Marginalizacja na własne życzenie – tak w skrócie można określić brak przedstawiciela Polski na szczycie w Londynie, na którym omawiana będzie przyszłość Ukrainy. Wygląda na to, że nasz kraj na stałe został wyeliminowany z tych rozmów.
Rola Polski w utrzymaniu Ukrainy przy życiu od pierwszych dni wojny do dzisiaj jest na tyle poważna, że w naturalny sposób powinniśmy uczestniczyć w rozmowach na temat bezpieczeństwa w regionie. Nie tylko pokazaliśmy, że sprostaliśmy ogromnym wyzwaniom – w przeciwieństwie na przykład do Niemiec – ale w sposób oczywisty staliśmy się kluczowym krajem do zapewniania pokoju w Europie. Nie pierwszy raz zresztą.
Wyłączenie Polski z rozmów o przyszłości bezpieczeństwa na kontynencie, a tym w rzeczywistości jest kształt przyszłego pokoju na Ukrainie, oznacza marginalizację naszego kraju i przesunięcie geostrategicznego środka ciężkości na Zachód. Polska z kraju granicznego znów staje się strefą zgniotu między mocarstwami.
Dzieje się to niestety w dużej mierze na nasze własne życzenie, a właściwie jest efektem katastrofalnej polityki naszego rządu wobec USA, Niemiec, Francji i Ukrainy.
Żaden z członków rządu Donalda Tuska nie cieszy się zaufaniem administracji amerykańskiej. Ekipa ta jest raczej postrzegana – i niestety słusznie – jako zwolennicy ograniczenia roli USA w Europie, co jest celem polityki Niemiec i Francji. Z punktu widzenia Waszyngtonu nie ma więc sensu rozszerzać formatu rozmów o Polskę, skoro jej stanowisko jest jedynie przedłużeniem polityki głównych graczy UE.
Politycy Niemiec i Francji wiele razy ostentacyjnie poniżali publicznie Donalda Tuska. To lekceważenie skutkuje niestety słabą pozycją negocjacyjną szefa polskiego rządu, którego nikt w Europie nie traktuje już podmiotowo. Po co więc zapraszać go do rozmów, skoro – jak przyznał kanclerz Friedrich Merz – można po prostu Tuska poinformować o wynikach negocjacji.
Wszyscy doskonale dostrzegają konflikt na szczytach władzy w Polsce. Jeśli prezydent i premier prezentują odmienne koncepcje polityczne – także wobec Ukrainy, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych – to nie ma pewności, która koncepcja w naszym kraju zwycięży. Szczególnie że obóz rządowy jest w stanie poświęcić pozycję Polski na arenie międzynarodowej w imię walki wewnętrznej – tak było na przykład podczas polskiej prezydencji.
Polska nie wypracowała także jasnego stanowiska wobec Ukrainy. Nie stworzyliśmy mechanizmu inwestowania w tym kraju i uczestniczenia w jego odbudowie. Zdajemy się liczyć na łaskę Niemców, Amerykanów i samych Ukraińców, którzy po wojnie docenią nasz wkład w wojnę i dopuszczą nas do intratnych kontraktów. Ten romantyzm jest oznaką skrajnej słabości, a więc powodem do pomijania nas przy ważnych negocjacjach.
Polska nie potrafi na razie przedstawić także żadnego spójnego stanowiska wobec zmiany doktryny bezpieczeństwa przedstawionej przez administrację Donalda Trumpa. Dla naszego kraju może to być szansa na wzmocnienie podmiotowości w regionie i uzyskanie kluczowej roli geostrategicznej. Tyle tylko, że obecnemu rządowi tego rodzaju myślenie jest zupełnie obce. Jego celem jest raczej bliższe powiązanie Polski z Niemcami, jako podmiotu zależnego, w pewien sposób satelickiego.
Ten uległy wobec Niemiec i całej Unii Europejskiej model polityki oznacza rezygnację z własnych ambicji, które akurat teraz należy najmocniej artykułować. Bez ich jasnego przedstawienia samy spychamy się na margines i udowadniamy, że nie warto z nami rozmawiać o przyszłości Ukrainy.
Mariusz Staniszewski
