Aikido Kaczyńskiego i cyfrowi wojownicy

Aikido Kaczyńskiego i cyfrowi wojownicy

blank

Trzeba przyznać jedno Jarosławowi Kaczyńskiemu. Stało się dokładnie tak, jak chciał. W polskim internecie pękły wszystkie tamy. Jeśli przyjrzymy się danym Res Futura Data House, zobaczymy fascynujący mechanizm socjologiczny, który roboczo można nazwać „aikido Kaczyńskiego”. Czy będzie ono skuteczne w perspektywie długofalowej? Nie wie ten, kto nie sprawdzi.

W aikido – dla przypomnienia – wykorzystuje się siłę przeciwnika. W czasie studiów ze dwa lata to trenowałem. Na tyle, żeby zobaczyć, jak to działa, bo żeby się czegoś tam nauczyć, trzeba ćwiczyć latami, a najlepiej urodzić się Japończykiem za chudym do sumo. Zapamiętałem tyle, że nie ma tam przeciwników, tylko partnerzy, którzy mają jakąś japońską nazwę, a drobny ruch nadgarstka i odsunięcie się – w warunkach realnych – pozwala połamać nacierającego z wielką furią olbrzyma. Pod warunkiem, jak wspomnieliśmy, że ćwiczy się latami, jest Japończykiem i tak dalej.

W sumie ten element uniku, gdzie kinetyka szkodzi, stosuje się też w dżudo, a nawet w boksie, gdzie rozpędzony przeciwnik po uniku nadziewa się na szybki jab lub cross. Stosuje się to też powszechnie w polityce. Jarosław Kaczyński nie raz był tego obiektem, gdy Tusk bądź jego ludzie podpuszczali prezesa do agresji, szargając pamięć jego brata. Jak to malowniczo mawiano, było to „jeżdżenie prętem po kracie”. Tym razem jego kolej.

Wybór Przemysława Czarnka nie wszystkim się podoba i może się nie wszystkim podobać, bo pokazuje PiS-owski problem z własną tożsamością, który celnie wypunktowali Sławomir Mentzen („Czarnku, wyrzeknij się polityki społecznej, rządów Morawieckiego podczas Covid-19 i pomocy Ukrainie”) oraz Donald Tusk („mam trzy Konfederacje przeciwko sobie”). To też problem programowy, przed którym prezes Kaczyński w pewnym momencie stanie. Ale doraźnie?

Doraźnie było najgorzej, jak może być, bo PiS wizerunkowo dzielił się, a dla wielu nawet umierał. I trwało to od końca euforii po zwycięstwie w wyborach prezydenckich, przez klapę październikowej demonstracji, po coraz ostrzejszy podział i wizję odejścia grupy Mateusza Morawieckiego. A właściwie wypchnięcia jej przez konkurencję w ramach walki o przyszłą schedę przywódczą w partii.

Lepiej, by się ciebie bali, niż tobą gardzili. Nie wiem, czy ruch Kaczyńskiego z Czarnkiem był genialny, ale też nie wiem, czy jakiś mógł być lepszy. Liberalne media, aktywiści i twitterowi wojownicy ruszyli do ataku z furią, jakiej dawno nie widzieliśmy.W ciągu zaledwie 96 godzin nazwisko profesora KUL stało się najczęściej wyszukiwanym hasłem w kraju, a zasięgi tematu przebiły barierę 42 milionów użytkowników. Na pierwszy rzut oka – wizerunkowa rzeźnia. Ale jeśli przyjrzymy się danym Res Futura Data House głębiej, zobaczymy fascynujący mechanizm socjologiczny, który wpisuje się w „aikido Kaczyńskiego”.

Po pierwsze, im mocniej „salon” i „ulica” okładają Czarnka, tym bardziej staje się on dla twardego elektoratu prawicy jedynym wiarygodnym obrońcą. A miękki elektorat, dziś krytyczny wobec niego? W pewnym momencie będzie musiał się na kogoś orientować. Do tego były minister edukacji pokazywał nie raz, że potrafi grać na wielu fortepianach. Dla swojego lokalnego elektoratu i naczelnika lubiącego twardych zawodników – grać takiego mniej wyrafinowanego Antoniego Macierewicza. W wywiadzie w Kanale Zero – miejskiego liberalnego konserwatystę z kumplami gejami za pan brat. Coś miłego dla każdego.

Ale dla całej Polski, a szczególnie przeciwników, Czarnek ma konkretną twarz – i ją lubi. Najgorsze, co mogłoby się PiS-owi zdarzyć, to obojętność. I ona się nie zdarzyła. Do boju ruszyli wszyscy, no może poza Grzegorzem Braunem, który w tym czasie wypełniał druki w ambasadzie Islamskiej Republiki Iranu.

Socjologia emocji w tej sprawie jest bezlitosna dla strategów opozycji. Choć 59% komentarzy było negatywnych, to właśnie ta nienawiść jest najtańszym i najbardziej kalorycznym paliwem mobilizacyjnym.W świecie algorytmów „zły PR” to często przede wszystkim zasięg. Każdy mem z „groźnym Czarnkiem”, każda grafika o „końcu demokracji” i każdy pełen oburzenia tweet tylko pompuje jego siłę. Przeciwnicy, chcąc go zniszczyć, mimowolnie wykonują 80% pracy za sztabowców PiS, czyniąc z niego centralną postać polskiej sceny politycznej.

Najciekawszy jest jednak paradoks „wspólnego wroga”. Przeciwko Czarnkowi ustawiła się niemal cała ideologiczna mapa Polski: od SilnychRazem po środowiska antyszczepionkowe, od feministek po libertariańskich wolnościowców. To sytuacja, w której trzy czwarte internetu krzyczy „nie!”. I dokładnie w tym momencie u wyborcy prawicy uruchamia się prosty mechanizm psychologiczny: „Skoro nienawidzą go wszyscy – od lewaków po rosyjskie trolle – to znaczy, że to musi być nasz człowiek. Skoro tak się go boją, to znaczy, że jest skuteczny”. Grzegorz Braun się kłania.

Czarnek idealnie odnajduje się w roli „fightera”. Jest wygadanym profesorem, mówi bez zahamowań o suwerenności i węglu, lubi konfrontację, jest narcystyczny. Dla jednych to symbol wszystkiego, co w prawicy najgorsze, dla drugich – jedyny polityk, który nie przeprasza, że żyje. Analiza emocji pokazuje, że strach (32%) dominuje nad nadzieją (24%), ale w polityce strach przeciwnika jest dla własnego obozu najlepszym dowodem siły.

Pojawia się też problem wiarygodności rządzących. Rzekome czy domniemane afery, jak „Willa Plus”, na tle tego, co się działo już wcześniej, przekonują głównie przekonanych. Medialny lincz zaczyna w oczach wielu wyglądać po prostu na polityczną nagonkę, co tylko cementuje lojalność elektoratu PiS.

Decyzja Kaczyńskiego nie jest więc zwykłą nominacją personalną. To świadome wrzucenie granatu w środek debaty publicznej, by wymusić na Polakach opowiedzenie się po jednej ze stron. Na agresję Tuska odpowiada kandydatem ostrym, wyrazistym. Inteligentem błyskawicznie przechodzącym – gdy trzeba – na prostacki język, bo taka jest kultura memów i rolek, a do tego to lubi.

Polaryzacja to naturalne środowisko i Tuska, i Kaczyńskiego – tam czują się najlepiej, bo tam podziały są jasne, a emocje najgorętsze. Czy ta strategia przyniesie zwycięstwo? Tego nie wiemy. Ale jedno jest pewne: Przemysław Czarnek staje się czasowym gigantem polskiej polityki w dużej mierze dzięki tym, którzy najbardziej chcieliby go zniknąć. Stary numer, ale działa, a przeciwnicy meldują, że tańczą jak im pan zagrał, panie Prezesie.

Autor tekstu
Wiktor Świetlik

Wiktor Świetlik

Współtwórca Kanału i mediów Dobitnie. Redaktor naczelny Dobitnie.pl. Były szef Centrum Monitoringu Wolności Prasy i radiowej Trójki, a także pełnomocnik zarządu PAP ds. walki z deziformacją. Autor 4 książek.

Wyszukiwarka
Kategorie
Wiktor Świetlik

Wiktor Świetlik

Współtwórca Kanału i mediów Dobitnie. Redaktor naczelny Dobitnie.pl. Były szef Centrum Monitoringu Wolności Prasy i radiowej Trójki, a także pełnomocnik zarządu PAP ds. walki z deziformacją. Autor 4 książek.

blank
Pobierz artykuł w PDF
Czytaj więcej
blank