Krytykowanie Stanów Zjednoczonych jest ostatnio u nas w dobrym tonie. Trzeba przyznać, że solidnie sobie na tę krytykę zapracowały. Nie byłoby tylko dobrze, gdyby zamieniła się ona w antyamerykanizm. Szkody wynikłe z tej ewolucji nie poniosłaby Ameryka, tylko Polska. Bo Ameryka, przy wszystkich swoich wadach i błędach, pozostaje dla nas jedynym realnym sojusznikiem i niedobrze byłoby, gdybyśmy w ferworze budowania swojej potęgi o tym zapomnieli.
Rejestr amerykańskich błędów wobec nas jest długi. Ot, choćby arogancja amerykańskich ambasadorów, która budziła w polskiej klasie politycznej bezsilną złość od dawna i to niezależnie od tego, czy w Białym Domu rezydował aktualnie Republikanin, Demokrata, czy Donald Trump. Ten ostatni przysłał do nas kolorową bizneswoman z Florydy, która zasłynęła swoją, jakby tu rzec, bezpośredniością.
Z kolei Joe Biden przysłał człowieka o słynnym nazwisku, który nawet nie usiłował kryć swojego politycznego zaangażowania po jednej ze stron politycznego sporu i tylko tym się zapisał w pamięci. Pewną nadzieję budzi obecnie akredytowany ambasador, który dobrze się zasłużył obroną dobrego imienia Polaków przed niesprawiedliwymi atakami środowisk żydowskich, choć sam jest Żydem, co szczerze manifestuje. Wyraźnie jednak jest on z tych Żydów, którzy dobrze potrafią rozpoznać prawdziwych wrogów. Ponadto ambasadorowie mieli od każdego prezydenta przykazane, aby pilnowali interesu gospodarczego ich kraju i tu byli bezwzględni. Ten zapewne też będzie.
Została Bruksela
Demokraci, zwłaszcza za Bidena, którego administracja była opanowana przez skrajnie zideologizowanych liberałów, chcieli nas przerobić na ludzi postępu, którzy będą czcili LGBT+ i ratowali za wszelką cenę Planetę nie szczędząc przy tym kosztów. To się na szczęście zmieniło, gdy Trump polikwidował departamenty DEI, rozpędził na cztery wiatry agencję, która pod pozorem pomocy międzynarodowej rozpowszechniała w świecie lewicową ideologię, oraz radykalnie odszedł od klimatyzmu.
Dzięki tej zmianie mamy teraz naprzeciwko siebie tylko Brukselę, która nam każe legalizować tzw. małżeństwa jednopłciowe i wydawać ciężkie pieniądze na technologie, które mają szansę obniżyć temperaturę na Ziemi aż o jedną tysięczną stopnia, dzięki czemu Chińczycy i Hindusi mogą spokojnie postawić kilka nowych elektrowni na węgiel i bilans się zgadza. Brukseli jakoś mamy szansę dać radę, ale gdyby obok niej stał także Waszyngton, to bylibyśmy bez szans.
Oba rodzaje administracji są też silnie przywiązane do tego, aby w Ameryce kupować broń i aby płacić za nią słono, choć trzeba przyznać, że trumpiści są do tego przywiązani bardziej, jako ludzie nie ukrywający transakcyjnego charakteru stosunków międzynarodowych.
Ukraina. Problemy i z Trumpem i z Bidenem
Niezbyt dobrze wygląda stosunek Demokratów, Republikanów i trumpistów do wojny na Ukrainie i Rosji. Za czasów Bidena Ameryka była wrażliwa na rosyjskie groźby nuklearne i wydzielała pomoc stopniowo, aby nie przekroczyć rozmaitych “czerwonych linii”, które po tym, jak już je przekroczono okazywały się nieistotne. Jednocześnie ze strony Waszyngtonu płynął potok krzepiącej wymowy, który w języku angielskim nosi bardzo celną nazwę “lip service”, co można w wolnym tłumaczeniu przełożyć jako czczą gadaninę. Co nie zmieniało faktu, że Ukraińcy się cofali, a Rosjanie szli naprzód.
Za Trumpa sytuacja zmieniła się radykalnie: Rosjanie idą naprzód, Ukraińcy się cofają, a prezydent zrezygnował z pokrzepiania kogokolwiek, tylko wysłał do Moskwy ludzi od biznesu przekonany, że uda mu się Rosjan przekupić i wyrwać w ten sposób z orbity Chin. Jest to skrajnie naiwne, ale doświadczenie pokazuje, że najbardziej naiwni są dobrze sytuowani mężczyźni przekonani o swojej wielkości. Samotne dziewczynki zagubione w lesie są wobec nich wzorem rozsądku.
Gdyby się okazało, że Trump rzeczywiście zawrze z Putinem taki deal, jak to z grubsza zarysowane zostało w słynnych 28 punktach Uszakowa i Wittkoffa, to popełniłby podobny błąd, jaki popełniła administracja Clintona, gdy ćwierć wieku temu wpuściła Chiny do Międzynarodowej Organizacji Handlu, hodując sobie egzystencjalnego wroga. Wtedy Amerykanom się wydawało, że Chińczycy już zawsze będą takimi skromnymi i sympatycznymi gośćmi, którzy ciężko pracują i tanio produkują, a w dodatku na pewno jak zobaczą zachodnią demokrację to zaraz coś podobnego zaprowadzą u siebie i ten upragniony koniec historii i roztopienie się świata w liberalizmie wreszcie nadejdzie.
Miejmy nadzieję, że Trump nie żywi podobnych złudzeń wobec Rosji, a po prostu jego ludzie chcą sobie trochę zarobić. Zawsze lepiej jest, gdy błędnymi działaniami kieruje niska chęć zysku niż szczytny idealizm, bo ta pierwsza weryfikuje się szybciej, a idealizm jest nieweryfikowalny. W każdym razie im prędzej Trump i jego otoczenie zorientuje się, że próbując rozbić tandem chińsko-rosyjski tylko go wzmocni, bo da Rosjanom możliwość powrotu do prowadzenia normalnego biznesu, tym lepiej. A po okresie przeznaczonym na wzmocnienie tandem znowu zaatakuje, być może przy pomocy Korei Północnej, którą teraz skrzętnie wzmacnia jako kieszonkowe mocarstwo nuklearne.
Krytykować, nie krytykować
No dobrze, powie ktoś, ale dlaczego pod tytułem nawołującym do tego, aby nie popadać w antyamerykanizm znajduje się tyle tekstu tak mocno krytykującego Amerykę? Moja odpowiedź będzie prosta: aby pokazać, jak żyzną pożywkę ma tytułowa pokusa antyamerykanizmu. A jest ona jeszcze żyźniejsza, bo dopiero napocząłem temat. Więc jeżeli zdecydujemy się popaść w antyamerykanizm, to będziemy mieli multum znakomitych uzasadnień.
Ale jest jeszcze i druga odpowiedź, przybliżająca nas do decyzji, by jednak w antyamerykanizm nie popadać. Otóż Ameryka jest do krytyki przyzwyczajona. To nie jest święta krowa, a swobodna debata leży u podstaw tamtejszej kultury politycznej. Usiłowano od niej odejść w czasach DEI i BLM (już niedługo to będą skróty o charakterze wyłącznie historycznym), ale się nie udało. Gdyby trumpiści chcieli zrobić coś podobnego, ale z przeciwnym znakiem, to też im się nie uda. Ameryka była, jest i będzie ostoją wolności słowa. Nie można tego powiedzieć o Europie, nie wspominając o Rosji i Chinach.
Więc uznawanie prymatu Ameryki i tego, że jest potencjalnie jedynym naszym długoterminowym sojusznikiem, nie oznacza, że należy w każdym calu akceptować jej poczynania. Przeciwnie: trzeba tłumaczyć Amerykanom, że robią błędy i gdzie je robią. Wielkim zaniedbaniem zarówno rządów PiS, jak i obecnej koalicji jest to, że nie została stworzona żadna poważna instytucja analityczna, która mogłaby uczestniczyć w amerykańskiej debacie i promować nasz punkt widzenia. Przy czym nie mam tu na myśli ciągłego powtarzania, że my “first to fight”, bo to akurat sytuuje nas w kategorii użytecznych idiotów. Chodzi o pokazywanie świata z naszej perspektywy. Warto to robić, bo Ameryka jest krajem, w którym liczą się argumenty, tylko trzeba tych argumentów dostarczać na czas i w strawnej formie. Oczywiście Ameryka ma swoje cele i niekoniecznie zawsze musi chętnie odpowiedzieć na nasze sugestie. Tylko jeżeli tych sugestii nie będzie, to nie odpowie na pewno.
Sojusz przez duże S
Co zatem powinniśmy zrobić, jeżeli Ameryka jednak zawarłaby takie dziwaczne porozumienie z Rosją i oddała część Ukrainy na pożarcie Putinowi? Na pewno się nie obrażać i nie przyłączać do chóru oburzonych Europejczyków. Zbroić się, wydawać pieniądze na armię, także w Ameryce, jeżeli to ma militarny sens i spokojnie argumentować. Żadna błędna polityka w tak mocno demokratycznym kraju, na dłuższą metę nie zniesie trafnych kontrargumentów. Na pewno jednak nie ustawiać się w pozycji Ameryce wrogiej, bo to jest zwyczajnie nieopłacalne. Dużo lepiej głośno powiedzieć, że nasz sojusznik robi błąd, ale wesprzemy go licząc na korektę w przyszłości.
Oczywiście nie oznacza to, że nie powinniśmy wzmacniać sojuszy regionalnych, zwłaszcza łączących nas z krajami nadbałtyckimi, czy dbać o relacje w NATO. Natomiast musimy pamiętać, że nie zastąpią nam one tego jednego największego sojuszu przez duże S. No i nie powinniśmy ulegać złudzeniu, że podczepienie się pod politykę europejskich “wielkich” nam cokolwiek da. Choćby mówili najpiękniej, jak Francuzi. W ostatecznym rachunku może się okazać, że kalkulacja zysków i strat każe im wstrzymać się z pomocą militarną w chwili próby. Takie są polityczne realia, bo artykuł 5 nie oznacza automatycznego przystąpienia do wojny. A kraje europejskie będą bardziej wrażliwe na szantaż atomowy, którego Rosja w przyszłym konflikcie z pewnością użyje. Ich możliwości symetrycznej odpowiedzi są bowiem ograniczone.
Mówiąc brutalnie: wymiana atomowych ciosów między Rosją a Francją będzie dla tej drugiej całkowicie dewastująca, natomiast dla tej pierwszej tylko bolesna. Natomiast wymiana atomowych ciosów ze Stanami Zjednoczonymi będzie oznaczać zagładę. Dlatego Rosja będzie mogła się łatwiej zdecydować na konflikt z Europą, o czym zresztą ostatnio mówił Putin, niż na konflikt z Ameryką. I dlatego to Ameryka, mimo wszystkich swoich błędów i nierozważnych posunięć, powinna pozostać naszym najważniejszym sojusznikiem o stosunki, z którym powinniśmy starannie dbać. Antyamerykanizm w Polsce jest śmiertelnym błędem.
Fot. Marek Borawski/KPRP
