Grenada wiecznie żywa. Porwanie Maduro to nie żadna rewolucja w polityce międzynarodowej

Grenada wiecznie żywa. Porwanie Maduro to nie żadna rewolucja w polityce międzynarodowej

blank

Z myśleniem zakładającym, że obalenie wspieranej przez Rosję dyktatury na półkuli zachodniej automatycznie legitymizuje wszelkie działania Rosjan na półkuli wschodniej, zetknąłem się po raz pierwszy ponad 40 lat temu, przy okazji amerykańskiej inwazji Grenady. Był październik roku 1983. Polska była zduszona przez wojskową dyktaturę Jaruzelskiego i właśnie ogłoszono Nagrodę Nobla dla Lecha Wałęsy, który był wtedy dla ogromnej większości nie żadnym Bolkiem, tylko symbolem walki z komuną. Tymczasem Reagan postanowił zrobić porządek na karaibskiej wysepce, na której kubańscy „doradcy” właśnie zaczęli zaprowadzać sowieckie porządki.

Amerykańska akcja została przez takie gorące studenckie głowy jak moja powitana z nadzieją i entuzjazmem. Nikt oczywiście nie myślał o tym, że amerykańska kawaleria zjawi się nad Wisłą, ale świadomość, że komunistom można dać łupnia — choćby i w odległej Grenadzie — była krzepiąca. I oto wtedy, jako wierny czytelnik prasy podziemnej, natknąłem się na napisany znakomitym stylem i zdradzający ponadprzeciętną znajomość szerokiego świata komentarz Dawida Warszawskiego. Był to komentarz z gatunku „studzących”, a zapamiętałem zeń jedno kluczowe zdanie, brzmiące mniej więcej tak: „Wiele wskazuje na to, że władcy Grenady, ginąc, nam właśnie przekazali pocałunek śmierci”.

„Pocałunek śmierci” i złudzenie symetrii

Autor rozwijał koncepcję symetryczności przyzwolenia na przemoc. Oto interwencja zbrojna dokonana przez Amerykanów miałaby legitymizować ewentualne interwencje dokonywane przez Rosjan. Nie ukrywam, że ta myśl wywarła na mnie wówczas wielkie wrażenie. Także dlatego, że w sposób intelektualnie kuszący pokazywała młodemu człowiekowi, iż można myśleć w sposób oderwany od natychmiastowych korzyści. To w pewien sposób imponowało, bo wprowadzało w świat Wielkiej Międzynarodowej Gry. Choć my w tej grze byliśmy tylko widzami, to jednak przyjemnie było mieć poczucie, że wie się więcej. Idę o zakład, że na tym samym uczuciu zasięgi robią dzisiaj rozmaici spece od geopolityki. Wtajemniczają.

Tymczasem późniejszy rozwój wypadków pokazał, że mechanizmy rządzące światem są znacznie prostsze, niż to pokazywał ów komentarz w sprawie Grenady, i zamiast uprawiać misterną grę, trzeba robić swoje — tylko porządnie. Związek Sowiecki nie skorzystał z okazji, jaką miał mu dać rzekomy „pocałunek śmierci”, bo zwyczajnie nie był w stanie — i właśnie wchodził w fazę poważnego kryzysu, który miał się skończyć jego rozpadem. Nam udało się doprowadzić do uniezależnienia od Wielkiego Brata dzięki wykorzystaniu okazji historycznej i własnej determinacji. Gdyby nie było jednego lub drugiego, do dziś bylibyśmy pod władzą imperium. Grenada tymczasem wypadła bezpowrotnie z orbity kubańsko-sowieckiej i stoi wysoko w rankingach wolności politycznych.

Prawo międzynarodowe a realna siła

Wszystko to stało się za sprawą siły Ameryki, słabości Sowietów i determinacji społeczeństw. Nie sprawiły tego żadne argumenty z zakresu prawa międzynarodowego ani przemówienia wygłaszane na forum ONZ. I podobnie było przez następne dekady. Układ międzynarodowy był pochodną siły — nie tylko militarnej, rzecz jasna — zaś organizacje międzynarodowe i argumenty prawne były używane przez tych, którzy mieli przewagę, dla uzasadnienia ich działań. Polska przez dobre trzy dekady od początku lat 80. była albo całkowicie pozbawiona sprawczości, albo zbyt słaba, aby mogła cokolwiek przedsiębrać. Dlatego wygodnie jej było chować się za przywiązaniem do prawa międzynarodowego.

Argument „z Grenady” miał nieco sensu, gdy byliśmy wyłącznie przedmiotem działań wielkich. Teraz Rosji, która mogłaby chcieć przypomnieć sobie o „pocałunku śmierci” rzekomo przekazanym leżącym w jej pobliżu krajom przez ginącego Maduro, będziemy w stanie przeciwstawić realną siłę. Siłę sojuszu, ale głównie siłę własną, która z każdym dniem rośnie. Dlatego błędem — w moim przekonaniu — jest przyłączanie się do oświadczenia szefowej unijnej dyplomacji Kaji Kallas, które de facto otwiera możliwość gry na forum ONZ dla politycznych patronów wenezuelskiego dyktatora, czyli Chin i Rosji. Odwołanie do „szczególnej odpowiedzialności” członków Rady Bezpieczeństwa ONZ za zachowanie „zasad prawa międzynarodowego” wydaje się dość dziwaczne w świetle zachowania Chin i Rosji choćby wobec wojny na Ukrainie.

Nie można stosować tej samej miary wobec zbrodniarza, jakim jest Putin, wykorzystującego ONZ do usprawiedliwiania swoich niegodziwych działań, i wobec prezydenta Stanów Zjednoczonych, który miał możliwość usunięcia niszczącego swój kraj dyktatora i skorzystał z niej. Wiem, że to dla wielu zabrzmi naiwnie, ale świat jest w szerokim sensie miejscem starcia sił dobra z siłami zła. I wiem, że ci stojący po stronie dobra mają na sumieniu wiele grzechów. Jak my wszyscy. Liczy się jednak cel, jaki im przyświeca. Ten cel wyraźnie widać w ewolucji, jaka zaszła w Grenadzie. Ten cel będą widzieć wszyscy, którzy zechcą odpowiedzieć na pytanie, czy woleliby mieszkać w Korei Północnej, czy Południowej.

Nasze miejsce w tym starciu nie jest na trybunach, z nosem utkwionym w przepisach prawa międzynarodowego, jakby tego chcieli ludzie sprawujący władzę w Unii Europejskiej. Nasze miejsce jest na boisku, w polu, w aktywnej walce po stronie wolnego świata. Bo Grenada jest wiecznie żywa — zarówno jako symbol fałszywego symetryzmu, jak i jako symbol kierunku zmian, do jakich mamy szansę się przyczynić.

Robert Bogdański

Autor tekstu
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

Wyszukiwarka
Kategorie
Robert Bogdański

Robert Bogdański

Publicysta niezależny. Pisał w Do Rzeczy, Tygodniku TVP, Idziemy. W przeszłości szef anglojęzycznego portalu TVP, prezes Polskiej Agencji Prasowej, dziennikarz BBC i Reuters

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank