Żurkowy mokry sen o potędze

Żurkowy mokry sen o potędze

blank

Minister sprawiedliwości chce być jak Machiavelli, Robespierre i Lenin w jednej osobie. Jego rewolucja ma sparaliżować strachem przeciwników, zachwycić zwolenników i dać sygnał niezdecydowanym, że albo będą z władzą, albo zostaną zmieceni. Do tego Waldemar Żurek dorzuca jeszcze srogie miny i groźne słowa, która mają świadczyć o tym, że nikt go nie zatrzyma.

Za nic przecież ma ustawy, konstytucje, polskie sądy, a nawet międzynarodowe trybunały, których orzeczeniom zaprzecza z wielkim zapamiętaniem. Rewolucja nie zna ograniczeń, zawsze ma rację, bo nie kieruje się logiką, ale wolą zmiany. Koniecznością pogrzebania starego porządku, by na jego gruzach i zgliszczach zbudować nowy. Lepszy i dający ludziom szczęście.

Tak właśnie myśleli Robespierre, Lenin, Trocki czy Che Guevara. Wiedzieli, że gdzieś tam za morzem krwi, poniżenia, upodlenia, tortur, łez i nieszczęścia musi być lepszy świat. Wystarczy tylko wyeliminować tych, którzy stoją na drodze postępu. Należy ich potraktować jak ludzkie odpady lub chwasty, które przeszkadzają, by historyczne koło mogło się toczyć.

Przemysław Żurek nie ma do dyspozycji gilotyny, szubienicy i nagana za paskiem, choć pewnie z takim oprzyrządowaniem łatwiej byłoby zaprowadzić ład i praworządność. Ale przecież dla prawdziwego rewolucjonisty to tylko drobna niedogodność. Póki można sięgnąć po siłę, zawsze da się złamać opór wrogów. Oni przecież nie mają policji, służb specjalnych, służalczych mediów i skundlonych prawników, którzy stanem wyższej konieczności gotowi są uzasadnić najgorszą podłość.

Może ten zestaw instrumentów nie zastąpi obcinania głów lub choćby wyrywania paznokci, ale w dzisiejszym świecie daje chociaż możliwość zaszczucia przeciwników, odarcia ich z godności i bezkarnego przypisywania im najbardziej obrzydliwych cech. Żurek wie, że ma za sobą zastępy trolli Giertycha, nielegalnie przejęte media publiczne i sporą zbieraninę opowiadaczy o nadciągającej fali faszyzmu, którą trzeba powstrzymać choćby siłą. A już na pewno nie należy się z tymi zaplutymi karłami reakcji cackać. Trzeba się z nimi rozprawić, jak kiedyś z księżmi, do czego zagrzewali Wisława Szymborska i Sławomir Mrożek.

Prawdziwy wywrotowiec wie, że nie może zwracać uwagi na niuanse oraz zatrzymywać się w pół drogi. Zmiany trzeba wymuszać siłą i terrorem, bo inaczej rewolucja stanie się groteską.

Waldemar Żurek nie odrobił jednak lekcji z historii. Także najnowszej. Zapał jego poprzednika rozbił się o prawo. Adam Bodnar chociaż także na początku je lekceważył, to nie mógł przecież działać w próżni. Musiał opierać się na prawie, a to było i jest przeciwko niemu. Demokratyczne państwo w obronie przed Bodnarami, Żurkami, Tuskami, Giertychami, Sienkiewiczami i Kierwińskimi dysponuje prawem oraz ludzką godnością. Tylko tyle i aż tyle.

Na Bodnara wystarczyło. Opór prokuratorów i sędziów sprawił, że Bodnar nie miał już czym kąsać. Musiał się poddać i oddał stanowisko większemu radykałowi. Ten też sobie zęby połamie, choć pewnie jeszcze wierzy, że jest inaczej. Może  już dostrzegł opór sędziów – na przykład z Wrocławia – którzy nie godzą się na rewolucyjne metody.

Bodnar z pewnością jest od obecnego ministra lepiej wykształcony, może więc przeczytał, jak skończyli rewolucjoniści. Głowa Robespierre’a potoczyła się po francuskim bruku, Lenin został otruty, Trocki zamordowany młotkiem do kruszenia lodu, a Che Guevara zginął z rąk boliwijskich chłopów, o których wolność z taką zaciekłością walczył.

Ministrze Żurku, na szczęście żyjemy w państwie prawa, więc nie podzielisz losu swoich bohaterów. Ale rewolucja cię nie oszczędzi.

Mariusz Staniszewski

Autor tekstu
Mariusz Staniszewski

Mariusz Staniszewski

dziennikarz, był m.in. wiceprezesem Polskiego Radia, prezesem TechFilm i wicenaczelnym Wprost, współtwórca Kanału Dobitnie i prezes Dobitnie Media.

Wyszukiwarka
Kategorie
Mariusz Staniszewski

Mariusz Staniszewski

dziennikarz, był m.in. wiceprezesem Polskiego Radia, prezesem TechFilm i wicenaczelnym Wprost, współtwórca Kanału Dobitnie i prezes Dobitnie Media.

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank