Prezydent Karol Nawrocki włączył piąty bieg i ogłosił weto do kolejnych ustaw. Tu pochylmy się nad tzw. ustawą deregulacyjną w energetyce. To już drugi energetyczny akt prawny odesłany do Sejmu.
Chodzi o ustawę z dnia 25 lipca 2025 r. o zmianie niektórych ustaw w celu dokonania deregulacji w zakresu energetyki.Po tej decyzji Internet, szczególnie platformę X, zalała kolejna fala histerii, jak to Prezydent walczy z OZE, jak nie chce taniego prądu, jak utrudnia życie zwykłych Polaków i wiele podobnych bzdur. Mam wrażenie, że wzmożenie niektórych nie zdążyło opaść po ubiegłotygodniowym wecie tzw. ustawy wiatrakowej. A skąd ta decyzja? W największym skrócie, to logiczna konsekwencja obietnic wyborczych, a także spójne działanie z wetem ustawy wiatrakowej. To kolejny sygnał dla branży wiatrakowo-panelowej i jej lobbystów, że ich interesy nie będą cieszyły się szczególnym przywilejem pierwszego obywatela. To też sygnał dla rządzących, że prawo w tym zakresie musi być konstruowane z uwzględnieniem interesu państwa i obywateli. W związku z tym, prezydent podniósł trzy kwestie, jakie legły u podstaw jego decyzji.
Po pierwsze, to niezgoda na proponowaną możliwość stawiania instalacji fotowoltaicznych o mocy do 500KW bez pozwolenia na budowę, tylko na zgłoszenie. To oznacza, że sąsiedzi osoby, która chciałaby wznieść podobną inwestycję traciliby możliwość skutecznego protestu. A 500KW to już naprawdę duża instalacja, to kilka tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. I większość rządowa uznała, że wystarczającą procedurą jest zgłoszenie, coś w stylu: Drogi Prezydencie Miasta, właśnie zabudowaliśmy 5 tys. metrów w naszym pięknym mieście panelami fotowoltaicznymi. Akurat tak się złożyło, że 15-letnimi z odzysku z Niemiec, ale wszystko jest O.K. Ja oczywiście rozumiem, że „my home, my castle”, że święta zasada własności, ale chyba każdy rozumie, że prawo własności nieruchomości jest w pewnych ograniczonych kwestiach limitowane. Zresztą tu nie tworzy się jakiś dodatkowych procedur, to powrót do obecnego stanu prawnego i obowiązku uzyskania na takie inwestycje pozwolenia na budowę.
Z tym łączy się jeszcze jedna kwestia. Proces pozwolenia na budowę to weryfikacja nie tylko zasad wznoszenia obiektów budowlanych (skądinąd przecież też ważna), ale także zasad ochrony p.poż. A wiemy, że dla instalacji fotowoltaicznych podatność na wystąpienie pożaru jest na tyle zauważalna, że musi być przedmiotem oceny. Nie, to nie oznacza, że montaż paneli jest równoznaczny z wystąpieniem pożaru, ale trzeba potencjalne ryzyko zweryfikować i postępowanie administracyjne zmierzające do uzyskania pozwolenia na budowę jest ku temu bardzo dobrą okazją.
I jeszcze jedna sprawa w tym wątku. Bezpieczeństwo systemu elektroenergetycznego. Według założeń ustawodawcy, mowa tu o instalacjach „na własne potrzeby”. Niestety, istnieje ryzyko, że niektórzy inwestorzy będą próbowali wprowadzić wytworzoną energię elektryczną do sieci (a będzie istniała taka możliwość, bo instalacje takie będą w większości podłączone do sieci). Poza kwestią pojawienia się w obrocie energii wytworzonej poza systemem i tworzenia w ten sposób „szarej strefy” energetycznej, pojawia się potężne niebezpieczeństwo destabilizacji sieci elektroenergetycznych. Operator (PSE) może stracić realną kontrolę nad sieciami, bo wszyscy tacy nielegalni dostawcy energii będą poza ewidencją i możliwością oddziaływania na nich z poziomu nadzoru operacyjnego. A pamiętajmy, że mówimy tu o energii z niestabilnych źródeł wytwarzania. Blackout w Hiszpanii z końca kwietnia b.r. zaczął się właśnie od instalacji fotowoltaicznych. U nas może dojść do sytuacji, gdy PSE nawet nie będzie wiedział, gdzie dokładnie wystąpił impuls blackoutowy! To łączy się z następną kwestią…
Po drugie to niezgoda na budowę instalacji OZE do 5MW bez obowiązku uzyskania koncesji na wytwarzanie energii elektrycznej. Uściślając, takie inwestycje będą podlegały wyłącznie obowiązkowi wpisu do rozszerzonego rejestru wytwórców energii elektrycznej małych instalacji. To, jak stwierdził Prezydent, pomysł ustawodawcy, który wzbudził największe zastrzeżenia. Nie dziwię się, bo to odnosi się wprost do kwestii dotyczących bezpieczeństwa sieci elektroenergetycznej i tym samym bezpieczeństwa państwa. System koncesyjny, jakkolwiek traktowany często, jako dodatkowe obciążenie dla przedsiębiorców tu spełnia ważną rolę gwaranta bezpieczeństwa systemu. Pojawienie się nawet tysięcy nowych niestabilnych źródeł, czasem o dużych mocach (5MW to już duża siłownia, proszę zobaczyć parametry wiatraków o takiej mocy albo powierzchnie, jakie zajmują takie farmy fotowoltaiczne) to ryzyko awarii rosnące w ekspresowym tempie. I nie myślę tu tylko o małych lokalnych awariach, ale rozległych blackoutach. Teoretycznie operator miałby możliwość ingerencji w każdą taką instalację, ale problemem byłoby to, że masowy wzrost liczby niestabilnych źródeł generowałby ogromne wolumeny takiej energii w sieci, często o nagłych przepływach, co wpływa na parametry funkcjonowania sieci, przede wszystkim częstotliwość. Teraz, poprzez system koncesyjny przyrost niestabilnych źródeł OZE można kontrolować i dostosowywać do możliwości sieci. Proponowana ustawa zmieniłaby to diametralnie. Przepis na katastrofę.
Last but not least. Sprawa komunikowania się z odbiorcami energii elektrycznej przez przedsiębiorstwa za pomocą środków komunikacji elektronicznej. Brzmi fajnie, promujemy rozwiązania cyfrowe, zachęcamy obywateli by rezygnowali z papierowych form komunikacji. Jednakże zdaniem Prezydenta jest tu zaszyty pewien problem, mianowicie rozwiązań dyskryminujących niektórych obywateli, tych którzy są wykluczeni cyfrowo. O kogo chodzi? Przede wszystkim o część seniorów lub osób zamieszkujących poza zasięgiem sieci cyfrowych. Wprawdzie, jeżeli osoby te nie wyrażą zgody, komunikacja ma przebiegać na dotychczasowych zasadach, ale w ustawę wpisano mechanizmy promujące finansowo wszystkich pozostałych.
Nasuwają się wobec tego dość oczywiste pytania. Pierwsze – czy regulacje dotyczące ewentualnych bonifikat finansowych należy wpisywać w akt prawny rangi ustawowej? Ja mam ogromne wątpliwości, to nie jest mechanizm ochronny obywateli, jak mrożenie cen energii. To jest jakiś dodatkowy bonus, który nie jest niezbędny, więc po co podnosić go do rangi ustawy?
Drugie, dużo istotniejsze, czy to nie jest tak, że za te bonusy będą musiały ostatecznie zapłacić – bo ktoś będzie musiał za to zapłacić – osoby pozostające przy dotychczasowych zasadach? Innymi słowy, czy ten koszt nie zostanie wrzucony osobom i tak mogącym się borykać z problemem wykluczenia cyfrowego. A w takiej sytuacji stracą de facto potrójnie: znajdą się w grupie tych „gorszych” cyfrowo, nie uzyskają opisanych bonifikat finansowych i może jeszcze zostaną obarczeni kosztem tych bonifikat. Ustawa tego nie precyzuje, co zdaniem Prezydenta jest przesłanką do weta. Karol Nawrocki obiecywał wielokrotnie troskę o najsłabszych i wykluczonych i weto w tym zakresie należy traktować, jako element spełniania obietnic.
Link do stanowiska Prezydenta:
