„I co będzie, gdy kiedyś nawet Polska odzyska niepodległość? Wtedy Manix założy swoją księgarnię,
a Misiek drugą w pobliżu”. Tak to widziała Kasia, żona Manixa gdzieś około 87 roku, dwa lata przed
„upadkiem komuny”.
Byliśmy biedni – może nie dosłownie, bo jeść było co, ale każdy wydatek ponad standard trzeba było przemyśleć kilka razy. Pracowaliśmy w spółdzielniach studenckich – Marian równocześnie na etacie w Muzeum Górnictwa w Zabrzu. I robiliśmy kolportaż podziemny. Marian miał swoje dojścia (ja brałem niewielką część od niego), a ja swoje, dużo mniejsze. Potem z czasem połączyliśmy siły i coraz więcej działaliśmy wspólnie.
W 1989 Manix z Kasią mieli już dwoje dzieci, a do kolportażu to się raczej dokładało. Ja byłem na etacie podziemnym w Solidarności Walczącej i dostawałem 30 dolarów – to wystarczało w zupełności na podstawowe wydatki. Marian musiał pojechać do Danii, kopać robaki na przynętę, żeby zarobić na rodzinę.
Końcem sierpnia razem z Dorotą siedzieliśmy na Sobieskiego w Komitecie Obywatelskim, sprzedawaliśmy książki i bibułę, kiedy przyszedł Mx niosąc na na barana córkę. Dzień wcześniej wrócił z Danii. Pogadaliśmy chwilę – dla mnie było jasne, że robimy spółę. Ja miałem towar i miejsce, on chyba włożył jakieś dolary. Zaczęliśmy zupełnie nowy etap.
Właściwie to trudno było działać legalnie, bo książki nadal były bezdebitowe, więc jak odprowadzać podatki od nielegalnej sprzedaży. Na to przyszedł czas po kilku miesiącach. Jeździliśmy do Warszawy „samochodem Michnika”, który był na wyposażeniu kolportażu Gazety Wyborczej, który był oczywiście też w tym samym lokalu. Polonez truck był bez budy, więc wymyślaliśmy różne niekonwencjonalne metody, żeby przykrywać książki tak, żeby nie zmoczył ich deszcz czy śnieg i nie powypadały w drodze.
Pamiętam jak kiedyś, po załadunku, w „skrzynce” u Ziutka – największego i profesjonalnego punktu w Warszawie, Marian spojrzał na nasz towar, którego było kilkaset kilo i powiedział z dumą: „to już jest księgarnia”.
Marian miał rację, bo od początku roku 1990 przenieśliśmy się razem z kolportażem Wyborczej na 3 Maja 31 – tuż obok Placu Wolności w Katowicach, zakładając pierwszą w mieście, prywatną księgarnię „Wolne Słowo”. Kasia racji nie miała, bo założyliśmy ją wspólnie.
Z czasem Staszek, który zajmował się Wyborczą, przestał być zainteresowany tym dziennikiem, dla nas to też była wielka ulga, bo mało identyfikowaliśmy się z treścią, która była w Gazecie. Powoli wchodziliśmy w tytuły wydawnictw legalnych. Postanowiliśmy, że nie sprzedajemy żadnych bzdur komunistycznych, no chyba, że to są pamiętniki. Res publica, Czytelnik, PIW, Znak itp. – wszystko, co dotyczyło historii i polityki. Oczywiście literatura piękna też.
Mieliśmy już swoją spółkę cywilną „Wolne Słowo” i nawet pracownika, naprawdę nieocenionego Marka zwanego Dentystą. Mam wrażenie, że przeczytał wszystkie książki, które się przewinęły przez księgarnię. Też był kolporterem w latach 80 i zaczął z nami współpracę księgarską z marszu pod koniec 89. Satysfakcja z prowadzenia takiej firmy była niewyobrażalna.
Sprzedawaliśmy tysiącami książki, które wcześniej, z zagrożeniem wyrokiem woziliśmy w plecaku. A teraz zarabialiśmy na tym i księgarnia stała się źródłem dochodu kilku rodzin. Przez jakiś czas był z nami również syn Staszka – Wojtek, również człowiek tamtego czasu, chłopak z ogromną wiedzą historyczną, ciężko pobity w latach 80. Z czasem pojawił się Piotrek, niezmordowany kolporter i drukarz, który w latach 80. trasę między Katowicami a Warszawą pokonał blisko tysiąc razy.
Księgarnie powstawały jak grzyby po deszczu, państwowe się prywatyzowały, ale mimo, że my byliśmy na kilkunastu metrach, to tak związaliśmy z sobą ludzi, że nikt nie sprzedawał takich ilości prawicowych czy antykomunistycznych wydawnictw. „Hańba domowa” Trznadla była pierwszym ostrzeżeniem, że coś się zmienia. Zamówiliśmy 5000 egzemplarzy, sprzedaliśmy 1500. Byłem w szoku – książka, której w podziemiu sprzedałbym każdą ilość, teraz „tylko” tyle sztuk.
Wiem, że to brzmi śmiesznie, bo dziś nakłady 1500 na całą Polskę to jest wcale niemało. Trzeba było poszerzać paletę wydawnictw i to się udawało. Wchodziliśmy w albumy malarstwa, słowniki, byliśmy księgarnią reklamowaną przez różne wydawnictwa, przygotowywaliśmy listę najlepszych tytułów dla „Polityki”. Dołączył do nas Grzegorz, oczywiście dawny kolporter, który w ramach restrukturyzacji gónictwa przeobraził się w księgarza.
Z czasem klientów ubywało, a tyle rodzin utrzymać się z małej księgarenki nie mogło. Manix zaczął pracę w biznesie, ja straciłem poczucie misji księgarskiej i trzeba było zmienić formułę. Oddaliśmy księgarnię naszym pracownikom. Grzegorz z Markiem nas spłacili i przejęli cały towar i należności, a my zostaliśmy klientami Wolnego Słowa.
I tak księgarnia prosperowała przez kolejne 25 lat. Zawsze kupowałem w niej prezenty świąteczne, które aniołek przynosił pod choinkę. W tym roku zrobię to po raz ostatni. I zachęcam wszystkich, żeby też tam wydali pieniądze, bo takiej okazji już nigdy nie będzie.
Z ostanim dniem grudnia Wolne Słowo zniknie. Marek od roku już na emeryturze, Grzesiek, który też jest emerytem, chciałby dalej to ciągnąć, ale ciągłe podwyżki, choćby za wywóz śmieci, nie dają szans. Ludzie nie czytają książek w papierze, a władze Katowic nie są zainteresowane, aby poza sieciówkami typu EMPIK istniała chociaż jedna prywatna księgarnia. To zresztą tendencja ogólnopolska, wielka szkoda, ale obecny czas nie jest dobry dla księgarzy.
Wolne Słowo było pierwszą prywatną księgarnią w Katowicach, teraz jest ostatnią. Kupcie proszę, ostatnią książkę, w ostatniej księgarni w Katowicach na 3 Maja 31, w której ostani księgarz nie jest wynajętym pracownikiem, tylko człowiekiem kochającym książki.
