Gdyby któryś z dawnych przyjaciół premiera, chciał napisać do niego list, pewnie wyglądałby tak:
Donaldzie, dawny druhu
Dlaczego te proste sztuczki przestały działać? Jeszcze niedawno wystarczyło trochę się wyzłośliwić, nadąć usta, rzucić kąśliwą uwagę, którą usłużni klakierzy z mediów spijali z ust. Nawet Twoje ordynarne i prymitywne kłamstwo brali za objawioną prawdę oraz szczyt elegancji. Dzięki temu mogłeś drwić z opozycji, nie kłaniać się prawdzie, a polityczną rzeczywistość modelować niczym plastelinę.
To wszystko się jednak skończyło. Nawet takiego cwaniaka jak Ciebie dopadł realny świat, w którym trzeba liczyć pieniądze, bo na wszystko nie wystarcza. Czas zacząć rządzić, choć wiadomo, że to zawsze było dla Ciebie wyjątkowo uciążliwe, a i umiejętności nigdy nie miałeś zbyt wielkich. Nie wspominając już o braku najmniejszej ochoty. Przyjdzie Ci podejmować decyzje, od których tak długo udawało się uciekać.
Żeby chociaż coś pozostało z umiejętności uwodzenia. Na nikim już jednak wrażenia nie robią Twoje bon moty oraz rzucone niby mimochodem żarty. Co gorsza nawet nie wiadomo dlaczego przestały śmieszyć. Czy to dowcip się stępił, czy czasy nie są szczególnie śmieszne czy może stałeś się bardziej postacią tragiczną niż zabawną. W każdym razie czar już dawno prysł i niewielu jeszcze w ogóle pamięta tę łatwość owijania wokół palca mediów, politycznych wrogów i przyjaciół.
Do tego jeszcze ta samotność. Dawnych kompanów zmieniłeś we wrogów, bo taka była logika partyjnej walki. Uznałeś, że trzeba było ich poniewierać, marginalizować i poniżać, bo przywódca mógł być tylko jeden. Wykruszali się jeden po drugim, a zastępowali ich coraz głupsi i bardziej mierni. Wreszcie okazało się, że nie masz się nawet z kim wina napić i cygara wypalić. Wokół zostali klakierzy, idioci, złodzieje i miernoty. Ta świadomość dotarła do Ciebie dopiero wówczas, gdy udało się wykosić wszystkich realnych i potencjalnych konkurentów.
Gdyby chociaż jedna z tych miernot umiała wygrać wybory prezydenckie. Ale nie. To było dla nich za dużo. Kandydat i jego sztab nie potrafili bez kalkulatora zliczyć do dziesięciu i stało się najgorsze. Do Pałacu wprowadził wróg – młody, silny, pełen wigoru i ochoty do walki. Takiej realnej. Nie na bon moty i miny, ale na prawdziwe rządzenie.
Szybko pojąłeś, że to człowiek z innej gliny niż to leszcze, które kręcą się wokół rządu. To wojownik pozbawiony tego lewicowo-liberalnego luzu. Traktujący rzeczywistość dosłownie. Mężczyzna, który nie boi się gróźb i niewiele robiący sobie z podsycanej nienawiści. Chcący naprawdę zmienić rzeczywistość i gotowy do konfrontacji nawet z Unią Europejską. No i w ogóle się Ciebie nie boi, do czego nie przywykłeś.
Nawet wytrawny polityk, stary wyjadacz, doświadczony kocur jak Ty musiał zrozumieć, że życie nie będzie już takie jak wcześniej. Nie dlatego, że ten nieopierzony nowicjusz nie wpada w zastawione pułapki. On nawet nie czuje respektu, nie okazuje szacunku, nie uznaje wielkości rywala, któremu wszyscy dworzanie szepczą, jaki jest wspaniały i przenikliwy.
Uznał, że można czuć się wolnym i suwerennym. Kpić i śmiać się z lobbystów, ignorować niemieckie naciski. Pragnie rządzić w interesie narodu, którym tak bardzo zawsze pogardzałeś.
Wiem, jak się musisz czuć, jak to wszystko dziś musi boleć. Stanąłeś przecież przed wyzwaniami, które Cię przerastają. No i wiesz, że już nikt Ci nie pomoże.
