W młodości robiłem dachy. Jako robotnik niewykwalifikowany, potem już trochę wykwalifikowany. Ciężka praca. Bardzo ciężka. Osiem, czasami dziesięć godzin na dachu, na wysokościach.
Trzeba umiejÄ™tnie pochylać ciaÅ‚o, żeby dostosować siÄ™ stromizny, trzeba – przy napiÄ™tej uwadze, bo o wypadek nietrudno, a nie bÄ™dziesz przecież pracować caÅ‚y dzieÅ„ z asekuracyjnymi linami – przenosić belki, deski, mierzyć, zaznaczać, wbijać gwoździe, wyciÄ…gać gwoździe, obsÅ‚ugiwać niezbyt bezpieczny pneumatyczny pistolet do gwoździ, zrzucać dachówki, wnosić dachówki, ukÅ‚adać dachówki et cetera. DzieÅ„ po dniu, tydzieÅ„ po tygodniu, miesiÄ…c po miesiÄ…cu. Od rana do zmierzchu, bo każdemu zależy przecież na czasie. Wszystko to przy palÄ…cym sÅ‚oÅ„cu, przy padajÄ…cym deszczu przy wiejÄ…cym wÅ›ciekle wietrze, przy którym kostniejÄ… dÅ‚onie. Drżące, omdlewajÄ…ce mięśnie, dajÄ…ce o sobie znać stawy, poranione dÅ‚onie i niebezpieczna wysokość. Mozół, monotonia.Â
Po pracy chodziliśmy na krótko do knajpki, czasem małe piwo, czasem kola, jakieś frytki, coś lekkiego do jedzenia, bo w domu czeka posiłek. Grupa ludzi budująca dach. Śmiejąca się, poklepująca po plecach. Kilka żartów, toastów, ludzie niespecjalnie gadatliwi, po prostu pracowici, świadomi wspólnego celu, własnej wynikającej z pracy wartości i podziału zadań. Pożegnanie, widzimy się rano.
I to niedające się z niczym porównać uczucie spokojnego, trwałego szczęścia po każdym dniu skończonej pracy. Po każdym dniu dawka szczęścia. Prawdziwego szczęścia po trudzie i znoju. Szczęścia wynikającego z sensowności naszych działań. Sensem był dach. Budowany każdego dnia. Rosnący na naszych oczach. Widzieliśmy, jak powstaje, każdego dnia po trochu, po kawałeczku. Każdego dnia bliżej upragnionego końca. Sensem był dach, dom dla ludzi. Bardzo zmęczeni, bardzo szczęśliwi. Dach. Z potu i dłoni. Trud. Sens. Szczęście.
Mieliśmy szefa. Jednego szefa, który przyjeżdżał z planami, tłumaczył, wydawał precyzyjne polecenia, nie był specjalnie gadatliwy. Czasami pracował z nami jako jeden z nas, w zwykłych robotniczych ubraniach. Najczęściej wtedy, kiedy do zrobienia był jakiś trudny element. Pewnego dnia przez nieuwagę upuściłem i rozbiłem rzadką, drogą, specjalną dachówkę, która miała swoje miejsce przy kominie. Popatrzył na mnie przez chwilę i nic nie powiedział. Nie wiem, czy miał w oczach zawód, ale nie było w nich złości. Pracował dalej. Zszedł z dachu, przywiózł taką samą specjalną dachówkę, wniósł na dach i podał mi, żebym położył ją tam, gdzie było jej miejsce. Położyłem.
Kiedy spytasz dziecko, jaki jest idealny tata, czy nauczyciel prawdopodobnie usłyszysz, że taki, który pozwala jeść dużo słodyczy, siedzieć przed komputerem czy przed telefonem i takie tam.
Kiedy zapytasz dorosłego, jaki jest idealny szef, lider raczej mniej usłyszysz o słodyczach. Pewnie więcej o rozwoju.
Kiedy ktoś zadaje pytanie, jaki powinien być papież oczywiście zdaję sobie sprawę z niestosowności pytania i jego dziecinnej formy, bo mądrość Kościoła, Duch Święty i ciągłość przy różnych doświadczeniach.
A może po latach rozdawania cukierków nie zaszkodziłoby, gdyby nowy papież miał dla nas w rękach i sercu plany dachów? Może umie je robić? Może dachy to nie winnice, ale wiem skąd się bierze szczęście.
O dachach i papieżu SÅ‚awomir JastrzÄ™bowski pisze wiÄ™cej także w „Gazecie Polskiej Codziennie”
