Amerykańska strategia wstrząsnęła europejskimi elitami. Wydawałoby się, że wstrząs powinien przynieść refleksję, zwłaszcza w dziedzinach, które nie wymagają nakładów, a wręcz przeciwnie – mogą przynieść Europie finansową ulgę. Amerykanie żądają bowiem, by Unia wydawała ogromne pieniądze na samodzielne powstrzymywanie Rosji i utrzymanie Ukrainy. Jednocześnie opowiadają się za odejściem od “ambitnych celów klimatycznych”, bo to nie dość, że kosztuje krocie, to jeszcze nie przynosi efektów. Tymczasem Unia natychmiast postanowiła pokazać, że to ideologia klimatyczna jest dla niej najważniejsza. Triumfalnie ogłoszono zaostrzenie “ambitnych celów klimatycznych”. Do roku 2040 kontynent ma zredukować emisje o 90% w stosunku do roku 1993. To milowy krok do osiągnięcia uprawnionego “net-zero” w roku 2050.
Ambitne cele nie dla populistów
Ile to będzie kosztowało oczywiście do końca nie wiadomo, ale na pewno dużo. Kto zapłaci rachunek? Ostatecznie oczywiście podatnicy. Jak zrobić, żeby nie zaprotestowali? Trzeba im wytłumaczyć, że to jedyny ratunek dla nich, w gruncie rzeczy zapłaci za to kto inny, a oni dorzucą się na samym końcu. Więc komunikat Unii o tym, że będziemy jeszcze intensywniej redukować emisję CO2 innych gazów został okraszony informacją, że system ETS2, który radykalnie zwiększy rachunki za ogrzewanie domów i za transport, zostanie wprowadzony o rok później, czyli od roku 2028.
Powód tego przesunięcia jest prosty: w roku 2027 odbędą się wybory w Hiszpanii, Francji, Niemczech i Polsce. Po drodze będą jeszcze inne, ale te państwa są kluczowe. Ich wyborcy nie mogą poczuć, że coś jest nie w porządku, bo wybiorą “populistów”, a jak wiadomo definicja populisty jest szeroka: to ten, który chciałby zmniejszyć koszty utrzymania i bardziej dba o to, jak żyją ludzie, niż o “ambitne cele”. Więc w wyborach w roku 2027 będzie można pokazywać wyborcom, że rachunki nie są takie, jak straszą “populiści”, a ci ostatni są zresztą na pasku Putina i Trumpa, chcą rozmontować Unię i nienawidzą przyrody. Gdy już wybory się odbędą i władzę obejmą ci, co trzeba, będzie można spokojnie przystąpić do podnoszenia rachunków, bo z demonstrantami ulicznymi będzie sobie można poradzić przy pomocy policji.
Ostatni brzeg w Taszkiencie
Czy europejskie gospodarki, duszone opłatami klimatycznymi i wysokimi cenami energii będą w stanie wygenerować odpowiednio dużo pieniędzy, aby za te “ambitne cele” zapłacić, trudno powiedzieć. Jednak, jak rachunki zaczną się sypać, zawsze będzie można sięgnąć po zbawienną pomoc Uzbekistanu. Czemu akurat Uzbekistanu? Spieszę wyjaśnić.
Otóż w ubiegłym roku naukowcy z poczdamskiego Instytutu Badania Wpływów na Klimat wyprodukowali raport udowadniający ponad wszelką wątpliwość, że zmiany klimatyczne przyniosą do roku 2049 straty gospodarcze w wysokości 38 bilionów dolarów, a do końca wieku PKB świata skurczy się do 62% obecnego. Słowem – całkowita katastrofa i jedynym sposobem na jej powstrzymanie jest inwestowanie gigantycznych kwot w “ochronę klimatu”, bo to i tak mniej niż stracimy.
Raport wydrukowało renomowane czasopismo “Nature” i wszyscy byli zadowoleni do czasu, aż jacyś inni naukowcy zaczęli się przyglądać wyliczeniom i coś im się zaczęło nie zgadzać. No i “Nature” zmuszone było w tym roku wycofać publikację, bo wykryto, że w rachunkach przesunięto przecinki, co oczywiście było zwykłą pomyłką, nikt w to nie wątpi, ale także dodano jeden kraj ze danymi tak dziwnymi, że on jeden powodował statystyczną katastrofę. Tym krajem był Uzbekistan. Okazywało się, że po poprawieniu przecinków i usunięciu Uzbekistanu, wyliczenia dzielnych poczdamskich obrońców klimatu pokazywały najzupełniej zwyczajny obraz rozwoju gospodarczego bez żadnych gwałtownych tąpnięć. Krótko mówiąc bez Uzbekistanu nie było już czym straszyć.
Więc może, gdy u wrót staną “populiści”, którzy nie będą chcieli płacić za “ambitne cele”, wówczas ktoś w Komisji Europejskiej przypomni sobie o Uzbekistanie i zadzwoni do Poczdamu z poleceniem: “Natychmiast przywrócić Uzbekistan! Potrzebujemy ludzi solidnie nastraszyć!”
