Polska ochrona zdrowia stoi na skraju finansowej zapaści – i to już nie jest publicystyczna przesada, ale diagnoza formułowana wprost przez uczestników rozmów z rządem. Z jednej strony brakuje miliardów na świadczenia, z drugiej – lekką ręką rezygnuje się z istotnych wpływów budżetowych i narzędzi redukcji szkód zdrowotnych.
Ostatnie posiedzenia Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia były podręcznikowym przykładem kryzysu komunikacyjnego państwo–medycy. Z jednej strony mamy dramatycznie zadłużone szpitale, dramatyczne braki kadrowe i placówki działające w trybie „emergency”, jak szpital w Ostrołęce, który od 1 grudnia ograniczył się de facto do ratowania życia i pilnych hospitalizacji. Z drugiej – rząd, który mówi o zmianach, ale nie pokazuje realnych rozwiązań.
Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka zapowiedziała przesunięcie waloryzacji płac minimalnych w ochronie zdrowia z lipca na styczeń – ale dopiero od 2027 roku. W praktyce oznacza to półroczne „zamrożenie” podwyżek w okresie przejściowym. Równocześnie przedstawiciele związków zawodowych i pracodawców jasno mówią: konkretów brak, nie ma pisemnych propozycji, nie ma projektów ustaw.
Poprzednie posiedzenie zakończyło się skandalicznie – strona związkowa wyszła ze spotkania po tym, jak okazało się, że nikt z Ministerstwa Finansów się nie pojawi. To nie jest detal proceduralny. To właśnie resort finansów odpowiada za założenia makroekonomiczne, które doprowadziły do sytuacji, w której – jak podkreśla Wojciech Wiśniewski z Federacji Przedsiębiorców Polskich – Narodowy Fundusz Zdrowia ma prawdopodobnie po raz pierwszy w historii niewykonanie przychodów składkowych. Innymi słowy: prognozy MF się nie sprawdziły, a za dziurę w finansowaniu systemu płacą pacjenci.
Pracodawcy i związki mówią jednym głosem: bez obecności Ministerstwa Finansów dalsze rozmowy nie mają sensu. To tam zapadają realne decyzje, które przesądzają o tym, czy będzie za co płacić za dyżury, kontrakty lekarskie i podwyżki płac minimalnych.
„Zapaść jest nieunikniona” – i nikt już z tym nie dyskutuje
Najmocniejsza diagnoza padła ze strony eksperta reprezentującego pracodawców: „Już nikt nie dyskutuje z tym, o czym alarmujemy od dwóch lat, czyli że zapaść finansowa systemu ochrony zdrowia jest nieunikniona”. To stwierdzenie wyznacza nowy etap debaty: dyskusja nie dotyczy już tego, czy system się załamie, ale kiedy i w jakiej skali.
Jednocześnie nawet najbardziej techniczne propozycje, które mogłyby poprawić sytuację, grzęzną w miejscu. Pracodawcy postulują np. umożliwienie Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji mierzenia wynagrodzeń kontraktowych do poziomu PWZ (czyli przyporządkowania kontraktu do konkretnej osoby). Bez twardych danych nie da się racjonalnie kształtować taryf i stawek. Tu również słyszymy zapowiedzi kontynuowania rozmów – ale na razie niewiele z tego wynika.
Zapaść nie jest więc nagłym załamaniem, lecz procesem: brak kadr, rosnące zadłużenie szpitali, niedoszacowane wyceny świadczeń, niedotrzymane prognozy wpływów do NFZ, przeciągające się kolejki, a w tle – spór o to, kto weźmie polityczną odpowiedzialność za odważne decyzje.
Zdrowotna wojna plemienna
Na tym tle szczególnie uderzający jest kontrast między dramatyczną sytuacją finansową systemu a politycznymi priorytetami władzy. Z jednej strony mówi się o konieczności „oszczędzania”, przesuwania waloryzacji i cięciach, z drugiej – państwo dobrowolnie rezygnuje z ok. 1 mld zł wpływów z tytułu opodatkowania saszetek nikotynowych.
To nie jest produkt z marginesu. W wielu krajach saszetki nikotynowe są traktowane jako element polityki redukcji szkód wśród palaczy. Czyli: gdzie indziej traktuje się je jako narzędzie zmniejszania kosztów zdrowotnych palenia, u nas – jako wygodnego politycznego wroga. Decyzja o wyrzuceniu z budżetu miliarda złotych z akcyzy i podatków od saszetek zapada w momencie, gdy Ministerstwo Zdrowia „wyprowadza” 10 mld zł z budżetu NFZ, a kolejne szpitale ograniczają świadczenia do ratowania życia. To już nie jest tylko kwestia spójności polityki zdrowotnej – to pytanie o elementarną racjonalność fiskalną państwa.
Dlaczego akurat saszetki? Coraz częściej pada tu nie tyle odpowiedź medyczna, co polityczna. Saszetki nikotynowe kojarzone są z prezydentem Karolem Nawrockim. W ten sposób polityka zdrowotna staje się przedłużeniem wojny plemiennej, a nie efektem chłodnej analizy dowodów naukowych i doświadczeń innych państw.
Systemowi potrzeba planu
Zamiast rozmowy o tym, jak zbudować realistyczny plan wyjścia z zapaści NFZ, jak zatrzymać lekarzy i pielęgniarki, jak skoordynować politykę płacową z demografią i epidemiologią – opinia publiczna dostaje nieustanne, coraz mniej wiarygodne zapewnienia, że “żaden pacjent nie zostanie pozostawiony bez opieki”.
Układając te wątki razem, widać wyraźny obraz:
- system ochrony zdrowia: wszyscy przy stole – rząd, pracodawcy, eksperci – przyznają, że bez głębokich zmian finansowych i organizacyjnych czeka nas nieunikniona zapaść,
- dialog społeczny: zamiast realnych uzgodnień – brak pisemnych propozycji, nieobecność kluczowego resortu finansów, odchodząca od stołu strona związkowa,
- polityka fiskalna: państwo tnie i przesuwa wydatki na zdrowie, jednocześnie rezygnując z miliardowych wpływów z saszetek nikotynowych,
- polityka zdrowotna: zamiast korzystać z narzędzi redukcji szkód sprawdzonych w innych krajach, Polska idzie wbrew europejskim trendom i rekomendacjom.
Jeśli ten kurs się nie zmieni, pytanie nie brzmi już „czy dojdzie do zapaści w ochronie zdrowia?”, ale „ile jeszcze zasobów – finansowych, kadrowych i zaufania społecznego – zdążymy po drodze stracić na zastępcze wojny polityczne”. Systemowi potrzeba spójnej koncepcji, odwagi w nazywaniu priorytetów i uczciwej debaty o kosztach.
