Iran. Krwawiąca poezja. Dlaczego Zachód milczy, gdy ajatollahowie mordują?

Iran. Krwawiąca poezja. Dlaczego Zachód milczy, gdy ajatollahowie mordują?

blank

Jeszcze niedawno lewicowi aktywiści prześcigali się w deklaracjach, kto jest bardziej propalestyński, kto głośniej potępia Izrael i kto szybciej ustawi się po „właściwej stronie historii”. Ten zapał dziś gdzieś zniknął. Gdy na ulicach Iranu giną protestujący, zapada cisza. Temat przestaje być nośny, a moralna czujność wyraźnie słabnie.

Dzieje się tak dlatego, że tym razem wrogiem nie jest Izrael, lecz antyizraelski reżim ajatollahów. To komplikuje prostą, ideologiczną narrację. Trudno jednocześnie potępiać Zachód, usprawiedliwiać „antyimperialny opór” i przyznać, że jednym z najbardziej brutalnych oprawców własnego społeczeństwa jest system, który od dekad buduje swoją tożsamość na obsesyjnej nienawiści do Izraela. Irańska krew okazuje się mieć inną cenę.

Nie chodzi więc o prawa człowieka. Gdyby naprawdę były stawką, irańskie protesty dominowałyby w debatach, na demonstracjach i w kampaniach medialnych. Tymczasem są niewygodne, bo nie pasują do gotowych haseł i politycznych kalkulacji. Jednak to milczenie ma też głębsze, strategiczne korzenie. Po nieudanych interwencjach w Iraku i Afganistanie Zachód jest sparaliżowany strachem przed kolejną destabilizacją regionu. Istnieją też potężne interesy ekonomiczne — od ropy po rywalizację z Chinami — które każą wielu rządom szukać „realpolitik” porozumienia z Teheranem. To jednak nie tłumaczy milczenia tych, którzy deklarują się jako strażnicy uniwersalnych wartości. Ich wybiórczość jest już czystą, cyniczną hipokryzją.

Rewolucja, której Zachód nie chce zobaczyć

Jak zauważa Simon Sebag Montefiore na łamach „The Times”, Zachód lubi wyobrażać sobie rewolucję na modłę „Nędzników”. Młodzi bohaterowie, barykady, tyran obalony w blasku chwały i pieśni. Rzeczywistość Iranu w 2026 roku bliższa jest placowi Tian’anmen. Zaczyna się od marzenia o wolności, a kończy, gdy czołgi Gwardii Rewolucyjnej i snajperzy Basidż grzebią je w falach terroru.

Warunki do obalenia dyktatury wydają się idealne: wiekowy przywódca, skorumpowany system, załamanie gospodarcze. Jednak reżim nie jest monolitem — to sprawna machina represji, w której frakcje twardogłowych i pragmatyków rywalizują, ale zgadzają się co do jednego: władzy nie oddamy. Ma też zaplecze. Korumpuje część społeczeństwa kontraktami, straszy inwazją, a swoim ideologicznym jądrem zapewnia lojalność kadr. Media pokazują tylko fragment prawdy. Reżim, który doszedł do władzy przez krew setek tysięcy ludzi, nie cofnie się przed niczym i otwarcie zapowiada najwyższy wymiar kary dla protestujących. Za słowami idą czyny. Internet zostaje odcięty, a ulice zamieniają się w pola egzekucji. Według różnych źródeł zginęło od kilkunastu do nawet dwudziestu tysięcy osób.

Przez lata Iran kojarzył mi się wyłącznie z teokracją, fundamentalizmem i zacofaniem. Kiedy dziesięć lat temu Maciej Dudzik namawiał mnie do wyjazdu, niemal go wyśmiałem. Myliłem się całkowicie — Maćku, miałeś rację. Iran okazał się najbardziej gościnnym krajem, jaki poznałem, mimo że wcześniej odwiedziłem niemal sto państw. Spotkałem ludzi życzliwych, serdecznych i autentycznych. Podczas wielu pobytów w tym kraju nie natknąłem się ani na jedną osobę popierającą rządy ajatollahów. Ani jedną. Oczywiście reżim ma swoich beneficjentów i ludzi zastraszonych do posłuszeństwa, ale powszechne wśród zwykłych ludzi pragnienie zmiany jest niezaprzeczalne.

Dwa Irany: państwo represji i naród poezji

Irańczycy to naród poezji i pamięci, dla których Rumi i Hafez wciąż są żywymi przewodnikami. Warto w tym kontekście przywołać analizę Igora Zalewskiego z Kanału Zero (tutaj link – https://www.youtube.com/watch?v=7WGydnkdBVs), który trafnie diagnozuje tamtejszą rzeczywistość m.in. przez pryzmat analogii do PRL-u lat 80. Podobnie jak wtedy w Polsce, w dzisiejszym Iranie ideologia reżimu jest już tylko pustą wydmuszką, w którą nie wierzą nawet sami rządzący, a społeczeństwo łączy jedno pragnienie: normalności i ucieczki z dusznego, izolowanego systemu. Zalewski kreśli obraz „dwóch Iranów” — brutalnej, teokratycznej machiny państwowej oraz niezwykle cywilizowanego, głodnego świata narodu. Jedna z opisanych przez niego historii, związana z Isfahanem i obchodami szyickiej Aszury, której doświadczyliśmy tam wspólnie, mówi o Iranie więcej niż niejedna analiza: tam, gdzie zachodni obserwator spodziewa się religijnego fanatyzmu i agresji, spotyka go bezinteresowna gościnność i wyciągnięta dłoń człowieka, który w cudzoziemcu widzi jedyne okno na wolny świat.

Sytuacja jest dramatycznie złożona, a zapowiedzi Donalda Trumpa o nadchodzącej pomocy ścierają się z analizami USA i Izraela, które rozważają scenariusze od paraliżujących cyberataków po uderzenia w kwatery główne Gwardii Rewolucyjnej. Należy jednak otwarcie przyznać, że bezpośrednia konfrontacja militarna to ostateczność obarczona ryzykiem katastrofy, która mogłaby na lata pogrążyć cały region w krwawym chaosie i wywołać niekontrolowaną reakcję łańcuchową. Zamiast ryzykować globalny konflikt, Zachód posiada jednak narzędzia, by podjąć konkretne działania już dziś — o ile wola polityczna w końcu zrówna się z górnolotnymi deklaracjami o ochronie praw człowieka. Kluczem nie jest zewnętrzna interwencja zbrojna, lecz systemowe wzmocnienie społeczeństwa irańskiego, które od środka kruszy fundamenty teokracji.

Realna pomoc powinna opierać się na masowym dostarczeniu technologii omijającej cenzurę oraz terminali internetu satelitarnego, co pozwoli wyrwać obywateli z informacyjnej izolacji, przy jednoczesnym uruchomieniu funduszy solidarnościowych wspierających strajkujących robotników sektora naftowego. Zamiast sankcji uderzających w całe społeczeństwo konieczne jest precyzyjne uderzenie w „architektów represji” poprzez zamrożenie aktywów i cofnięcie wiz dla konkretnych sędziów, prokuratorów oraz dowódców IRGC, a także ich rodzin korzystających z przywilejów zachodniego życia. Dopełnieniem tej strategii musi być systematyczne oddawanie głosu irańskiej ulicy na forach międzynarodowych oraz stworzenie bezpiecznych ścieżek azylu dla potencjalnych dezerterów z aparatu ucisku, co w sposób bezkrwawy mogłoby doprowadzić do paraliżu lojalności reżimowych struktur.

To może jednak być trudne, bowiem — jak trafnie przypomina brytyjski „The Spectator” — reżim w Teheranie od dekad korzysta z ochronnego parasola zachodnich apologetów. Już w 1979 roku intelektualiści pokroju Michela Foucaulta zachwycali się „islamską rewolucją”, nie dostrzegając nadchodzących szwadronów śmierci. Dziś tę samą rolę odgrywają nie tylko medialni aktywiści, lecz także wpływowe think tanki i akademicy, którzy w imię „krytyki imperializmu” lub „strategicznego partnerstwa” bagatelizują zbrodnie reżimu, nazywając je „wewnętrzną sprawą Iranu”.

Mój przyjaciel Muhammad, u którego kiedyś nocowałem w Teheranie i który od trzech dekad patrzy na ten system z bliska, napisał niedawno słowa, które powinny być przestrogą dla każdego zachodniego obserwatora: „Jeśli powielasz fake newsy sprzyjające reżimowi, będę tu, by przypomnieć ci o twojej fałszywej moralności”. Muhammad z goryczą punktuje hipokryzję: zauważa, że o ile świat chętnie angażuje się w sprawy Palestyny czy politykę USA, o tyle w kwestii Iranu wielu ucieka w wygodny relatywizm. Dla niego sprawa jest czarno-biała: „Radykalny, tyrański reżim masakruje ludzi. Nie możecie mówić, że to ‘skomplikowane’”.

Trudno się z nim nie zgodzić. Wygodna logika, według której wróg mojego wroga jest moim sojusznikiem, sprawia, że krew Irańczyków staje się niewidoczna. To zdrada humanitaryzmu. W przypadku tyranii mordującej własny naród nie ma miejsca na relatywizowanie czy zasłanianie się „złożonym kontekstem”. Taka złożoność to tylko intelektualne alibi dla moralnego tchórzostwa i bezczynności.

Iran nie umiera, ale krwawi. Przetrwał Mongołów i upadki imperiów. Przetrwa również ajatollahów. Ale dziś potrzebuje nie tylko odwagi świata, by nazwać zło po imieniu, lecz także konkretnych, stanowczych działań, które podważą bezkarność oprawców i podadzą rękę społeczeństwu. Potrzebuje, by Zachód odrzucił nie tylko jawnych usprawiedliwiaczy tyranii, ale też wygodną politykę „business as usual”. Nie da się zabić poezji ani pragnienia wolności kulami.

Fot. Autor podczas rozmowy z irańskim żołnierzem

Autor tekstu
Andrzej Pawluszek

Andrzej Pawluszek

Dziennikarz publikujący w Polsce i Holandii, autor bloga na portalu The Times of Israel. Założyciel United Against Defamation – organizacji walczącej z rozmywaniem niemieckiej odpowiedzialności za Holokaust

Wyszukiwarka
Kategorie
Andrzej Pawluszek

Andrzej Pawluszek

Dziennikarz publikujący w Polsce i Holandii, autor bloga na portalu The Times of Israel. Założyciel United Against Defamation – organizacji walczącej z rozmywaniem niemieckiej odpowiedzialności za Holokaust

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank