Kazimierz Marcinkiewicz nie daje zapomnieć o sobie. Sobie. I innym. Rozpaczliwie szuka okazji, by zaistnieć. Gdziekolwiek…
Dawno, dawno temu był skromnym nauczycielem fizyki w jednej z gorzowskich szkół, synem miejscowego działacza PZPR i Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej, dyrektora wszystkich kin w mieście (dwóch). Zwrócił na niego uwagę gorzowianin Marek Jurek. U zarania III RP Kazimierz wraz z braćmi włączył się w tworzenie gorzowskiego ZChN-u. Szybko został kuratorem oświaty, wiceministrem z ramienia ZChN-u w rządzie Suchockiej, potem posłem. Bracia też objęli różne eksponowane stanowiska w mieście. Trzymali się razem i potrafili zadbać o swoje interesy. Kazimierz skutecznie budował swój wizerunek wzorowego katolika, ojca i męża, a po reformie administracyjnej – także miejscowego patrioty-gorzowianina, broniącego miasto przed zakusami tych „obcych” z Zielonej Góry. Ten prosty, by nie powiedzieć prymitywny, chwyt świetnie sprawdzał się i działał na elektorat najbardziej czerwonego województwa w Polsce.
Wszystko szło powoli według planu do czasu, gdy Kazimierz z kolegami nie zapragnął obsadzić ich człowiekiem stanowiska nowego – pierwszego po reformie – wojewody lubuskiego. Wówczas rozgorzał bój, bo miejscowa Solidarność i większość AWS-u miały innego kandydata. Siły były wyrównane i w ten oto sposób, po dwóch miesiącach wyniszczających zmagań, wojewodą został pewien młody człowiek spoza miejscowych układów. Na pierwszego wojewodę lubuskiego Jerzy Buzek powołał prawnika z Uniwersytetu Warszawskiego.
I wtedy to kariera braci Marcinkiewiczów zdecydowanie przyspieszyła, choć odbyło się to w sposób zgoła paradoksalny. Do nowego wojewody zaczęli bowiem przychodzić ludzie z rozmaitymi sprawami, dokumentami, informacjami… Okazało się na przykład, że z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska – i nie tylko – transferowano mienie i środki do stowarzyszenia założonego na krótko przed likwidacją województwa gorzowskiego. Wybuchła afera. Pracę stracił dyrektor wydziału ochrony środowiska w urzędzie wojewódzkim (później sądzony) i nadzorujący go dyrektor generalny. Ten ostatni był rodzonym bratem posła Marcinkiewicza…
Kazimierz zaatakował wojewodę. Sprawę przedstawił jako cios w środowisko narodowo-katolickie, które on reprezentuje. Wojewoda nie pozostał dłużny. Publicznie padły słowa o „mentalności Krzyżaka”. Jerzy Buzek wyraźnie postanowił udobruchać działaczy ZChN-u, na których także opierał się jego rząd. Kazimierz awansował na szefa doradców premiera, a chwilowo bezrobotny brat odzyskał fotel dyrektora generalnego, tyle że nie w urzędzie niewielkiego województwa, ale już w Ministerstwie Łączności. Tam mógł poświęcić się znacznie poważniejszym sprawom, jak na przykład przetargowi na telefonię komórkową nowej generacji. Potem został dyrektorem banku.
Młody wojewoda z Warszawy najwyraźniej niczego z tego wszystkiego nie zrozumiał, bo dalej brnął w próby rozliczeń rozmaitych wojewódzkich spraw i zaszłości, utrudniał i spowalniał (jakże modną wówczas) prywatyzację, komplikował przeprowadzane dotąd bez problemu przetargi, powołując kilkunastoosobowe komisje itd. Chciał nawet zablokować Owsiakowi Woodstock w lubuskich Żarach, powołując się na względy bezpieczeństwa! Nic więc dziwnego, że niedługo cała lubuska elita gospodarcza i polityczna miała go serdecznie dosyć. I mimo że wewnętrznie była okropnie skłócona, w tej jednej sprawie zapanowała nadzwyczajna zgoda: wojewoda musi odejść!
I w roku 2000 odszedł. Na odchodne usłyszał od Jerzego Buzka: „Jest pan jednym z najlepszych wojewodów, ale musi pan odejść, bo nie ma pan politycznego poparcia”. Jadwiga Staniszkis, wówczas intelektualna ikona prawicy, skomentowała to następująco na łamach „Rzeczpospolitej”: „Bardzo dobrze przygotowany i oceniany wojewoda lubuski (…) odszedł m.in. z tego względu, że próbował walczyć ze środowiskiem, któremu zarzucał korupcję. Jego przeciwnicy awansowali. Dobrzy ludzie odchodzą…”.
W trakcie rozpadu AWS-u Kazimierz Marcinkiewicz porzucił ZChN, współtworząc nową formację, która miała ocalić część działaczy dawnego AWS-u. Wkrótce całą grupą przystąpili oni do PiS-u. I tu zaczął się nowy etap kariery braci Marcinkiewiczów, z Kazimierzem na czele. Zamiast spodziewanego „premiera z Krakowa” zawiązujący się i negocjujący przy otwartej kurtynie PO-PiS przystał na „premiera z Gorzowa”, z szeregów lekko zwycięskiego PiS-u. Jarosław Kaczyński wstrzymał się z objęciem urzędu Prezesa Rady Ministrów, wystawiając niewiele liczącego się substytuta. Dzięki temu kilka tygodni później Polacy wybrali na Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, bo powierzenie najwyższej władzy w państwie obu braciom Kaczyńskim naraz zapewne wówczas by nie przeszło.
Kazimierz musiał doskonale rozumieć swoją rolę. Po jego głośnej wypowiedzi o niedoszłych koalicjantach jako „cieniasach” powstał rząd mniejszościowy, taki PiS-sauté. Kazimierz był jego twarzą aż do momentu, gdy wziął na siebie zawiązanie formalnej koalicji z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem. Zaraz potem grzecznie ustąpił miejsca Jarosławowi Kaczyńskiemu. W nagrodę miał zostać prezydentem… Nie, nie ukochanego Gorzowa, ale Warszawy. Tej Warszawy, która na ustach wielu gorzowian (i nie tylko gorzowian) jawi się jako pogardzana „warszawka”, do której w skrytości ducha chcieliby się jednak przeprowadzić, kupić tam mieszkanie w prestiżowej lokalizacji (nawet biorąc kredyt we frankach) i zacząć nowe, lepsze, wielkomiejskie i europejskie życie, wyzbywając się ostatecznie dawnych kompleksów.
Nie wyszło. Wybory wygrała Gronkiewicz-Waltz, rozpoczynając niekończące się pasmo jedynowładczej okupacji stolicy Polski przez Platformę Obywatelską. Kazimierz dostał zatem posadę bankowca, dyrektora. Dokładnie tam, gdzie wcześniej usadowiona była Hanna Gronkiewicz-Waltz – w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. Takie coś na otarcie łez, z pensją zapewne wyższą niż zarobki premiera. Ale był chyba niepocieszony. Nie tylko politycznie.
Wtedy nastąpiła (kolejna) wielka zmiana. A właściwie dwie. Jedna w wizerunku prywatnym, druga w politycznym. Nastała era Isabel. Polska wstrzymała oddech, gdy Kazimierz Marcinkiewicz dawał się sfotografować kolorowym pismom przy wybieraniu pierścionka zaręczynowego dla nowej, młodziutkiej narzeczonej. W niego też wstąpił młody duch. Ten sam, który wiódł go już po gorzowskim parkiecie, gdy jako premier prowadził w tańcu atrakcyjną licealistkę Olę na jej studniówce. Teraz były premier Marcinkiewicz brylował już na okładkach i wkładkach wszystkiego, niczym Paris Hilton.
A politycznie? Musiał odkryć w sobie dobrze poukrywane dotąd pokłady liberalizmu, bo ostro skręcił w stronę Platformy Obywatelskiej. Zatrudnił go bank Goldman Sachs. A potem założył jeszcze z Romanem Giertychem i kolegą z ZChN-u Michałem Kamińskim polityczny think tank…
Wszystko na nic. Nie udało się. Sielanka z Isabel skończyła się boleśnie w bardzo nieodpowiednim momencie. Znów były pierwsze strony kolorowych gazet, ale tym razem pisano o rozwodzie, o procesie, o alimentach – o ich płaceniu i niepłaceniu. Już, już miał wejść na wielką wspólną listę do Parlamentu Europejskiego razem z takimi osobistościami jak Leszek Miller i zapewnić sobie spokojną przyszłość. Przez te sprawy – wykreślili w ostatniej chwili. Okazało się, że nikt go nie chce, nie potrzebuje. Może tylko w weekend do TVN-u zaproszą, żeby mógł pokąsać PiS i Jarosława Kaczyńskiego, który onegdaj zrobił z niego premiera, pokazując przy okazji, jak ważną sprawą jest trafny dobór kadr.
No, ciężko tak, ciężko. I jak tu żyć? A Kazimierz przecież w świetnej formie! Ćwiczy. Sport uprawia. Staje do walki na ringu. Boksuje. Prawie wygrywa. Kolorowe czasopisma znów rozpisują się. Fotoreporterzy fotografują. Cóż za wspaniały mężczyzna!
Dostrzeżono go. Już jest w Dubaju. Już doradza samemu szejkowi! Umieszcza zdjęcie. Na czarnym tle nocnego nieba Arabii stoi Kazimierz w białej dżelabie i przyjacielsko obejmuje się z drugim mężczyzną, także w białej dżelabie. To pewnie jest szejk. Przed nimi na stoliku butelka coca-coli. Wielki świat! Wielki biznes! Wielkie pieniądze! A Isabel oskarża go o niepłacenie alimentów. Co za dysonans!
Trzeba koniecznie coś wrzucić co jakiś czas do netu. Żeby nie zapomnieli. Żeby podziwiali. Żeby zazdrościli… Oto pojawia się młoda, śniada, atrakcyjna Martyna. Kazimierz wrzuca zdjęcia. Są serduszka, półsłówka, niedopowiedzenia. Suknia ślubna już podobno wybrana. Kolorowe pisma podchwytują: był ślub? Nie było? Nieważne. Temat jest!
Kazimierz oficjalnie już pożegnał się z polityką. A polityka z nim. Nawet kilka razy, bo starał się wrócić. Każdy, kto w tym siedział, wie, jak trudno się rozstać. Więc warto znów coś wrzucić, znów znaleźć się w tym świecie. Albo przynajmniej w jego orbicie. Zaistnieć.
Nadchodzą wybory prezydenckie. Decydujące starcie między Nawrockim a Trzaskowskim. Dobra okazja. Kazimierz Marcinkiewicz musi się włączyć. Przeważyć szalę zwycięstwa na rzecz Trzaskowskiego. Zadać niespodziewany, decydujący cios. Umieszcza na swoim profilu alarmującego tweeta: „Wyskoczyli z krzaków w kominiarkach pod domem, bili bez opamiętania”. Na załączonym zdjęciu widać jego twarz — całą w plastrach i sińcach. Wygląda na to, że nieznani sprawcy pobili go i grozili mu śmiercią: „Jeśli jeszcze raz powiesz na naszego człowieka gangus – nie żyjesz”.
Dziennikarka „Faktu” dopytuje, co się właściwie stało. Kazimierz wyjaśnia z rozbrajającą szczerością, że to tylko prowokacja: „Użyłem czekolady i pasty pomidorowej”. Nie stał się jednak głównym tematem kampanii. Chyba sam zrozumiał, że to nie był najlepszy pomysł. Wpis i zdjęcie skasował, a przy okazji zniknął cały jego profil na X. Tyle że internet nie zapomina. Ludzie też. A prezydentem został ten „gangus” Nawrocki. Oj, niedobrze…
Mija miesiąc. Miesiąc postu. I nagle trafia się kolejna okazja. Szef największej partii opozycyjnej spotyka się w prywatnym mieszkaniu z szefem jednej z partii rządzących. I rozmawiają! Niebywałe! Niesłychane! Afera stulecia! Kazimierz musi zabrać głos. Dużo wie… Jest wtajemniczony. Nie, nie w rozmowy — w takich nie uczestniczy od dawna. Ale sam coś widział. Zdradza „Faktowi”: „Widziałem Bosaka, Czarnka i Marka Jurka, ale nie wiem, do kogo chodzili. Jedno jest pewne — planują, jak obalić Tuska”.
Gdzie to było? „Tu się sporo dzieje na Białym Kamieniu. Kamiński już wcześniej tu bywał…”.
Biały Kamień — ulica w Warszawie, gdzie metr kwadratowy potrafi kosztować blisko 32 tysiące złotych. Nieźle. Podobno mieszka tam Adam Bielan, u którego Jarosław Kaczyński spotkał się z Szymonem Hołownią. Ale Kazimierz wszystko widzi. Pewnie z sąsiedniego okna… Bo były premier nie może przecież mieszkać byle gdzie, w byle Gorzowie, przy byle ulicy. Musi być w centrum wydarzeń. Trzymać rękę na pulsie.
Strzeżcie się więc, knujący spisek politycy, nieprzyjaciele Donalda Tuska! Zwyczajem starszych pań, wspartych łokciami na poduszce w oknie (bo takie wysiadywanie bywa męczące), były Prezes Rady Ministrów Rzeczypospolitej Polskiej cały czas obserwuje tę strategiczną ulicę. Mysz się nie prześliźnie!
Raz, dwa, trzy — Marcinkiewicz patrzy!

źródło: X, profil Kazimierza Marcinkiewicza