Polska klasa polityczna – z jednym wyjątkiem – przyjęła informację o uprowadzeniu wenezuelskiego komunistycznego dyktatora z pewną konsternacją. Nie jest przypadkiem, że do dziś nie mamy oficjalnego oświadczenia w tej sprawie ani z Kancelarii Premiera, ani z Kancelarii Prezydenta. Radość manifestuje tylko i wyłącznie PiS, a bliscy tej partii polityczni komentatorzy demonstrują wręcz entuzjazm. Czy Polska faktycznie ma się z czego cieszyć?
Serce podpowiada: jednego lewackiego dyktatora mniej. Człowiek, który trzymał w żelaznym uścisku Wenezuelę, stracił stanowisko. Precedens już był – słynne uprowadzenie do USA panamskiego dyktatora Noriegi. Choć wówczas, w 1989 roku, Noriega najpierw stracił władzę w wyniku puczu, a dopiero potem, formalnie jako człowiek pozbawiony urzędu, został przewieziony do Stanów Zjednoczonych.
Rozum mówi jednak coś innego: nie żyjemy w świecie, w którym są tylko siły dobra walczące z siłami zła. Układu geopolitycznego nie da się obecnie sprowadzić do prostych podziałów z epoki Reagana: imperium zła kontra wolny świat. Tych imperiów zła jest dziś co najmniej kilka, a ci nominalnie dobrzy w gruncie rzeczy – dla doraźnych interesów – gotowi są sprzymierzyć się z siłami zła. Polityczna normalka.
Problem w tym, że Polska znajduje się w oku cyklonu, w samym środku tych gier mocarstw – sama mocarstwem nie będąc.
Nikt nie ogląda się na międzynarodowe instytucje
Panta rhei. Niemcy, które jeszcze w lutym 2022 roku próbowały blokować jakąkolwiek zdecydowaną reakcję Europy na rosyjski najazd na Ukrainę, dzisiaj (a raczej: póki co) zajmują zdecydowanie antyrosyjskie stanowisko. Waszyngton, który za pierwszej prezydentury Trumpa był przez demokratów krytykowany za konfrontacyjną postawę wobec Moskwy, za prezydentury Joe Bidena wobec rosyjskiej agresji również zajął stanowisko twarde. Dziś to już historia.
Zresztą styl uprawiania polityki przez Donalda Trumpa można przyrównać do stylu cara Pawła I. Mawiano o nim, że kieruje państwem niczym pijany woźnica zaprzęgiem.
Znaczenie i sprawczość międzynarodowych instytucji spadły chyba do poziomu z końca lat trzydziestych XX wieku. Mało kto sili się dziś nawet na udawanie, że bierze na poważnie rezolucje ONZ. Nawet sojusz, który przez lata był dla nas, Polaków, symbolem niewzruszonej pewności – NATO – również traci na wiarygodności. Część jego uczestników chce osłabienia znaczenia sojuszu na rzecz czysto politycznego projektu, jakim jest europejska armia.
Sama Unia Europejska, co do której Polacy są coraz bardziej sceptyczni, również porzuca kostium demokracji. Ustawienie przez Berlin i Brukselę prezydenckich wyborów w Rumunii w minionym roku pokazało, że demokracja owszem – ale „tak, jak my ją rozumiemy”. To z Brukseli wychodzą coraz groźniejsze pomysły cenzurowania Internetu, karania przeciwników politycznych pod hasłem penalizacji „mowy nienawiści” – definiowanej w taki sposób, że można w jej ramach zmieścić niemal wszystko.
Traktaty, które są podstawą istnienia Unii Europejskiej, są notorycznie i stale łamane. Federalizacja, którą obywatele krajów unijnych odrzucili w referendach, jest wprowadzana tylnymi drzwiami.
Czy Rosja pójdzie śladami USA?
W tym kontekście należy patrzeć na to, co wydarzyło się w Wenezueli. Jedno państwo, bez wypowiedzenia wojny, uprowadziło urzędującą, nieobaloną głowę innego państwa. To oznacza precedens, z którego będą mogły korzystać państwa znacznie mniej przychylne wolności niż Stany Zjednoczone.
Jeśli Rosja zechce – dajmy na to – porwać prezydent Mołdawii, z pewnością powoła się na precedens z Maduro. Mówiąc krótko i dobitnie: wenezuelski katar może spowodować grypę w Europie Środkowo-Wschodniej.
Dlatego konsternacja ze strony większości polskich polityków i ośrodków władzy jest w pełni zrozumiała. Bo – zachowując wszelkie proporcje – mamy tu dylemat podobny do tego z policyjną przemocą. Porządne lanie spuszczone przez funkcjonariuszy gościowi znęcającemu się nad dzieckiem mogłoby przynieść lepszy efekt niż przewlekła sprawa sądowa zakończona wyrokiem w zawieszeniu. Mamy jednak świadomość, że jeśli oddajemy funkcjonariuszowi swobodę decydowania, kiedy może przestać stosować przepisy prawa, to prędzej czy później skończy się to brutalnością wobec obywatela, który ośmieli się polemizować przy kontroli drogowej.
W polityce międzynarodowej również powinniśmy patrzeć na las, a nie na pojedyncze drzewa.
