Opóźnienie wejścia w życie ETS2. Wielki sukces – krzyczy premier wspierany przez ministrów i niektóre media. Czy aby na pewno?
Media informują, że na szczycie Radu UE ds. środowiska (z udziałem ministrów odpowiadających za sprawy środowiska) zawarto kompromis. Odsunięto o rok na 2028 r. wejście w życie systemu ETS2, za to podtrzymano propozycję określenia celu redukcji emisji CO2 w całej UE o 90% do 2040 r. Kompromis. Hm…, naprawdę?
To zacznijmy od kwestii odłożenia w czasie ETS2. Zdaniem niektórych, to sukces. Rzeczywiście, bo przesuwa demolkę portfeli milionów Polaków o rok. Szanowni Rodacy, mamy świetną wiadomość, nie zbankrutujecie w 2027 r., ale rok później. Przypomina się grany przez Janusza Gajosa towarzysz Winnicki z legendarnego serialu „Alternetywy 4” Stanisława Barei, który lubił mówić do żony w kłopotliwych sytuacjach: „Żaba, cieszysz się?” Tak, powodów do radości co niemiara. I tylko cień na ten entuzjazm rzucają spekulacje prasowe (bazujące na przeciekach od polityków), że ten rok, to ze względu na wybory, które w 2027 r. będą się odbywać w kilku ważnych państwach. Czyli w skrócie, przekaz jest taki: co raz więcej obywateli w państwach UE nie akceptuje pomysłów dot. ETS i ETS2, to żeby ich nie denerwować przed wyborami i nie dawać paliwa wyborczego tzw. „populistom”, to trochę odłożymy to w czasie. Innymi słowy, obywatele tego nie chcą, ale my, elity i tak to wprowadzimy, ale rok później, by wyborów nie wygrała Le Pen, Kaczyński z Mentzenem i Braunem i inni straszni „populiści”. Ktoś mógłby powiedzieć, że to oszustwo. Ale to nie oszustwo, to – powtórzę – wielki sukces. Minister klimatu i środowiska, Paulina Hening-Kloska na Konferencji EuroPOWER ogłosiła w czwartek: „Przywożę państwu kompromis klimatyczny, który łączy ambicje z rozsądkiem. (…) Wprowadza kontrole cen dla gospodarstw domowych i biznesów tak, aby nasze gospodarki mogły funkcjonować stabilnie i konkurować globalnie.” Dobrze, że siedziałem czytając te słowa, bo mogłem rozsmakować się w każdym z nich. Tylko mój nastrój mąciło jedno skojarzenie historyczne. Kiedyś, blisko 90 lat temu jeden ważny polityk, wprawdzie Brytyjczyk, no ale Europejczyk, też coś przywiózł. Wysiadając z samolotu, wymachiwał jakimś świstkiem, twierdził, że pokój. Ile czasu zajęła weryfikacja tych naiwnych deklaracji? Wiem, skojarzenie może nazbyt brutalne, ale skoro pani minister sama z egzaltacją używa frazy, że przywiozła coś z zagranicy i to coś to samo dobre, to – proszę wybaczyć – trudno się powstrzymać.
Swoją drogą, to zdaje się, że w Brukseli pani minister nie było, a naszym głównym reprezentantem był wiceminister klimatu i środowiska Krzysztof Bolesta. Dlaczego, skoro to był taki sukces? A może to nie był sukces, pani minister przeczuwała, że tak się skończy i wypchnęła swojego zastępcę by firmował to swoją twarzą?
I druga sprawa: ustalenie celu redukcji emisji CO2 o 90% do 2040 r. Dla porządku przyznajmy, że Polska, też kilka innych państw, było przeciw, ale to było za mało by propozycję zablokować. Nasz delegat, wiceminister Krzysztof Bolesta próbował później łagodzić nastroje. Mogliśmy usłyszeć, że ten cel 90% to nie do końca tak, bo będą mechanizmy dające możliwość zmniejszenia o 5%, może więcej, bo prace nad szczegółami będą jeszcze trwały i realnie to będzie mniej, ale powiedzmy sobie szczerze, co to ma za znaczenie? Przecież ten koncept jest absurdalny i nierealny! Wdrażanie tego to narażanie na śmierć całej gospodarki UE i dramatyczne zubożenie obywateli. I co zmienią jakieś kombinacje, że będzie się kupowało certyfikaty z tytułu zalesiania w Afryce lub gdziekolwiek indziej i w ten sposób pokrywało niedobory w realizacji celu redukcji w Unii, wobec dramatycznych konsekwencji przyjętego planu? Co najwyżej wprowadzimy do obrotu kolejne narzędzia finansowe, które spotęgują wrażenie niejasnych powiązań elit i podejrzanych operacji, w efekcie których, państwa takie jak Polska i ich obywatele będą wspierać międzynarodowe syndykaty finansowe. Bądźmy jednak uczciwi, przynajmniej nadano im ładną nazwę: kredyty węglowe.
Dla porządku przyznajmy, że są w Polsce ludzie uszczęśliwieni decyzjami podjętymi w Brukseli, to środowisko tzw. „zielonych”, z którego wywodzą się wiceminister klimatu i środowiska Urszula Zielińska i poseł Klaudia Jachira (tak, ta Urszula Zielińska i ta Klaudia Jachira). Zieloni obwieścili triumfalnie na platformie X: „Mamy to!” Rzeczywiście, mają to. Jedna z pierwszych wypowiedzi minister Zielińskiej jeszcze z grudnia 2023 r., że Polska wspiera plan redukcji emisji CO2 o 90% została zrealizowana. Swoją drogą, wszystkim wielbicielom purnonsensu polecam ten profil na X, jako obowiązkowy.
I na koniec nachodzi mnie refleksja, czy my mamy jeszcze jakieś realne wspólne interesy z wszystkimi państwami w UE? Albo inaczej, czy te interesy nie są skutecznie demolowane decyzjami innych stolic? Szczególnie tak absurdalnymi? Bo naprawdę nie wiem, co myśleć, jak czytam w Reutersie, że delegacje z Holandii, Hiszpanii i Szwecji wskazywały na konieczność – tak, tak – ratowania planety, czy precyzyjniej ujmując, przeciwdziałania „pogarszającym się warunkom pogodowym”. Ale to nie wszystko, państwa te poważnie podnosiły argument… dogonienia Chin w produkcji zielonych technologii! Już nie wiem, jakich słów można tu użyć, by w adekwatny, ale równocześnie dosadny sposób opisać brak roztropności osób mówiących takie rzeczy. Przecież UE tak goni te Chiny, że one nam co raz szybciej uciekają. I ta ucieczka jest wprost proporcjonalna do kolejnych planów i koncepcji gonienia Chin i wdrażania następnych „skoków technologicznych”. Czy ci ludzie niczego się nie nauczyli? Czy przykłady przemysłu samochodowego, produkcji paneli fotowoltaicznych nie były dość wymowne? Owszem, UE trzyma się jeszcze w segmencie produkcji podzespołów do energetyki wiatrowej, ale jak długo jeszcze? Kłopoty duńskich firm Ørsted i Vestas wskazują, że może już niedługo. A jaki byłby los Siemensa, gdyby nie pomocna dłoń firm zaangażowanych w budowę farm wiatrowych w Polsce? Tak ma wyglądać pogoń za Chinami? A co będzie za rok, gdy przestanie obowiązywać roczne zawieszenie ograniczeń w handlu metalami ziem rzadkich, niezbędnymi do produkcji tych tzw. „zielonych technologii”? Przecież Chiny kontrolują ok. 70, a niektórzy podają, że nawet blisko 90% światowego handlu tymi surowcami. Niech to będzie „tylko” 70%, ale w kolejce do tych surowców stoją inne ważne branże, w tym cały przemysł nowoczesnych technologii. To co, zrezygnujemy ze smartfonów, laptopów, infrastruktury AI, zbrojeń (a przecież musimy się zbroić), by gonić Chiny w wyścigu po „zielone technologie”? UE jest kompletnie nie przygotowana na taką sytuację. I jeszcze te deklaracje, że Unia chce dać przykład całemu światu przed zbliżającym się szczytem ONZ COP30 w Brazylii. Czyli my, UE chcemy zawstydzić cały świat naszą szlachetną walką o ratowanie planety! Przecież to jest w najczystszej formie absurd, starszym osobom znany z czasów upadającego bloku sowieckiego. To jak V Plenum KC PZPR, które ogłaszało w październiku 1987 r. konieczność realizacji drugiego etapu reformy. Gdzie wszystko na około się waliło, a pierwszy etap reformy był sposobem na wzajemne okłamywanie się towarzyszy z KC PZPR.
Komuna na szczęście upadła, ale jaki będzie los UE, szczególnie gdy podobne absurdalne decyzje będą się powtarzały? Mamy doświadczenia przetrwania i radzenia sobie z sowietami, to i wierzę, że w tej – powiedzmy sobie szczerze – trudnej sytuacji sobie poradzimy. Nie wiem tylko czy z Unią czy bez.
