Co łączy nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, ustawę o rynku kryptoaktywów i projekt ustawy o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa? Trzy elementy. Pierwszy – to osoba wicepremiera Krzysztofa Gawkowskiego. Drugi – to wychodzenie daleko poza unijne wymogi, przy zasłanianiu się wspólnotowymi regulacjami dla obrony kulawych lub groźnych rozwiązań powstałych w polskich ministerstwach. Trzeci – to ogromne rozszerzanie kompetencji urzędników z politycznej obsady, przy bardzo pozornej albo zgoła żadnej sądowej kontroli (abstrahując od coraz większej anarchii w polskim wymiarze sprawiedliwości).
Co prawda projekt ustawy o kryptoaktywach, zawetowanej przez prezydenta, formalnie powstawał w Ministerstwie Finansów, ale wicepremier Gawkowski jako minister cyfryzacji opiniował te budzące najwięcej kontrowersji przepisy dotyczące internetu, telekomów i blokowania domen. Z furią zareagował na weto Karola Nawrockiego, wskazując, że głowa państwa „broni głupoty w internecie i na różnych polach dotyczących przestrzeni cyfrowych”.
Zacznijmy zatem od tego aktu prawnego. Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz, uzasadniając odesłanie ustawy Sejmowi do ponownego rozpatrzenia, wskazał na możliwość momentalnego wyłączania stron podmiotów obracających kryptoaktywami. Dodał, że mamy do czynienia z oczywistą nadregulacją, bowiem w większości państw UE stosowane są zwykłe listy ostrzeżeń, które zabezpieczają interes konsumentów.
To rodzi kolejne pytania: czy faktycznie urzędnicy potrzebują dyktatorskich prerogatyw, by skutecznie chronić mienie Polaków? Czy chodzi raczej o to, by stworzyć obszar ogromnej, uznaniowej władzy, zarazem obszar potencjalnej ogromnej korupcji albo co najmniej zabezpieczyć interesy bankowego lobby? Przedstawiciele rządu nie chcieli lub nie potrafili rozwiać obaw prezydenta.
Prezes UKE cenzuruje bez sądowej kontroli
Kolejny akt prawny – tym razem dziecko resortu cyfryzacji – noszący niewinną nazwę „ustawy o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną”, wprowadza w Polsce cenzurę represyjną. Co prawda publikacja treści w sieci nie będzie wymagała uprzedniej zgody cenzora (jak w PRL), ale urzędnik, bez udziału sądu, będzie mógł zakazać rozpowszechniania danej treści. Czyli jak w II RP, z tym że przed wojną można się było odwołać do sądu, który rozpatrywał skargę w ekspresowym czasie. Cenzorska ustawa Gawkowskiego takich terminów nie gwarantuje. Nie gwarantuje też automatycznych odszkodowań czy rekompensat w przypadku, jeżeli sąd stwierdzi, że nie było podstaw do usunięcia treści z sieci.
Ustawa jest obecnie na etapie prac senackich, więc na biurko prezydenta nie trafi jeszcze w tym roku. Czy Senat dokona zmian w wersji uchwalonej przez posłów? Nie ma to większego znaczenia, ponieważ Karol Nawrocki stanowczo zapowiedział, że nie zaakceptuje żadnej formy cenzurowania internetu. Rządowy projekt nie dość, że wprowadza cenzurę, to jeszcze zrywa z fundamentalną zasadą demokracji: tylko niezawisły sąd może decydować o ograniczeniu rozpowszechniania treści.
I znowu, jak w przypadku ustawy o rynku kryptoaktywów, polska ustawa idzie znacznie dalej niż unijne wymogi, w tym przypadku Akt o usługach cyfrowych (DSA). Wybierany przez rządzącą większość szef Urzędu Komunikacji Elektronicznej będzie autorytatywnie decydował, czy obywatel może korzystać z konstytucyjnej gwarancji wolności słowa. Odwołanie do sądu? Cóż, sejmowa większość odrzuciła poprawkę, zgodnie z którą sąd miałby 48 godzin na rozpatrzenie odwołania. W świetle ustawy nie jest związany żadnym terminem na zajęcie się skargą, zatem rząd zakłada, iż kontrola sądowa będzie fikcyjna. Co komu po tym, że za trzy lata sąd w pierwszej instancji orzeknie, że prezes UKE nie miał racji?
Nie będzie krytyki władzy – bo i po co?
Katalog przesłanek do stosowania cenzury jest szeroki i niejasny. Cenzorzy z UKE mogą zatem blokować niemal wszystko. Spójrzmy na następujące przesłanki: treści „stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa” albo „mogące prowadzić do poważnych szkód społecznych”. Toż to w zasadzie kopia uzasadnień, którymi – po 1981 r., gdy cenzor musiał uzasadniać ingerencję – Urzędy Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk kwitowały wycinanie treści niewygodnych dla władzy. Krytyka premiera może wszak w opinii urzędnika pozostającego na garnuszku tegoż premiera uderzać w bezpieczeństwo państwa, a już na pewno wywoła „poważne szkody społeczne”. Jednym słowem, ustawa została skonstruowana w taki sposób, aby przed najbliższymi wyborami parlamentarnymi można było, bez sądowej kontroli, blokować krytykujące rządzących treści. Putin ma nad Wisłą bardzo pojętnych uczniów.
38 tysięcy polskich firm pod ciężarem nowych obowiązków
Gdyby obowiązywała cenzorska ustawa Krzysztofa Gawkowskiego, to co poniżej piszę o kolejnym złym projekcie, zapewne zostałoby zdjęte przez prezesa UKE. Wicepremier powiedział bowiem podczas Forum Ekonomicznego w Karpaczu we wrześniu br.: „kto jest przeciwko Krajowemu Systemowi Cyberbezpieczeństwa w proponowanym kształcie, dopuszcza się cyfrowej zdrady stanu”. A zatem wskazanie na mankamenty jego projektu to zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa.
W listopadzie rząd skierował do Sejmu długo wyczekiwany projekt o Krajowym Systemie Cyberbezpieczeństwa, reklamowany przez rząd jako konieczna transpozycja europejskiej dyrektywy NIS2 (Network and Information Systems Directive 2). Bez zaskoczeń: projekt oczywiście wykracza daleko poza europejskie standardy. Wbrew deklaracjom twórców polska wersja KSC nie tylko tworzy najbardziej rozbudowany system regulacji w Europie, ale również otwiera szerokie pole do arbitralnych decyzji politycznych, które mogą sparaliżować całe sektory gospodarki. To również dzieło Ministerstwa Cyfryzacji.
Szacunkowo aż 38 tysięcy podmiotów – od sektora energetyki, przez banki, ochronę zdrowia i samorządy, po producentów żywności i sprzętu medycznego – zostanie objętych nowymi, kosztownymi wymogami bezpieczeństwa. To największa skala regulacji spośród wszystkich państw wdrażających NIS2. Co więcej, projekt nie tylko implementuje dyrektywę UE, lecz wprowadza ponad nią potężną nadregulację, bez jakiegokolwiek uzasadnienia w Ocenie Skutków Regulacji, mimo że obowiązek uzasadniania nadregulacji wprowadzono w Regulaminie Rady Ministrów.
Polityczne kryteria wykluczania dostawców
Najbardziej kontrowersyjny element to procedura uznawania firm za tzw. Dostawców Wysokiego Ryzyka (DWR). Kryteria pozwalające oznaczyć dostawcę jako niepożądanego nie odnoszą się do realnych parametrów technicznych, ale do politycznych ocen, takich jak „prawo państwa pochodzenia”. To rozwiązanie bez precedensu w Europie: żadne z 11 państw, które wdrożyły NIS2, nie wprowadziło tak szerokiej, politycznej definicji zagrożeń. Polska idzie najdalej, zrównując krytyczność komponentów ICT w 18 sektorach – od telekomunikacji po produkcję żywności. Czy chodzi o element urządzenia do radiolokacji, czy element wyposażenia zakładu mleczarskiego – bez różnicy.
Konsekwencje mogą być bardzo daleko idące. Decyzje ministra cyfryzacji mają mieć natychmiastową wykonalność. Oznacza to, że jednym podpisem można z dnia na dzień zablokować zakup komponentów niezbędnych np. do produkcji leków, zarządzania energią czy infrastruktury transportowej. Ryzyko paraliżu dostaw po prostu wbudowano w treść ustawy.
Problemem jest również brak przejrzystości. Projekt ogranicza udział organizacji społecznych w postępowaniach, zamyka dostęp do uzasadnień sądowych, a prawo do odwołania przysługuje tylko firmom o wartości co najmniej 168 milionów złotych. Trudno o bardziej jaskrawy przykład regulacji pisanej „dla dużych”, choć dotykającej wszystkich.
Jeśli ustawa o KSC zostanie przyjęta w takim kształcie, Polska stworzy najbardziej scentralizowany, polityczny mechanizm ingerencji w łańcuchy dostaw w całej Unii Europejskiej.
Biada dziś rządzącym, kiedy stracą władzę!
Rządzący popełniają ten sam grzech, niezależnie od tego, jaka opcja jest u steru władzy. Wierzą, że będą rządzić wiecznie. Że stworzą takie mechanizmy prawne i sieć zależności, która zapewni im rządy na długie lata. Tylko, jak uczy choćby przykład Zjednoczonej Prawicy, każda władza kiedyś się kończy. Mechanizmy, które tworzył PiS z inicjatywy Zbigniewa Ziobry, jak choćby możliwość blokowania majątków jednym podpisem prokuratora, dzisiaj służą aktualnej władzy.
Prezydent Nawrocki, miejmy nadzieję, nie podpisze ani ustawy cenzorskiej, ani ustawy o KSC, ale gdyby jakimś cudem się tak stało, to biada obecnej koalicji, gdy do władzy wróci prawica. Zasada vae victis stała się fundamentem Koalicji 13 Grudnia czy też 15 Października i, jako że złe rzeczy najszybciej zakorzeniają się w polskim systemie politycznym, zapewne pozostanie z nami na długie lata. Czy Krzysztof Gawkowski i Donald Tusk są tego świadomi?
