Czy Donald Tusk jest człowiekiem dobrej woli? Czy dobrze służy Polsce? Czy za jego rządów jest lepiej? Dla prawej strony odpowiedź może być tylko jedna: nie. A co z tego wynika? Ano kompletnie nic. Stwierdzanie oczywistości, bez recepty na to, co zrobić, by pozbyć się rządów Koalicji Obywatelskiej, prowadzi wyłącznie do frustracji.
Tusk robi wszystko, by jego elektorat nienawidził PiS-u, bo wtedy nie dostrzega nieudolności jego rządu – a nawet jeśli ją widzi, to przecież wiadomo: byle nie PiS. Jednocześnie wcale nie stara się przekonać do siebie elektoratu prawicy. Dlaczego? Bo przyjął taką taktykę i jest mu to całkowicie niepotrzebne.
Jego celem jest skonsumowanie przystawek, połknięcie ich elektoratów, wstawienie kandydatów na jedną listę i pełne zdominowanie koalicjantów – w jeszcze większym stopniu niż obecnie. Nie ma sensu walczyć o elektorat PiS, bo ze wszystkich kalkulacji wychodzi, że jedna lista, najlepiej ze zwasalizowaną Lewicą, zapewnia dalsze rządy.
Po prostu wszystkie te partie – poza PSL – są wyraźnie na lewo od centrum i mają bardzo podobny elektorat. Słabiutki PSL, który sam nie miałby szans dostać się do Sejmu, staje się dodatkową wartością dodaną i listkiem figowym. Wynik 45–46% to nokaut i – nawet z ewentualną Partią Razem w Sejmie – większość konstytucyjna.
Pytanie brzmi: czy Lewica może na to pójść? A od czego są sondaże, w których za rok znów może balansować niewiele poniżej 5%?
Strategia Tuska i iluzje PiS
A jak sytuację widzi Prawo i Sprawiedliwość oraz Jarosław Kaczyński? Trudno powiedzieć. Na zewnątrz partia sprawia wrażenie, jakby nic nie widziała, opowiadając o samodzielnych rządach z jakimiś wyrwanymi zawodnikami od Brauna i Konfederacji. Do wyborów droga daleka i wydarzyć się może wiele, ale akurat ten scenariusz jest skrajnie mało prawdopodobny.
Dlatego konieczne jest rzetelne zdiagnozowanie obecnej sytuacji i wyciągnięcie wniosków. Czy sondaże mówią prawdę? Krążą gdzieś blisko niej. A ta prawda pokazuje, że PiS wraz z obiema Konfederacjami mają większość tylko wtedy, gdy lewa strona idzie do wyborów na osobnych listach.
I właśnie o takie postrzeganie rzeczywistości Tuskowi chodzi. Dlatego wspólna lista lewicy na razie nie jest nagłaśniana, ale prędzej czy później zostanie ujawniona. W kuluarach zapewne już krąży narracja: PiS bez Brauna nie stworzy rządu, więc my musimy iść razem, inaczej nas pozamykają, a z Rosją pójdą na Brukselę po trupie Ukrainy.
Oczywiście trochę przesadzam, ale mniej więcej tak to wygląda. Dla elektoratu wyjątkowo wrażliwego na takie tony jest to wizja jak najbardziej realna.
Prawica bez strategii i nowy gracz
PiS – a właściwie także Konfederacja – zdają się nie dostrzegać, że może być jeszcze gorzej niż teraz. Cały czas haratają w gałę, którą Tusk im podaje, nie widząc, że trzeba walczyć o tych wyborców, których da się pozyskać, a nie o tych, których już się ma.
PiS nie ma szans przelicytować obu Konfederacji w kwestii niechęci do imigrantów czy stosunku do Ukrainy. Konfederacja z kolei nie przelicytuje Brauna. Prawo i Sprawiedliwość musi mieć jasne, stabilne i niezmienne stanowisko: nie zgadzamy się na imigrację muzułmanów, ale Ukraińców będziemy bronić, bo są nam potrzebni w obecnej sytuacji demograficznej, przy starzejącym się społeczeństwie.
W kwestii wojny – jednoznaczne poparcie dla Ukrainy. Poparcie dla Ameryki? Oczywiście. Wenezuela – tak. Grenlandia – sprawa bardziej skomplikowana. Nade wszystko jednak trzeba uznać, że PiS jest centroprawicą i się przemodelować.
Czy da się to zrobić bez strat? Nie wiem. Ale po miesiącach dryfowania straty i tak są ogromne – gorzej raczej nie będzie. Trzeba otrząsnąć się z porażki sprzed ponad dwóch lat i ze zwycięstwa sprzed kilku miesięcy, a potem uczciwie spojrzeć, gdzie jesteśmy dziś.
Mam wrażenie, że wciąż za mało mówi się o kwestii fundamentalnej: o nowym graczu po prawej stronie, czyli o Prezydencie. Karol Nawrocki wdarł się przebojem do polskiej polityki i w rok od momentu, gdy usłyszeli o nim wyborcy, stał się jedną z najważniejszych postaci na scenie politycznej.
To nie jest pisowski prezydent i nie jest to nawet prezydent jednej formacji prawicy. On wychodzi poza swój elektorat – i trzeba zrobić wszystko, by wyszedł jak najdalej. Tuskowi nie udało się go dotąd obrzydzić tak, jak PiS, bo Nawrocki jest w polityce świeży, a wszystkie „plagi egipskie”, którymi próbowano go obciążyć w kampanii, działają wyłącznie na najbardziej zideologizowanych odbiorców tamtej strony.
Lewa strona już przemodelowała sobie głównego przeciwnika. Kaczyńskiego zastąpił Nawrocki. Prawa strona zdaje się tego nie dostrzegać.
Dotąd żaden prezydent nie stanął przed realną szansą zbudowania własnego obozu. Każdy z nich z czegoś wyrastał i był mniej lub bardziej lojalny wobec swojej partii. Wałęsa próbował z BBWR – eksperyment wykonany, lecz nieudany.
Moim zdaniem tylko oparcie się na Prezydencie i budowanie przy nim szerokiego ruchu po prawej stronie, a także danie jemu – lub ludziom przez niego wskazanym – realnego wpływu na listy wyborcze, może stworzyć szansę na zwycięstwo. Pakt senacki pod auspicjami Prezydenta wydaje się pomysłem trafionym, choć to dopiero część klucza do sukcesu.
Ale tu już wybiegamy zbyt daleko w przyszłość. O tym w kolejnej części. Oczywiście – jak zwykle – dobitnie.
fot. FB Konfederacja
