Jedyną ustawą, w przypadku której prezydent nie może skorzystać z konstytucyjnego prawa weta, jest ustawa budżetowa. Nie ma cienia wątpliwości, że Karol Nawrocki, gdyby takim prawem dysponował, odesłałby niedawno uchwalony budżet państwa z powrotem do rozpatrzenia przez Sejm. Zwłaszcza, że na ostatniej prostej dokonano jeszcze cięć w budżetach instytucji, których obecna koalicja rządząca nie zdołała sobie podporządkować. Prezydent może budżet podpisać albo odesłać go do Trybunału Konstytucyjnego. Dla dobra państwa powinien skorzystać z pierwszej opcji – co nie zmienia faktu, że jest to budżet zły. Niemniej złe są również czasy, w których przyszło go uchwalić.
Trybunał Konstytucyjny jest dzisiaj instytucją de facto martwą. Bez jakichkolwiek podstaw prawnych, łamiąc Konstytucję, obecna koalicja odmawia publikacji nawet tych orzeczeń TK, które zapadają w składzie bez tzw. dublerów. Uwagę na bezpodstawność takiej odmowy zwracał między innymi Rzecznik Praw Obywatelskich. Bezskutecznie. Oczywiście Trybunał „odżyje”, gdy obecna większość parlamentarna obsadzi go swoimi nominatami. Ale nie wybiegajmy w przyszłość.
W obecnych realiach, czyli w realiach bojkotu konstytucyjnego organu, skierowanie przez prezydenta ustawy do TK przed jej podpisaniem w skutkach równa się jej zawetowaniu. Bo skoro Trybunał dla rządu Donalda Tuska nie istnieje, to jego orzeczenia o konstytucyjności ustaw również nie istnieją. W przypadku zwykłej ustawy oznacza to, że nie wejdzie ona w życie. W przypadku ustawy budżetowej mielibyśmy do czynienia z patem niebezpiecznym dla państwa.
Scenariusz eskalacji: Trybunał Stanu i chaos ustrojowy
Karol Nawrocki może zdecydować się na skierowanie ustawy budżetowej do Trybunału Konstytucyjnego, a tym samym nie złożyć pod nią podpisu. Rząd Donalda Tuska i sejmowa większość nie uznają Trybunału. Zapewne pojawi się przekaz, że skoro TK nie istnieje, to prezydent musi podpisać ustawę budżetową, a skoro tego nie robi, to powinien trafić przed Trybunał Stanu. W konsekwencji może stracić urząd. Nie jest więc wykluczone, że Donald Tusk zaryzykuje próbę (demonstracyjną, bo szabel brak) pozbawienia głowy państwa urzędu.
Nie wiemy też, co orzeknie Trybunał Konstytucyjny. Jako że jest obsadzony przez PiS, bardzo prawdopodobne jest orzeczenie o niekonstytucyjności ustawy budżetowej. Wówczas ustawa nie zostanie ani podpisana, ani opublikowana. A skoro nie doszło do jej uchwalenia w konstytucyjnym terminie, prezydent może rozwiązać parlament. Czy rząd i sejmowa większość to uznają? Czy dojdzie do najpoważniejszego kryzysu władzy w historii III RP? Zapewne nie – raczej pojawi się opinia prawna uzasadniająca publikację budżetu bez podpisu prezydenta.
Budżet bez podpisu jako groźny precedens
Jeśli – choć to wariant najmniej prawdopodobny – rząd uzna, że brak podpisu oznacza brak budżetu i konieczność nowych wyborów, państwo czeka potężny chaos. Rządzenie bez budżetu, przy ogromnym deficycie, rosnących wydatkach i lawinowo narastającym zadłużeniu, a do tego bratobójcza kampania wyborcza i brak stabilnej większości parlamentarnej.
A wszystko to w realiach narastającego chaosu geopolitycznego i wojny za miedzą.
W żadnym z tych wariantów obóz opozycyjny ani prezydencki nie wygrywa. Co gorsza, jeśli precedens publikacji budżetu bez podpisu głowy państwa pozostanie bez konsekwencji, może zostać rozszerzony na inne ustawy. Już dziś pojawiają się sugestie, że weto prezydenta ma charakter jedynie fasadowy.
Wybór między decyzją złą a gorszą
Jeśli Donald Tusk zdobędzie pretekst, by postawić Karola Nawrockiego przed Trybunałem Stanu, spróbuje to zrobić – nawet bez 2/3 głosów w Zgromadzeniu Narodowym, wykorzystując polityczny teatr i wsparcie instytucji unijnych.
Wychodząc poza partyjne spory: brak budżetu i eskalacja sporów kompetencyjnych byłyby dla Polski bardziej szkodliwe niż realizacja ciężkiego, złego budżetu. Budżetu, który uderza w jedne instytucje, a hojnymi środkami wspiera inne, z niskimi nakładami na ochronę zdrowia, ale z dużymi wydatkami na obronność, co słusznie podnosił wicepremier Kosiniak-Kamysz.
Czasem nie ma wyboru między decyzją dobrą a złą, lecz między złą a gorszą. Podpisanie ustawy budżetowej będzie decyzją złą. Ale oszczędzi Polsce scenariusza jeszcze gorszego.
