Obecny premier nie rozumie, że jego siła na arenie międzynarodowej nie wynika łaski przywódców Niemiec czy Francji, ale płynie z pozycji Polski. Podporządkowując politykę własnego kraju interesom niemieckim, sam sprowadził się na pozycje wasala. I już z niej nie wyjdzie.
Wycinany ze zdjęć, ostentacyjnie odsuwany na bok przez prezydenta Francji na schodach w Mołdawii, wysyłany do drugiego wagonu podczas podróży do Kijowa czy odsyłany z miejsca konferencji na bok przez kanclerza Niemiec. To przykry widok. Nie dlatego, że szczególnie należy żałować Donalda Tuska – on akurat na takie traktowanie sobie zasłużył – ale nie ma się z czego cieszyć, gdy liderzy obcych państw pomiatają szefem polskiego rządu. To jeden mierników pozycji Polski na arenie międzynarodowej.
Fundamentalny błąd Tusk popełnił w momencie decyzji o powrocie do polskiej polityki. Uznał, że ważniejsze są zobowiązania wobec Niemców, Francuzów, Unii Europejskiej czy lewackiej, amerykańskiej fundacji USAID (finansowała działania mające na celu obalić rząd PiS) niż wobec własnych obywateli. Obejmując fotel premiera był więc raczej wysłannikiem z zewnątrz niż liderem zmian, które zachodziły w kraju.
Sam uznał, że jego zadaniem nie jest przede wszystkim zadbanie o kontynuowanie szybkiego rozwoju kraju, ale rozprawienie się konserwatystami, którzy kwestionują kierunek, w którym podąża Unia Europejska i w ogólne cały progresywny kierunek globalistycznej polityki. Uznał, że przy poparciu najważniejszych europejskich stolic będzie niezniszczalny. Nie zrozumiał, że polityków wyrzekających się interesów własnego kraju na rzecz obcych mocarstw nikt nie szanuje. Ani w kraju, ani za granicą.
Otrzeźwienie nie przychodziło mimo coraz silniejszych sygnałów o spadającym poparciu, rosnącej fali społecznego niezadowolenia czy tworzących się ruchów społecznych skierowanych wprost przeciw jego polityce. Stał się zakładnikiem Berlina, Brukseli i Paryża oraz najbardziej radyklanego skrzydła swoich wyborców. Dla jednych i drugich najważniejsze było wdeptanie PiS w ziemię.
Tyle tylko, że w demokracji, nawet tak przetrąconej jak za rządów Tuska, ciągle jeszcze obywatele mają głos decydujący. Choćby nie wiadomo jak premier nimi pogardzał, ich kartka wyborcza ma kluczowe znaczenie. Premier znalazł się więc w imadle, które ściskało go z dwóch stron. Z jednej europejscy przywódcy domagali się swojego – ograniczenia budowy CPK, elektrowni atomowych, kupowania broni od Amerykanów, rozwoju infrastruktury kolejowej i portowej – z drugiej obywatele chcieli czegoś dokładnie odwrotnego: realizacji tych dużych, rozwojowych projektów.
Tusk musiał lawirować. Niby coś robić, ale tak by nie zrazić Friedricha Merza czy Emmanuela Macrona. Premier ciągle nie rozumiał, że jedynie stając po stronie własnych obywateli, może wydostać się z tej matni. Gdyby poszedł tą drogą może niemiecki kanclerz i francuski prezydent nie darzyliby go sympatią, ale będą musieli się zacząć z nim liczyć.
Szef polskiego rządu jednak nie jest już jednak do tego zdolny. Pokonany mentalnie jest w stanie już tylko czasem odgrażać się Karolowi Nawrockiemu, Jarosławowi Kaczyńskiemu czy Mateuszowi Morawieckiemu, ale w Europie jest przegrany. Nie ma żadnych atutów. Przegrał wybory prezydenckie, Donald Trump nie chce go widzieć, spowolnił lub zablokował rozwój polskiej gospodarki, doprowadził do kryzysu finansów publicznych, a jego partia dołuje w sondażach. Nie ma więc powodu, by się z nim liczyć.
To jednak nie jest tylko jego prywatna sprawa. Pomijanie Polski przy podejmowaniu kluczowych dla kontynentu decyzji, niezdolność polskiego premiera do blokowania niebezpiecznych UE rozwiązań (jak umowa z państwami MECOSUR) czy ignorowanie polskiego stanowiska na brukselskich szczytach ma i będzie miało w przyszłości wpływ na los każdego obywatela naszego kraju. To nie jest tylko prywatna klęska Tuska, ale przede wszystkim nas wszystkich.
