Nie znając przeszłości, trudno jest zrozumieć teraźniejszość. Tak brzmi hasło mojego Stowarzyszenia Pokolenie, które istnieje od 28 lat, a obecnie jest wrogiem publicznym nr 1. A jeżeli nie jeden, to niewątpliwie stara się o koszulkę lidera w zacnym gronie pisowskich firm, stowarzyszeń, fundacji i postaci, które ukradły ponoć 100 miliardów.
Co prawda, to bardzo ciekawe, że tyle kradli(śmy), a statystyki wskazywały, że społeczeństwo jest coraz zamożniejsze i zadowolone. Obecnie nie kradniemy, bo nas odcięli od „dojnej zmiany”, a jakoś w badaniach wyniki dramatycznie się odwróciły. Ale być może jacyś pisowscy sabotażyści robią badania lub dywersanci w rządzie, obawiając się zemsty po zmianie władzy, przynoszą wory ze złotem pod drzwi willi na Żoliborzu.
Ale po drobnym wtręciku wracam do tematu historii i jej wpływu na rzeczywistość. I jakoś tak się składa, że chcąc nie chcąc, jednym trafiają się daty 13 grudnia i 22 lipca, a drugim 1 i 6 sierpnia.
Zawsze patrioci kochali historię i w niej czerpali naukę. Natomiast siły, nawet nierealne, bo realizm miał dużo pozytywów, ale powiedzmy mniej patriotyczne, na ogół te, którym bliżej do innych flag niż do biało-czerwonych, historią się raczej nie interesują. Co ciekawe, żeby nie sięgać do odległej przeszłości, to podczas poprzednich rządów PO mieliśmy na najważniejszych urzędach samych historyków, i to nawet z piękną przeszłością, tylko polityka uczyniła z nich ludzi ahistorycznych. I to w najgorszym wydaniu.
Patriotyzm jest zaściankowy, po co te powstania, i najważniejsze jest tu i teraz. Właśnie to powiedzenie Tuska z pierwszej kadencji spowodowało, że straciłem dla niego szacunek na zawsze. Bo polityk, dla którego liczy się tu i teraz, nie tylko nie szanuje przeszłości, ale też wszystkie działania kieruje na bieżącą sytuację, nie myśląc o przyszłości. Paradoksalnie, tu i teraz oznacza koniec historii, czyli że nic się już nie wydarzy. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że tak myślała większość Europy.
Tu i teraz dla patrioty to jest dzień dzisiejszy. Święto jest po to, żeby uczcić bohaterów, choćby tych przegranych, i wyciągnąć z porażek wnioski na przyszłość. Bo przyszłość będzie i trzeba być durniem, by wierzyć Fukuyamie, że historia się skończyła. Święto jest po to, żeby naładować akumulatory, by z nową siłą walczyć o lepszą przyszłość dla Polski.
Dla każdego patrioty, bez względu na wykształcenie, daty 13 grudnia czy 22 lipca są nieakceptowalne. O pierwszej nawet bardzo młodzi ludzie coś wiedzą, a jeżeli nie, to znaczy, że nie wykonaliśmy swojej pracy dobrze, licząc na szkołę, a nie pamiętając o tym, że jednak młody człowiek musi wynieść z domu jakieś podstawy. O drugiej mogą nie pamiętać — mogła się zatrzeć, jednak nie może być tak, że nie wiedzą o tym politycy.
Co prawda Joński umieścił Powstanie Warszawskie w 1988 roku, a stan wojenny w 1989 r., ale to poseł specjalnej troski. Każda partia ma swoich Jońskich i nie wyciągałbym z tego przypadku jakichś wyraźnych wniosków. Jednak Tusk doskonale te daty zna. I co? Ano nic, wcale nie chodzi o to, że akurat te daty są dla niego ważne i specjalnie takie wybiera. Po prostu to „tu i teraz” jest ważniejsze. Bo to nie jest ten Tusk, który mówił o tym, że „polskość to nienormalność”, za co do dziś jest wciąż atakowany.
Jednak on w kolejnych zdaniach wyjaśniał, że on tę nienormalność wybiera. Pisał o Bogu, Honorze i Ojczyźnie. I tak naprawdę całość jest pięknym wyznaniem miłości do Polski. Tylko że teraz to nie ten Tusk powołujący się na wieszczów, Bobkowskiego, traktujący z dystansem Gombrowicza. To cyniczny gracz, który zarzuca prawicy to, co sam wyznawał w 1987 roku, kiedy w ankiecie dla „Znaku” napisał słowa o polskości. To zdrajca tej polskości, którą wtedy opisywał, to doktor Jekyll i Mr. Hyde, który boi się, żeby nikt mu gęby polskości nie przyprawił.
Mówili, żeśmy stumanieni,
Nie wierząc nam, że chcieć to móc,
Laliśmy krew osamotnieni,
A z nami był nasz drogi Wódz
111 lat temu grupa stu kilkudziesięciu romantyków, szaleńców miłości do nieistniejącej, od ponad stu lat Polski, wyruszyła z Oleandrów i 6 sierpnia przekroczyła granicę Królewstwa Polskiego. Nie spotkali się ze zbytnią przychylnością. Przykładem są słynne okiennice, które zamykały się, kiedy szli traktem; również w dworku Sienkiewicza. Oni wierzyli, że to się może udać, ale była ich garstka. Ci, którym chcieli nieść wolność, w nią nie wierzyli. Jednak udało się, pewnie były dziesiątki zbiegów okoliczności, ale była też jakaś myśl. To była myśl Józefa Piłsudskiego. Uczestnika akcji ekspropriacyjnej w Bezdanach, ściganego przez Rosję. Prawdopodobnie agenta dwóch, a być może trzech wywiadów, żyjącego bez ślubu z towarzyszką walki, człowieka, który opuścił żonę. Uwielbianego przez żołnierzy, znienawidzonego przez przeciwników politycznych. Wizjonera, dla którego Polska była dobrem najwyższym, który sam sobie przyznał w przyszłości prawo do oceniania, kto jest dobrym patriotą, a kto nie i kogo można nawet skrytobójczo usunąć. Piłsudski wymyka się schematom i ma do dziś gorących wielbicieli i wrogów, jednak w panteonie Ojców Niepodległości zajmuje pierwsze miejsce.
111 lat po tym wydarzeniu odbędzie się zaprzysiężenie Karola Nawrockiego na Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.Jestem daleki od twierdzenia, że Nawrocki to nowy Piłsudski, ale skojarzenia są mocne. Alfons, złodziej dla jednych, mąż opatrznościowy dla drugich. Wtedy Piłsudski zaczął powolny i bardzo trudny marsz ku Niepodległości, obecnie Nawrocki, jak dziesięć lat temu Duda, toruje drogę do zwycięstwa nad lewacko-liberalnym rządem szkodników. My cieszymy się, oni nie rozumieją, jak to możliwe, że ktoś taki mógł wygrać z ich Rafałkiem. I nawet nie rozumieją, albo udają, że nie rozumieją, że to już jest koniec i tylko cud (gospodarczy) może tę władzę uratować. My mamy swoje daty, a wśród nich 6 sierpnia, oni swoje 13 grudnia, 22 lipca. Czyż to nie symptomatyczne? I jeszcze na dodatek dzisiaj Święto Przemienienia Pańskiego. Czy to są wszystko przypadki? Powodzenia, Panie Prezydencie!! Niedługo kolejna nasza rocznica — 15 sierpnia. Bij bolszewika!! Precz z komuną!! Oj, dobitnie, dobitnie.
