Od wczoraj w Polsce trwa narodowy turniej w obrzucanie się błotem o to, kto kradnie pieniądze z KPO. Jedni krzyczą o jachtach, drudzy o solariach, wszyscy robią groźne miny przed kamerami. Tylko że w tej awanturze gubi się to, co najważniejsze. Ja, po latach zajmowania się KPO, powiem to wprost: wolę, żeby te pieniądze poszły na jachty, niż żeby wróciły na konta europejskie (niemieckiego podatnika). Bo właśnie tam trafią, jeśli dalej będziemy robić to, co robimy teraz. A robimy coś absolutnie szalonego.
Do dyspozycji mamy około 260 miliardów złotych – największy w historii zastrzyk pieniędzy z Unii Europejskiej. W Polsce jest już prawie 90 miliardów złotych z pierwszych transz. I co? I oficjalnie wydaliśmy dotąd zaledwie około 17 procent całej puli. Z części grantowej – tej bezzwrotnej – poszło trochę ponad jedną trzecią. Z części pożyczkowej – dramatyczne 1,7 procent. Reszta leży, kurzy się i czeka, aż ktoś wreszcie ruszy. Tylko że my, zamiast wydawać, robimy z tego polski sport narodowy – ustalamy, która strona to „złodzieje”.
I tu trzeba jasno powiedzieć: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i całe kierownictwo odpowiedzialne za KPO powinni być odwołani nie za jachty, tylko za to, że nie potrafią zorganizować administracji tak, by sprawnie prowadziła konkursy, rozstrzygała je i pilnowała realizacji projektów. To jest ich obowiązek – a zamiast tego mamy chaos, paraliż i oglądanie się na medialne bzdury. Każdy urzędnik, który dziś widzi nagłówki o jachtach, myśli tylko o tym, żeby się nie wychylać. A czas leci.
Tak – udało się przesunąć termin rozliczania inwestycji z KPO. Z sierpnia 2026 roku mamy teraz czas do końca grudnia 2026. To efekt długich negocjacji w Brukseli i maksymalny możliwy luz. Więcej już nie będzie. Jeśli do tego czasu inwestycje nie zostaną zakończone i rozliczone, pieniądze wrócą do unijnego budżetu. A tam już czekają, żeby zostać wchłonięte przez inne potrzeby. Unia nie ma w tym interesie, żebyśmy zdążyli – wręcz przeciwnie, każda złotówka, której nie wykorzystamy, to czysty zysk dla europejskich finansów.
Problem w tym, że w KPO najpierw trzeba zrealizować projekt, a dopiero potem można go rozliczyć. Najpierw musisz zbudować, kupić, zamontować, uruchomić – dopiero wtedy dostajesz refundację. To nie jest zaliczka, którą można odłożyć w sejfie. Większe inwestycje budowlane, skomplikowany sprzęt medyczny czy nowoczesna infrastruktura wymagają miesięcy, a czasem lat. A my jesteśmy w momencie, w którym wiele z tych rzeczy fizycznie nie zdąży powstać.
I właśnie dlatego ta obecna „afera” jest tak groźna. Bo nie chodzi o to, że ktoś kupi jacht – chodzi o to, że przez atmosferę strachu nikt nie kupi rezonansu do szpitala, nikt nie postawi nowego bloku operacyjnego, nikt nie uruchomi farmy fotowoltaicznej. Bo nie zdąży z przetargiem, dostawą i montażem. Efekt? Setki milionów, a może i miliardy złotych, wrócą tam, skąd przyszły.
I wtedy nie zostanie nam nic – poza świadomością, że największą inwestycyjną szansę od dekad przegraliśmy sami, na własne życzenie. A to jest skandal o wiele większy niż jakikolwiek jacht.
