7 października. Jak świat postawił tę historię na głowie

7 października. Jak świat postawił tę historię na głowie

blank

Mniej więcej rok temu zauważyłem, że przestała mnie obserwować na X znajoma dziennikarka jednego z ważnych dzienników. Znamy się, lubiliśmy się, wielokrotnie rozmawialiśmy o Izraelu. Zapytałem więc wprost, o co chodzi. Odpowiedź była krótka: nie chce utrzymywać kontaktu z kimś, kto „zaprzecza izraelskiemu ludobójstwu”.

To zdanie zostało ze mną na długo. Nie dlatego, że poczułem się szczególnie dotknięty. Raczej dlatego, że było pewnego rodzaju symbolem tego, co stało się z debatą o Izraelu i Gazie.

Trzy lata temu bojownicy Hamasu i innych palestyńskich ugrupowań wtargnęli do Izraela. Mordowali cywilów w ich domach, strzelali do uciekających ludzi, zabijali dzieci, gwałcili kobiety. Zginęło około 1200 osób, w większości cywilów, a 251 osób uprowadzono do Gazy.

A jednak trzy lata później w dużej części europejskiej debaty wszystko to wydaje się kompletnie nieistotne. Hamas zszedł na drugi plan. Na pierwszym pozostał Izrael: jako agresor, okupant, państwo oskarżane o ludobójstwo, symbol wszystkiego, co najgorsze.

Nie jestem bezkrytycznym adwokatem Izraela. Nigdy nim nie byłem. Skala cierpienia palestyńskich cywilów jest ogromna. Izraelskie działania w Gazie wymagają rozliczenia, a część z nich jest przedmiotem bardzo poważnych zarzutów o zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości.

Nie mam też zamiaru bronić każdego izraelskiego polityka. Wypowiedzi takich ludzi jak Itamar Ben-Gwir czy Bezalel Smotricz są po prostu haniebne.

Ale czym innym jest oskarżenie o zbrodnie wojenne, czym innym zaś ludobójstwo.

Konwencja o ludobójstwie wymaga wykazania szczególnego zamiaru zniszczenia — w całości lub części — określonej grupy. To właśnie zamiar jest sednem sporu. Zwolennicy tezy o ludobójstwie wskazują na wypowiedzi izraelskich polityków i skalę zniszczeń, a w 2025 roku do takiego wniosku doszła m.in. komisja śledcza ONZ. Spór ten powinny jednak rozstrzygać sądy, nie hasła.

Izrael deklaruje, że celami wojny były rozbicie Hamasu i odzyskanie zakładników. Stosował również ostrzeżenia, mapy ewakuacyjne, telefony i wezwania do opuszczania określonych terenów, przedstawiając te działania jako dowód, że celem nie jest eksterminacja Palestyńczyków.

To nie oznacza automatycznego uniewinnienia Izraela. Jednak nie wolno udawać, że sposób prowadzenia wojny przez Hamas nie ma znaczenia. Walka w gęstej zabudowie i z wykorzystaniem infrastruktury cywilnej niczego nie usprawiedliwia, ale jest istotna przy ocenie zamiaru.

Dobrym przykładem jest spór o zabitych dziennikarzy. Przez lata w dużej części mediów i organizacji każde izraelskie twierdzenie, że część osób przedstawianych jako reporterzy była jednocześnie członkami organizacji zbrojnych, traktowano niemal automatycznie jak propagandę.

Kilka dni temu IDF opublikował bazę 170 zabitych Palestyńczyków przedstawianych jako dziennikarze lub pracownicy mediów, których izraelska armia zidentyfikowała jako członków organizacji zbrojnych. Według IDF 118 należało do militarnego skrzydła Hamasu, 49 do Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, a trzy osoby do innych ugrupowań. Siedemnastu z tej listy miało także bezpośrednio uczestniczyć w ataku 7 października. To są ustalenia IDF, ale trudno też udawać, że publikacja takiej dokumentacji nie istnieje tylko dlatego, że burzy ona wygodny obraz.

Committee to Protect Journalists przeprowadził przegląd takich przypadków po tym, jak Hamas i Palestyński Islamski Dżihad same zaczęły publikować nekrologi określające niektórych zmarłych jako swoich bojowników. CPJ usunął następnie część nazw ze swojej bazy.

To nie znaczy, że „większość zabitych dziennikarzy była terrorystami”. Znaczy natomiast coś ważnego: rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż propagandowy obraz, w którym każda informacja izraelska jest kłamstwem, a każda informacja płynąca z Gazy zostaje natychmiast przyjęta jako bezsporna prawda.

Izrael od dawna oskarżał UNRWA o infiltrację przez Hamas. Zarzuty te przez lata odrzucano jako element izraelskiej propagandy. Po 7 października okazało się jednak, że nie da się ich już tak łatwo zbyć. ONZ, po wewnętrznym śledztwie w 2024 roku, uznała w przypadku dziewięciu pracowników UNRWA, że zgromadzony materiał może wskazywać na ich udział w ataku.

Jeszcze dalej poszedł amerykański Office of Inspector General USAID. Już w 2025 roku informował o dowodach łączących pracowników UNRWA z atakiem 7 października i Hamasem, a w 2026 roku liczba osób skierowanych do dalszych postępowań przekroczyła sto. Można spierać się o skalę problemu. Coraz trudniej jednak twierdzić, że wszystkie izraelskie ostrzeżenia dotyczące UNRWA były po prostu propagandą.

Dlatego powtórzę: można potępiać ogrom cierpienia w Gazie i jednocześnie pamiętać, kto dokonał masakry 7 października.

Można domagać się rozliczenia izraelskich żołnierzy za popełnione zbrodnie i jednocześnie nie przedstawiać Hamasu jako ruchu narodowowyzwoleńczego.

Można bronić praw Palestyńczyków, nie romantyzując organizacji, która mordowała cywilów, porywała całe rodziny i zabijała niemowlęta.

Można krytykować rząd Izraela bez przenoszenia odpowiedzialności za jego działania na Żydów mieszkających w Amsterdamie, Paryżu czy Madrycie.

Bo właśnie tutaj przebiega granica, która w ostatnich trzech latach niebezpiecznie często się zacierała. Antysemityzm rzeczywiście gwałtownie się nasilił. Nie jest to wymysł ani izraelska propaganda. Po 7 października w wielu krajach europejskich odnotowano gwałtowny wzrost antysemickich incydentów, sam to obserwuję na ulicach Amsterdamu.

Można krytykować Izrael, można odrzucać politykę Netanjahu, można protestować przeciwko wojnie w Gazie. Nie można jednak udawać, że pod osłoną tej krytyki nigdy nie pojawiają się stare uprzedzenia, tyle że opakowane dziś w nowy, politycznie bardziej akceptowalny język.

Nie każda propalestyńska demonstracja jest antysemicka, ani nie każda krytyka Izraela jest antysemityzmem. Byłoby absurdem tak twierdzić. Jednak równie absurdalne jest udawanie, że w fali demonstracji, haseł, bojkotu wszystkiego, co izraelskie, i obsesyjnego zainteresowania jednym konfliktem antysemityzm nie znalazł dla siebie wygodnego kanału.

Symbolem pomieszania pojęć stał się dla mnie także ruch „Queers for Palestine”. Społeczność LGBT ma dokładnie takie samo prawo jak każdy inny człowiek domagać się ochrony palestyńskich cywilów. Paradoks zaczyna się dopiero wtedy, gdy solidarność z cywilami przechodzi w idealizowanie Hamasu, którego wizja społeczeństwa pozostaje skrajnie odległa od liberalnego pojmowania wolności jednostki, tak bliskiego przecież ruchowi LGBT.

I może właśnie tutaj warto postawić najważniejsze pytanie: jakie wartości są nam właściwie bliższe? Liberalnej demokracji, wolności słowa, praw kobiet, pluralizmu religijnego i możliwości publicznego protestowania przeciwko własnemu rządowi — czy wizji społeczeństwa reprezentowanej przez islamistyczny Hamas? Niemal nikt nie odpowie, że Hamasu. Kłopot w tym, że hasła i symbole bywają szersze niż intencje tych, którzy je niosą. Nie oznacza to, że każdy Izraelczyk reprezentuje zachodnie wartości ani że każdy Palestyńczyk reprezentuje Hamas. Oznacza tylko, że w ideologicznym zapale warto czasami przypomnieć sobie, czego właściwie bronimy.

W Polsce część radykalnej lewicy i część prawicy czasami spotykają się po tej samej stronie sporu, choć dochodzą tam z zupełnie różnych powodów. Jedni przez antykolonialną wizję świata, drudzy przez tradycyjną niechęć do Izraela.

Postawa części polskiej prawicy zaskakuje mnie szczególnie. Środowiska, które przez lata mówiły o obronie zachodniej cywilizacji, o zagrożeniu islamizmem, terroryzmem i fundamentalizmem, nagle w sporze izraelsko-palestyńskim używają niemal tego samego języka co radykalna lewica. Trudno oprzeć się pytaniu, czy rzeczywista troska o Palestyńczyków jest tu ważniejsza niż stara niechęć do Izraela. Na jej tle proizraelskie głosy — choćby prof. Andrzeja Przyłębskiego — pozostają znacznie mniej słyszalne. A szkoda, bo polskiej debacie przydałoby się więcej ludzi potrafiących jednocześnie krytykować konkretną politykę Izraela i nie tracić z oczu tego, czym jest Hamas oraz co wydarzyło się 7 października.

A przecież nie trzeba kochać Izraela. Sam wielokrotnie go krytykowałem i nadal będę to robił. Nie można jednak zgubić proporcji.

Izrael jest państwem demokratycznym, pluralistycznym, z wolnymi wyborami, niezależnymi mediami orazdemonstracjami przeciwko własnemu rządowi. Hamas jest organizacją terrorystyczną. I żadna krytyka Izraela tego nie zmienia.

Właśnie dlatego tegoroczna rocznica jest dla mnie tak gorzka.

Mam bowiem wrażenie, że w ciągu trzech lat duża część świata nauczyła się patrzeć na historię od jej drugiego rozdziału. Pierwszy — palone domy, ludzie mordowani na festiwalu, przemoc seksualna, porwania, zakładnicy — zblakł.

A wraz z nim blaknie coś jeszcze: przekonanie, że potrafimy odróżnić krytykę państwa od demonizowania narodu, obronę cywilów od usprawiedliwiania terrorystów i współczucie od ideologii.

7 października warto więc pamiętać nie tylko o zamordowanych.

Warto pamiętać również o tym, jak łatwo przez trzy lata udało nam się postawić tę historię na głowie.

Autor tekstu
Andrzej Pawluszek

Andrzej Pawluszek

Dziennikarz publikujący w Polsce i Holandii, autor bloga na portalu The Times of Israel. Założyciel United Against Defamation – organizacji walczącej z rozmywaniem niemieckiej odpowiedzialności za Holokaust

Wyszukiwarka
Kategorie
Andrzej Pawluszek

Andrzej Pawluszek

Dziennikarz publikujący w Polsce i Holandii, autor bloga na portalu The Times of Israel. Założyciel United Against Defamation – organizacji walczącej z rozmywaniem niemieckiej odpowiedzialności za Holokaust

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank