Kto nie widział niech żałuje. Premier, który jeszcze niedawno kwestionował wynik wyborów, teraz przekonuje swoich wyborców, że Karol Nawrocki jest legalnym prezydentem. Jakby nagle ktoś wstrzyknął premierowi serum prawdy i pozbawił go możliwości fałszowania rzeczywistości.
Spotkanie Donalda Tuska ze zwolennikami Platformy Obywatelskiej w Pabianicach przejdzie do historii. Cytaty z niego staną się na zawsze częścią polskiej debaty o polityce. Jak choćby moment, gdy rozgoryczony przegraną i biernością Platformy po wyborach mężczyzna mówi, że stoi murem za Ewą Braun. Po chwili orientuje się ze skali pomyłki i poprawia się, że chodziło mu o Ewę Wrzosek. Takiego przydomku znana z woli zemsty na zimno prokurator jeszcze chyba nie miała.
Wróćmy jednak do Tuska. Na sali wypełnionej frustracją i rezygnacją, na której dodatkowo wiało widmem porażki, premier tłumaczył się z niemocy. Własnej i ministrów. Musiał wyjaśnić dlaczego nie można zablokować objęcia stanowiska przez Karola Nawrockiego. Tusk przyjął rolę obrońcy demokracji, co z jednej strony było straszne, z drugiej śmieszne, a z trzeciej obrzydliwe. Ale nich tam, wszyscy znamy jego swobodny stosunek do prawdy oraz przykłady łamania prawa, wolności słowa, konstytucji i demokratycznego porządku.
Tym razem jednak było to coś ekstra. Tusk mierzył się z falą, którą wywołał razem z Romanem Giertychem, czyli ze zwolennikami unieważnienia wyborów. Z osobami, które uwierzyły w wielkie fałszerstwo, którego mieli dokonać „bracia kamraci” do spółki z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. O tym przecież wiele razy z głębokim przekonaniem oraz bezmiernym cynizmem mówił Roman Giertych. Ponownego przeliczenia głosów domagał się także premier. Co się więc stało? Dlaczego tego nie zrobiono? Jak to się stało, że wszechwładny Donald stracił moc sprawczą, musi złożyć broń i wywiesić białą flagę? Wszak nie tego oczekiwali wszyscy ci, którzy wysyłali przygotowane przez Giertycha – zresztą błędnie – formularze protestów wyborczych. Nie tak to miało wyglądać.
Do akcji, jak za dobrych czasów, miała wejść policja i prokuratura, a jeśli trzeba to nawet osiłki z miasta. To oni mieli rozgonić to towarzystwo na cztery wiatry, bo przecież Nawrocki to alfons, gangster, naciągacz i faszysta. Z takimi ludźmi się nie dyskutuje, takich ludzi usuwa się z drogi.
Tusk wiedział doskonale, jak w czasie kampanii wyborczej i po przegranej obudzić w ludziach nienawiść – robił to przecież wiele razy. Rozumiał też, że nadzieje budowane wokół przeliczenia głosów prowadzą do eskalacji tej nienawiści. Dziś jednak te emocje zastępuje frustracja. Bo premier, Bodnar, Giertych, Wrzosek, Siemoniak i spółka nie byli w stanie zrealizować swoich obietnic. Karol Nawrocki zostanie prezydentem i Tusk już nic nie może z tym zrobić.
Na nic zdawały się tłumaczenia, że kraj, w którym policja liczyłaby głosy wyborców stałby się zwykłą dyktaturą. Zwolennikom Tuska to nie przeszkadza, ważne by nie rządził PiS. Wobec prawicy wszystkie metody są dozwolone.
Fala nienawiści i frustracji, jaką wywołał Tusk, do tej pory była jego skuteczną bronią. Surfował po niej sprawnie, czasem z drwiną na ustach, czasem ze srogą miną, ale zawsze miał ją pod kontrolą. Teraz fala mu uciekła, a on sam boi się, że uderzy w niego.
Mariusz Staniszewski
