Miał być jak Robespierre, a przypomina bardziej wojaka Szwejka. Tak się kończy, gdy nieudacznik próbuje odgrywać twardziela. Oto Waldemar Żurek, minister sprawiedliwości, który pragnął być młotem na PiS.
Jak oni uwielbiają się puszyć. Dreszcze chodzą im po plecach, gdy słyszą wypowiadane przez siebie frazy: „ani kroku wstecz”, „nie ma powrotu”, „statki zostały spalone”, „nie zawaham się ani chwili”, „wymiotę ich żelazną miotłą”. Wtedy czują się jak Cortez, który rusza na podbój nieznanych ziem i albo zginie w boju, albo wróci w opromieniony chwałą. Ci kieszonkowi rewolucjoniści i dyktatorzy.
Tyle tylko, że czasy nie te, charaktery nieco koślawe, odwagi nie staje, a do tego przeciwnik wcale nie taki dziki. Nie dość, że potrafi czytać, to jeszcze robi to sprawnie i biegle. Lepiej niż niedoszli konkwistadorzy. Wróg nie tylko nie zamierza się poddawać, ale stawia opór używając wiedzy, prawa, doświadczenia i nowoczesnych środków komunikacji. Jednym słowem umysłu, podczas gdy zdobywcy maja w zanadrzu jedynie policyjne pałki.
Jeśli próba zdobycia budynku Krajowej Rady Sądownictwa była szarżą, jaką demokracja walcząca postanowiła przeprowadzić na szańce dawnej władzy, to już dziś minister Żurek powinien kopać sobie głęboką jamę, by jak najszybciej zapaść się pod ziemię.
W rzeczywistości zamiast demokracji walczącej mamy rewolucję żałosną, bo jak inaczej można nazwać próbę szturmu na bastion wroga, który zostaje zażegnany przez uprzejmego ochroniarza. Ten nawet bez użycia siły przegania napastnika i jeszcze każe mu na kartce zostawić nazwisko, by łatwiej go było zidentyfikować.
Waldemar Żurek z każdym kolejnym wywiadzie robi groźniejszą oraz jednocześnie bardziej zbolałą minę i zapowiada, że już za chwilę przejdzie od słów do czynów. Wypowiedziane zdania i rzucone deklaracje mogłyby już zapełnić „Żurka dzieła zebrane”, ale o skutecznych działaniach ani widu, ani słychu. Nie to, żebyśmy się ich jakoś szczególnie domagali, bo przecież terminy w sądach się od tego nie skrócą, ale wszyscy czekamy, by pokazał, na co go stać. Gdy jednak pada „sprawdzam”, okazuje się, że na niewiele.
Minister Żurek już wie, że przegrał, bo nikt nie będzie nadstawiał za niego karku. Nie będzie podpisywał decyzji, za które potem trafi za kratki, a w najlepszym wypadku wyleci z pracy.
Chcesz ministrze efektów, to sam wszystko podpisuj, sam zabieraj akta i pisz wnioski do sądów. Na tę drogę wcześniej wszedł twój poprzednik Adam Bodnar i też przegrał.
Porażki Bodnara i Żurka to jednak dobre informacje, gdyż są dowodem na to, że Polska jest mimo wszystko państwem prawa i potrafi się bronić przed barbarzyńcami. A Polacy to naród ludzi dumnych i kochających wolność. Dlatego Żurku nie masz szans.
