W kwestii finansowania zbrojeń obóz rządowy wpadł w łagodny amok, który potężnieje wraz ze zbliżaniem się magicznej daty 20 marca, do której pan prezydent ma czas, aby podpisać ustawę o SAFE. Doszło już do tego, że pan premier przed posiedzeniem rządu oznajmił, że „dotarły do niego wiadomości”, że weto jest już faktem, co zapewne powitałby z ulgą, bo skończyłaby się wreszcie ta nieznośna niepewność.
Pan prezydent natomiast, wraz z panem prezesem NBP, ni mniej, ni więcej, tylko przedstawił gotowy projekt ustawy, dzięki której można uruchomić pieniądze generowane dzięki temu, że nasz bank centralny zgromadził 570 ton złota. Ustawę można przyjąć niezwłocznie i jakoś tak w połowie roku mogą być już z tego pierwsze pieniądze. W ustawie zawarta jest gwarancja przejrzystości wydawania środków i pomysły na instytucje nadzorujące, które zapewniają realną współpracę najważniejszych ośrodków władzy. Rząd ma w nich – co naturalne – głos decydujący, ale prezydent ma silną pozycję. Jest to przewrót kopernikański, bo w ustawie o SAFE nie przewidziano dla prezydenta żadnej roli.
Mechanizmy, jakie kryją się za pomysłem generowania pieniędzy w oparciu o rezerwy złota, bardzo przekonująco wyjaśnia były wiceminister finansów i prezes PKO BP, Leszek Skiba, a z drugiej strony spektrum politycznego przyłącza się profesor Grzegorz Kołodko. Ba! Nawet profesor Witold Orłowski, ekonomiczny guru za pana prezydenta Kwaśniewskiego, trochę pokręcił nosem, że to może być kreatywna księgowość, ale w końcu powiedział, że w naszej trudnej sytuacji można w to iść. Zdrada, zdrada…
Ze strony rządu nastąpiła szarża rozmaitych czynowników, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią, ale za to mówią z wielkim przekonaniem. Taka pani minister Nowacka udowadniała w wywiadzie radiowym, że strata księgowa i zadłużenie to jedno i to samo, więc NBP, wykazując w ubiegłych latach stratę, popadł w gigantyczne długi. Podobno w polskich szkołach jest jakiś przedmiot, na którym uczą podstaw ekonomii, ale pani minister mogła o tym przedmiocie nie słyszeć w nawale obowiązków.
Dodatkowo, na wszelki wypadek, pan premier uruchomił niezależną prokuraturę, żeby wezwała pana prezydenta na przesłuchanie, żeby sobie pan prezydent nie myślał, że tak mu wszystko będzie szło jak z płatka. No i dodał pan premier swoim wypowiedziom sporo dramatyzmu. O ile tydzień temu mówił ogólnie o tym, że trzeba podpisywać jak najprędzej, bo „nie ma czasu”, o tyle teraz zachował identyczną narrację, jednak stwierdził, że „liczą się godziny”. Ponieważ odniósł to do swojego spotkania z generałami, więc szary obywatel powinien zapewne odnieść wrażenie, że jak Nawrocki nie podpisze do wieczora, to losy Ojczyzny zostaną ostatecznie pogrążone przez perfidnego przeciwnika, który dopina właśnie atak mający nastąpić za kilkanaście godzin, a atak ten można powstrzymać jedynie, zasłaniając się walizeczką z pieniędzmi otrzymanymi od Ursuli von der Leyen. Kto chce, niech wierzy.
Co do generałów, to ich stanowisko wyjaśnił doskonale pan generał Gromadziński, który szczęśliwie udał się w stan spoczynku, więc nie zależy od władzy i mógł skomentować ich poparcie dla rządowego projektu, uśmiechając się szeroko i mówiąc: „A co mają robić?”. No faktycznie, od generałów odwagi oczekujemy na polu walki, a nie w gabinetach, a zresztą im jest wszystko jedno, skąd będzie kasa na sprzęt, aby była. A to, że zapłacimy podwójnie i uzależnimy się od unijnej biurokracji jeszcze bardziej, to nie ich departament.
Tymczasem pan minister spraw zagranicznych postanowił zajść przeciwników od tyłu i oznajmił, że po polskich ministerstwach wałęsa się jakiś „wysoki przedstawiciel” amerykańskiej ambasady i namawia, żeby nasz kraj przystępował do europejskiego SAFE. Co ciekawe, jeszcze kilka tygodni temu pan minister takiego wałęsającego się po ministerstwach Amerykanina kazałby pewnie pogonić przy świetle kamer i zagrzmiałby o „ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy”, ale okazuje się, że ingerencje bywają rozmaite. Ta na przykład jest ingerencją dobrą.
Niestety, już w kilka godzin po tym, jak pan minister próbował wymanewrować hufce Nawrockiego wiadomością, że nawet za oceanem ich zdradzili i każą się podporządkować Niemcowi, nieoceniona pogromczyni wrogów rządu, Dominika Wielowieyska, nadała, że oto sam ambasador Stanów Zjednoczonych skrytykował SAFE, więc się zwolennicy prezydenta będą musieli podporządkować dyktatowi z Ameryki. Trochę to przypomina operację wojskową, w której zionące ogniem helikoptery bojowe wpadają na siebie i rażą przy okazji własne wojska, ku uciesze zaskoczonych przeciwników. W sumie szkoda ludzi.
Jeżeli można w tej sytuacji coś radzić panu premierowi, to wdrożenie narzędzi AI do koordynowania przekazu, bo w realu takie tuzy, jak Nowacka, Sikorski, Szłapka czy Wielowieyska, zawodzą. Kłopot tylko w tym, że zawodzi i on sam. Może więc i jego zastąpić jakimś nowoczesnym modelem językowym włożonym do takiego humanoida, jakiego ostatnio Chińczycy pokazywali kanclerzowi Merzowi i jaki się bardzo panu kanclerzowi podobał. A chodzą słuchy, że podobno taki humanoid nie tylko można nauczyć kung-fu, ale prowadzone są zaawansowane ćwiczenia w harataniu w gałę. To jak, panie premierze? Machniom?
