. Dziś ten strategiczny układ znajduje się w głębokim kryzysie nie tyle z powodu decyzji rządów w Jerozolimie czy Warszawie, ile działań Instytutu Yad Vashem, który coraz częściej prowadzi konfrontacyjną „dyplomację pamięci”. Instytucja odpowiedzialna za zachowanie pamięci o Holokauście zaczyna działać jak autonomiczny ośrodek polityki zagranicznej, realnie szkodząc pozycji Izraela na arenie międzynarodowej.
Yad Vashem coraz rzadziej strzeże historii, a coraz częściej ją politycznie instrumentalizuje, płacąc za to osłabieniem sojuszy Izraela.
Przez dekady Polska należała do grona najwierniejszych sojuszników Izraela w Europie. Obok Niemiec i Czech była jednym z nielicznych państw Unii Europejskiej konsekwentnie wykazujących zrozumienie dla izraelskich potrzeb bezpieczeństwa. Dziś te relacje znajdują się w głębokim kryzysie. Co istotne, jego głównym źródłem nie są decyzje polityczne w Jerozolimie czy Warszawie, lecz działania Instytutu Yad Vashem – państwowej, finansowanej z budżetu instytucji, która występuje nie jako ośrodek badawczy, lecz jako autonomiczny aktor polityczny. Prowadząc konfrontacyjną „dyplomację pamięci”, systematycznie podkopuje ona strategiczne interesy samego Izraela, zamieniając partnerów w oponentów.
Przez dziesięciolecia Yad Vashem był filarem izraelskiego soft power. Jednak w ostatnich latach coraz częściej działa jak nieformalny ośrodek polityki zagranicznej, nierzadko w sprzeczności z linią izraelskiego MSZ. Jego szczególny, niemal nietykalny status strażnika pamięci narodowej w Izraelu, przy jednoczesnym braku jasnej kontroli politycznej, stworzył paradoks: instytucja powołana do budowania moralnego autorytetu kraju zaczęła ten autorytet w realnych relacjach międzynarodowych nadwątlać.
Od strażnika pamięci do gracza politycznego
Przykładów, które ilustrują tę tezę, można mnożyć. Wspólna deklaracja premierów Benjamina Netanjahu i Mateusza Morawieckiego z 2018 roku miała zamknąć spór wokół nowelizacji ustawy o IPN i bez wątpienia stanowiła dyplomatyczny sukces obu państw. Zanim jednak atrament na dokumencie zdążył wyschnąć, Yad Vashem wydał ostre oświadczenie, de facto podważające autorytet własnego premiera i określające porozumienie jako „zdradę pamięci”. To nie była obrona pamięci – to było instytucjonalne osłabienie własnego państwa. Czy to oznacza, że żadne porozumienie z rządem Izraela nie jest wiążące, jeśli nie zostanie zatwierdzone przez środowisko historyków w Jerozolimie? Absurd.
Jeszcze bardziej jaskrawym przykładem strategicznej krótkowzroczności była organizacja Światowego Forum Holokaustu w 2020 roku. Stworzono wówczas warunki, w których dominującym przekazem wydarzenia stała się narracja Władimira Putina, umożliwiając mu propagowanie kłamliwej wizji II wojny światowej. W tym momencie ujawnił się podwójny standard: Yad Vashem, wykazujący absolutną bezkompromisowość wobec Polski w kwestiach semantycznych czy legislacyjnych, nie miał oporów przed oddaniem głównej sceny przywódcy Rosji, który wprost wymazywał z historii pakt Ribbentrop–Mołotow. „Prawda historyczna” bywa dla Instytutu zaskakująco elastyczna, gdy w grę wchodzi silny gracz geopolityczny, a staje się sztywnym dogmatem jedynie w relacjach z lojalnym sojusznikiem. Jednocześnie prezydentowi Andrzejowi Dudzie odmówiono prawa do wystąpienia. W praktyce oznaczało to poświęcenie relacji z kluczowym państwem wschodniej flanki NATO na rzecz krótkoterminowej gry narracyjnej, która nie przyniosła Izraelowi żadnych trwałych korzyści. Z dzisiejszej perspektywy – w realiach strategicznego zbliżenia Rosji z Iranem i konsolidacji obozu wrogiego wobec Izraela – decyzja ta jawi się jako fatalny błąd, którego kosztów nie poniósł Yad Vashem, lecz państwo Izrael.
Ostatnie spięcie na platformie X, dotyczące opasek narzucanych Żydom, stanowi podręcznikowy przykład tego problemu. W krótkim komunikacie Instytutu zabrakło fundamentalnej informacji: że rozporządzenie to wydały niemieckie władze okupacyjne, a nie nieistniejące wówczas państwo polskie. Jednak to nie sam błąd, lecz reakcja na polskie zastrzeżenia była najbardziej wymowna. Upór Yad Vashem był tym bardziej znaczący, że nastąpił w obliczu interwencji polskiego ministra spraw zagranicznych oraz wezwania ambasadora Izraela do MSZ. Mimo tak wysokiej rangi sporu Instytut zbył sprawę w sposób lekceważący, uznając, że problem nie istnieje, skoro w podlinkowanym do tweeta artykule – do którego trzeba się dopiero przeklikać – pada sformułowanie o „okupowanej Polsce”. Taka obrona nie była przejawem niezrozumienia mediów społecznościowych, lecz demonstracyjną arogancją instytucji, która nawet w obliczu kryzysu dyplomatycznego wolała brnąć w zaparte, niż po prostu doprecyzować jeden wpis.
Można przyjąć, że taka „bezkompromisowość” Instytutu jest uzasadniana koniecznością obrony prawdy historycznej o Zagładzie przed relatywizacją. Podmiot, którego tożsamość zbudowano na walce z zapomnieniem i zafałszowaniami, prawdopodobnie postrzega każdy kompromis w narracji jako niebezpieczne rozmycie prawdy. Jednak prowadzi to do mentalności oblężonej twierdzy, w której sojuszników ocenia się wyłącznie przez pryzmat absolutnej wierności narracji, a nie długofalowych wspólnych interesów. Problem polega na tym, że strategia ta w praktyce przynosi efekt odwrotny – alienuje sojuszników i wzmacnia tych, którzy pamięć instrumentalizują w złej wierze. Jest to polityczny luksus, na który Izrael – skonfrontowany z bezprecedensową izolacją i kampanią delegitymizacji w związku z wojną w Gazie – po prostu nie może sobie pozwolić.
Deklaracja Netanjahu–Morawiecki i Forum Holokaustu: kiedy Yad Vashem podważa własne państwo
Polityka prowadzona przez Yad Vashem realnie szkodzi Izraelowi. Po pierwsze, Izrael traci ważny głos w Unii Europejskiej. Polska – jako państwo o rosnącym znaczeniu w UE i lider wschodniej flanki NATO – była naturalnym rzecznikiem izraelskich interesów w Brukseli. Systematyczne zniechęcanie polskiego społeczeństwa i klasy politycznej oznacza utratę tego strategicznego „lewara”.
Po drugie, cierpi bezpieczeństwo. Współpraca wywiadowcza opiera się na zaufaniu. Trudno je budować, gdy państwowa instytucja jednego kraju konsekwentnie stygmatyzuje drugie, ignorując jego doświadczenie totalnej okupacji i terroru.
Po trzecie, strategia komunikacyjna Izraela traci efektywność i wiarygodność. Zamiast angażować się w konstruktywny dialog i budować szerokie, ponadregionalne sojusze przeciwko realnym współczesnym zagrożeniom dla Żydów, izraelska dyplomacja publiczna (hasbara) koncentruje się na konfrontacji z krajem, który jest historycznym sojusznikiem i pozostaje jednym z najbezpieczniejszych miejsc dla Żydów w Europie. To błędne priorytetyzowanie osłabia moralny autorytet Izraela i marnuje kapitał polityczny na peryferyjne spory, podczas gdy nowe, potężne formy antysemityzmuzyskują na sile w innych częściach świata. W dobie, gdy Izrael desperacko potrzebuje oddzielić merytoryczną krytykę swojej polityki od prawdziwego, motywowanego nienawiścią antysemityzmu, alienowanie państw, które to rozróżnienie potrafią dostrzec, jest strategicznym błędem.
Strategiczne koszty „dyplomacji pamięci”: Izrael traci sojuszników, a nie wrogów
Pamięć o Holokauście jest bez wątpienia fundamentem moralnym państwa Izrael i nie podlega negocjacjom ani relatywizacji. Właśnie dlatego sposób jej instytucjonalnego komunikowania wymaga szczególnej odpowiedzialności. Gdy narracja historyczna zaczyna funkcjonować w oderwaniu od dialogu z sojusznikami i bez refleksji nad długofalowymi skutkami politycznymi, przestaje wzmacniać państwo, a zaczyna je osłabiać.
Dziś pytanie brzmi: czy w obliczu osłabienia własnej pozycji międzynarodowej Izrael stać na dalsze tracenie przyjaciół w sporach o przeszłość, gdy prawdziwi wrogowie czekają tu i teraz? Jeśli Yad Vashem nie zrozumie, że jego misją jest nie tylko strzec pamięci, lecz także chronić jej siłę oddziaływania w świecie realnej polityki, Jerozolima ryzykuje znalezienie się w sytuacji, w której moralny autorytet pozostanie nienaruszony – lecz zabraknie partnerów gotowych bronić go wtedy, gdy będzie to naprawdę konieczne.
